Tegoroczny oscarowy wieczór ujawnił, kto trzyma w Hollywood realną władzę, i przynajmniej na razie nie zamierza się nią podzielić.

Kiedy oscarowa gala dyszy tuż za plecami, z piwnic zaczynają wyłazić głodni malkontenci. „Dlaczego kogokolwiek miałyby obchodzić durne nagrody amerykańskich elit?”, „I znowu pocą się nad tymi słabymi filmami”, „Jak ja nienawidzę Oscarów” – niezawodne algorytmy Facebooka od rana bombardowały mnie wysokimi dawkami frustracji i nierealistycznych oczekiwań. Jeśli na nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej – fenomen w pierwszej kolejności medialny – spojrzałoby się właśnie jako na starcie znudzonych z entuzjastami, to w tym roku niezaprzeczalnym triumfatorem okazała się nuda.

Hollywood jakby zapomniało, że od środka trawi je rewolucyjny pożar – że ostatnie miesiące upłynęły pod znakiem Harvey’a Wensteina, akcji #MeToo i #TimesUp, silnych kobiet, kolejnych bulwersujących wyznań i oskarżeń. Że na dotychczasowe praktyki – seksizm, pogardę, przemoc, kulturę gwałtu – nie ma już w Fabryce Snów miejsca; że nastał koniec zamkniętych „na głucho” drzwi gabinetów, „narad” w pokojach hotelowych, basenach i wannach, intymnych pytań podczas służbowych kolacji.

W tym kontekście gala oscarowa była prawdziwym popisem zachowawczości – nawiązania do #MeToo można policzyć na palcach jednej ręki (przemówienie Frances McDormand i kilka tekstów prowadzącego, komika Jimmy’ego Kimmela), dominowało samouwielbienie i czerstwy dowcip (patrz: konkurs na najkrótsze wystąpienie, nagrodą – skuter wodny). Oficjalną odpowiedzią „elit” – twarzą publiczną Hollywood i pocztówką wysłaną międzynarodowej publiczności – jest więc wkładanie głowy w piasek: konserwatywne zamknięcie i ładowanie energii w oświetlenie własnej niepowtarzalności. Ciekawa taktyka, zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie korzenie samej nagrody.

Ufundowane w 1929 roku Oscary miały być swego rodzaju zagrywką z dziedziny public relations – odnowieniem wizerunku Fabryki Snów, odwróceniem uwagi od rosnącej liczby skandali obyczajowych i skupieniem jej na samych filmach, na procesie twórczym. Oczyszczeniem, które obecnie nie idzie już od strony centrum decyzyjnego, ale oddolnie, jest przede wszystkim dziełem kobiet. Tegoroczna impreza cały ten – jak narazie rachityczny – dorobek koncertowo zignorowała, ujawniając tym samym, kto trzyma w Hollywood realną władzę. I chyba, przynajmniej na razie, nie zamierza się nią podzielić.

Nijakość tegorocznej gali odbija się także w werdykcie. Richard Brody, krytyk „New Yorkera”, już wcześniej przestrzegał, żeby w Oscarach nie pokładać zbyt wielkich nadziei – zmiany przyjdą, ale raczej nie z tej strony. Jego przypuszczenia okazały się niestety trafne. Największym zwycięzcą został „Kształt wody” Guillermo del Toro – film zgarnął aż cztery statuetki, w tym te tradycyjnie uznawane za najważniejsze: dla najlepszego obrazu i za reżyserię.

W Akademii znowu zatriumfował narcyzm – jej członkowie docenili dzieło, które z nostalgią i nabożną czcią przegląda się w historii Hollywood, jest zbieraniną cytatów, nawiązań i aluzji do klasyki, wreszcie – uniwersalną gotycką bajką, raczej wtórną niż oryginalną, za to od początku do końca zrozumiałą dla zakochanej we własnym zwierciadlanym odbiciu Fabryki Snów (analogiczne „głośne” przypadki z ostatnich lat – „La la Land” i „Birdman”).

Del Toro trzeba oddać in plus, że w „Kształcie wody” przyjął niecodzienną, upodmiotawiającą perspektywę – otoczył czułością nie tylko wykluczonych, cichych, małych ludzi, ale także to, czemu tradycyjne kino zazwyczaj w ogóle nie oddawało głosu: niesamowite, nie-ludzkie, radykalną, spotworniałą odmienność. Szkoda tylko, że fantastyczny nawias – umiłowana przez Del Toro baśniowość, gatunkowa umowność – ostatecznie obraca ten emancypacyjny potencjał wniwecz. Jeśli zaś chodzi o wojnę na „aluzyjność”, „Kształt wody” zdecydowanie przegrywa z subtelnością „Nici widmo” Andersona – kina prawdziwej autorskiej szermierki, małego formą i wielkiego dbałością o koncepcyjną spójność, detal, emocję. Ten prawdopodobnie najwybitniejszy z nominowanych filmów został – zgodnie z przewidywaniami – prawie całkowicie pominięty w rozdaniu: statuetkę otrzymał jedynie Mark Bridges, autor ekstrawaganckich kostiumów.

