Jak to możliwe, że Jezus był przez führera szanowany i chwalony, Jego nauka zaś – oczerniana i opluwana?

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11/1993.

Wszyscy ludzie w Polsce i na świecie, mający jakąś wiedzę o Hitlerze, zdają sobie sprawę z tego, że był on śmiertelnym wrogiem chrześcijań­stwa. Nie mogło być inaczej, skoro chrześcijaństwo jest doktryną miłości, Hitler zaś głosił doktrynę nienawiści.

Jednak szczegóły stosunku Hitlera do chrześcijaństwa nie są społeczeństwu polskiemu znane. Warto je poznać, ponieważ – aczkolwiek od śmierci führera upłynęło już niemal pół wieku – jest on wciąż dla pewnych grup ludzi, nie tylko w Niem­czech, prorokiem i drogowskazem. Zastanawiając się nad stosunkiem wodza Trzeciej Rzeszy do chrześcijaństwa, będziemy się opierali na dwóch książkach Hitlera, w których bardzo szczegółowo przedstawił swą ideologię: na biblii narodowego socjalizmu „Mein Kampf („Moja wal­ka”), którą napisał 8 lat wcześniej, nim w 1933 roku został dyktatorem Niemiec, oraz na „Tischgespräche” („Rozmowy przy stole”), czyli zapisie rozmów, jakie prowadził już będąc władcą Trzeciej Rzeszy, w czasie wspólnych posiłków z najbliższymi kompanami.

I tu natrafiamy na kon­cepcję Hitlera, wydawałoby się, całkowicie nie do pomyślenia, mianowicie na gwałtowne przeciwstawienie osoby Jezusa wierze chrześcijańskiej. W Jezusie upatruje Hitler swego poprzednika sprzed dwóch tysięcy lat. Swo­ją, powierzoną mu przez Boga, misję widział Hitler w bezlitosnym tępie­niu Żydów. „Wierzę – pisał – że działam zgodnie z wolą Wszechmocnego: gdy zwalczam żydostwo, osłaniam dzieło Naszego Pana” („Mein Kampf”). Analogiczny cel miał Chrystus. „Głównym zadaniem Galilejczyka – głosił Hitler – było uwolnienie jego kraju od żydowskiego ucisku” („Rozmowy przy stole”). „Chrystus nie robił żadnej tajemnicy ze swego nastawienia do narodu żydowskiego, sięgnął, gdy było to potrzebne, do bicza, ażeby wypędzić ze świątyni tych wrogów ludz­kości… Właśnie za to został przybity do krzyża” („Mein Kampf”).

W powyższej wypowiedzi Hitler odwołał się do prastarej przypowieści o wypędzeniu przez Jezusa grzeszników ze świątyni, ale bezlitośnie ją sfał­szował. W przypowieści mówi się o wypędzeniu z synagogi handlarzy, nie szanujących świętego miejsca, Hitler natomiast przeinaczył to na wypę­dzenie Żydów, ukrywając oczywisty fakt, że synagoga była świątynią żydowską i wygnanie z niej Żydów musiałoby spowodować, iż świątynia w ogóle przestałaby istnieć. Czczym wymysłem Hitlera było także powiąza­nie treści tej przypowieści z ukrzyżowaniem Chrystusa.

Hitler energicznie zaprzeczał żydowskiemu pochodzeniu Chrystusa. W jego oczach Jezus był czystym rasowo Aryjczykiem, posłanym przez Boga z niezwykle trudnym zada­niem w sam gąszcz żydowskiego mrowiska w starożytnej Palestynie.

W propagandzie Hitlera Jezus Chrystus nie miał z doktryną chrześcijaństwa niczego wspólnego

Uznając światowo-historyczną rolę Chrystusa jako tropiciela Żydów, Hitler nie szczędził wyrazów nienawiści i pogardy doktrynie chrześcijań­stwa. To ostatecznie było całkowicie zgodne z całą osobowością Hitlera, dla której najistotniejszy był kult przemocy. „Silni przepędzą słabych – pisał – ponieważ pęd do życia w jego ostatecznej postaci zawsze roztrzaska ramy tak zwanego humanitaryzmu, ażeby zamiast niego zaistnieć mógł humanitaryzm przyrody, która tępi słabych, ażeby oczyścić miejsce dla silnych” („Mein Kampf”). Silnymi, w przekonaniu Hitlera, byli Aryjczycy, a na ich czele najlepsi z najlepszych – Niemcy, i do Niemiec miał należeć świat. Słabe były narody niearyjskie i czekała je niewola, a w razie bezużyteczności dla Niemców – zagłada.

Zasadnicze pojęcia chrześcijaństwa – bliźni, miłość bliźniego – w terminologii Hitlera nie istniały. Nawet Niemcy byli – w jego ujęciu – wobec siebie nie tyle bliźnimi, ile uczestnikami wspólnego przedsię­wzięcia podboju świata, natomiast członkowie niższych ras mieli w przy­szłym, już opanowanym przez Niemców, świecie pełnić funkcję zwierząt roboczych.

Chrześcijaństwo jako całkowicie sprzeczne ze światopoglądem i zamierzeniami Hitlera było przez niego w najgwałtowniejszy sposób potę­piane. Powstaje natychmiast pytanie, jak to być mogło, że twórca chrześ­cijaństwa był przez Hitlera szanowany i chwalony, jego nauka zaś – oczerniana i opluwana.