Triumfatorem gali oscarowej okazała się nuda: nawiązania do #MeToo można policzyć na palcach jednej ręki, dominowało samouwielbienie i czerstwy dowcip

Pomylili się również ci z amerykańskich krytyków i dziennikarzy, którzy Oscarom A.D. 2018 przypięli etykietkę „changes”. Widmo zmian może i dało się zaobserwować w samych nominacjach – większa obecność Afroamerykanów, mniejsze budżety filmów, rosnąca z roku na rok różnorodność, także gatunkowa – ale w żaden sposób nie przełożyło się to na ostateczny wynik głosowań.

Dotkliwą porażkę poniosła „Lady Bird” Grety Gerwig – drugi, po „Nici widmo”, wybitny obraz z nominacją. Zero statuetek dla filmu jest w pewnym sensie symboliczną klęską akcji #MeToo, przynajmniej w kontekście gali i jej wizerunkowego znaczenia. Gerwig – aktorka błyskotliwie debiutująca po drugiej stronie kamery – była piątą w historii nagrody kobietą nominowaną w kategorii „najlepsza reżyseria” (ostatnio, w 2010 roku, Kathryn Bigelow wywalczyła tutaj statuetką za „The Hurt Locker”). Jej precyzyjnie wyreżyserowana, kameralna opowieść o emancypacji amerykańskiej nastolatki – indywidualistki, która własną tożsamość buduje w poprzek społecznych oczekiwań – to dyskretny policzek wymierzony wszystkim mniejszym i większym hollywoodzkim predatorom. „W większości filmów o młodych kobietach chodzi o odnalezienie właściwego kolesia. Ja chciałam zobaczyć, co się stanie, jeśli głównym pytaniem będzie: jak ona przejawia swoją indywidualność?” – mówi Garwig, a Fabryka Snów pozostaje głucha na jej słowa. Podobnie jak pozostaje głucha na innowacyjność „Uciekaj!” Jordana Peele’a – filmu, który o współczesnym amerykańskim rasizmie mówi językiem horroru i przewraca na nice klasyczną historię o „czarnym, co zbałamucił moją córkę” (nagroda za najlepszy scenariusz oryginalny).

Cała reszta Oscarów pozostaje koncertem standardów: aktorskie triumfy Oldmana, McDormand, Rockwella i Janney. Zwycięstwo dobrej, choć politycznie poprawnej „Fantastycznej kobiety” w kategorii „film nieanglojęzyczny”. Zasłużona statuetka dla Rogera A. Deakinsa za zdjęcia do „Blade Runnera 2049”. „Coco”, „Darkest Hour”, „Call me by your name” i tak dalej – oscarowi bukmacherzy już pewnie otwierają szampany.

Najważniejsze skrywa się jednak nie w triumfach i czerwonych dywanach, lecz w drobnych gestach, co dobitnie uświadomił mi facebookowy wpis Michała Oleszczyka. Krytyk uchwycił coś, co zupełnie umknęło mojej uwadze – kiedy na wezwanie McDormand z krzeseł powstaje raptem kilkanaście nominowanych do Oscara kobiet, operatorzy i montażyści pracujący przy transmisji próbowali zamaskować efekt „pustki” błyskawiczną zmianą perspektywy. „Problem szklanych sufitów w Hollywood bynajmniej nie jest jeszcze rozwiązany – szkoda więc z PR-owego punktu widzenia, że Frances nie poprosiła o powstanie wszystkich kobiet na sali – pisze Oleszczyk i trudno się z jego uwagą nie zgodzić. Przekaz poszedł w świat.

Teraz wypada się zastanowić, czy całą galę można uznać za efekt wpadki i bubel organizacyjny, czy raczej świadome formowanie wizerunku. Składają się na niego stareńkie jak złota statuetka samouwielbienie i nudny blichtr. Tak jakby Hollywood koniecznie chciało nam powiedzieć, że trzyma się mocno i jeszcze nie umiera. Że wciąż wierzy w swoje narcystyczne sny. A my – jeśli chcemy bawić się dalej – powinniśmy wierzyć wraz z nim.