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo nie spo­dziewana, choć w gruncie rzeczy prosta. W propagandzie Hitlera Jezus Chrystus nie miał z doktryną chrześcijaństwa niczego wspólnego (trudno jest dziś ocenić, czy Hitler sam wierzył w to absurdalne twierdzenie, czy też był to z jego strony jedynie chwyt propagandowy). Prawdziwym twórcą chrześcijaństwa był Żyd Szaweł, który – aby ukryć jego żydowskie korze­nie – przypisał je Chrystusowi. Zadaniem Chrystusa była walka z Żyda­mi. Szaweł to zataił. „Szaweł – głosił Hitler – przerobił siebie na świętego Pawła. Jego robotą jest zupełna falsyfikacja doktryny Chrystusa… Paweł nadużył jego doktryny w celu mobilizacji kryminalnego podziemia i stworze­nia w ten sposób pierwotnego bolszewizmu” („Rozmowy przy stole”). „Najcięższym ciosem — mówił führer do swych kumpli – jaki kiedykolwiek ugodził ludzkość, było przyjście chrześcijaństwa. Bolszewizm jest jego nieślubnym dzieckiem. Oba są wynalazkami Żydów. Żydzi, którzy podstępnie wprowadzili chrześcijaństwo do starożytnego świata, aby go zniszczyć, stosują ten sam chwyt współcześnie. Przyczyna, dlaczego świat sta­rożytny był tak czysty, jasny i spokojny, polega na tym, że nie były mu znane dwie wielkie plagi: syfilis i chrześcijaństwo” („Rozmowy przy stole”).

Chrześcijaństwo jest w dalszym ciągu niezwykle niebezpieczne dla narodu niemieckiego. Chrześcijaństwo pragnie uczynić z Niemców mię­czaków, zastąpić w duszy niemieckiej naturalne uczucie nienawiści do wrogów miłością do nieprzyjaciół i litością dla słabych, i w ten sposób uniemożliwić Niemcom wykonanie powierzonego im przez Boga zadania opanowania przemocą kuli ziemskiej.

Odrazę do chrześcijaństwa prze­niósł Hitler na współczesnych głosicieli tej wiary, czyli duchownych chrześcijańskich. „Tymi – mówił – których mamy się obawiać, są ci asceci z podkrążonymi oczyma, ci fanatycy… Ja tym przeklętym klechom dam poczuć potęgę państwa w taki sposób, jakiego nigdy sobie nie wyobrażali. Pilnie ich obserwuję, jeśli w przyszłości będę miał najmniejsze podejrzenie, że stają się niebezpieczni, każę ich wystrzelać. Te brudne gady podnoszą głowę, ilekroć dostrzegają jakiś znak słabości państwa, i dlatego muszą być rozdep­tane” („Rozmowy przy stole”).

Absurdalne przeciwstawianie Jezusa Chrystusa chrześcijaństwu nie jest jednak jedyną rzeczą, mogącą zaskoczyć nawet ludzi, którzy niemało o Hitlerze słyszeli i czytali. Hitlera słusznie uważa się za osobnika, który w polityce popełniał ciężkie zbrodnie, w życiu prywatnym zaś pozbawiony był zwykłych ludzkich uczuć; jednocześnie zaś traktuje się go na ogół jako człowieka pryncypialnego, który zawsze, z niezwykłą otwartością głosił swe poglądy i nigdy nie odstępował od raz powziętych postanowień. Taką reputację robili Hitlerowi także jego najbliżsi współpracownicy. Göring powiedział pewnego razu, że gdy Hitler o czymś zadecyduje, to oni, ludzie z jego otoczenia, znaczą dla niego nie więcej niż błoto pod butami.

Jednakże owa rzekoma niezłomność Hitlera była mitem. Właśnie w swych relacjach z kościołami chrześcijańskimi w Niemczech (katolickim i protestanckim) oraz z poddanymi Trzeciej Rzeszy, jako przynależnymi do jednego z tych dwóch Kościołów, wykazał daleko idący oportunizm i kon­formizm. Gdyby był w swym postępowaniu konsekwentny, musiałby – traktując chrześcijaństwo jako żydowską truciznę duchową – od począ­tku swej działalności politycznej tępić choćby tylko formalne wyznawanie wiary chrześcijańskiej przez członków i sympatyków partii narodowo-socjalistycznej, zwłaszcza przez swych bojówkarzy z SA i SS. Po objęciu w 1933 roku w Niemczech władzy dyktatorskiej musiałby przedsięwziąć ofic­jalne kroki przeciw przynależności Niemców do wyznań chrześcijańskich, a także przeciw funkcjonowaniu Trzeciej Rzeszy Kościołów chrześcijańskich. Opinia o konieczności poczynienia takich kroków panowała wśród wielu „teoretyków” narodowego socjalizmu, którzy jak grzyby po deszczu obrośli wokół Hitlera. Wskazywali także cel, do którego należało zdążać po zerwaniu z chrześcijaństwem. Miał nim być powrót do pogańskiej reli­gii starożytnych Germanów, bogatej w miłe uszom niemieckich szowinis­tów legendy o bohaterskiej przeszłości.

Hitler nie chciał nigdy przeciągać struny, bojąc się widocznie, że jeśli rozkaże Niemcom wyrzec się nawet tylko formalnej przynależności do chrześcijaństwa, naród się od niego odwróci

Wszakże Hitler nigdy niczego podobnego nie uczynił. Przeciwnie – w „Mein Kampf” pisał: „W ramach naszego ruchu może zasiadać najgłębiej wierzący protestant oraz najbardziej oddany swej wierze katolik, nie wcho­dząc w najlżejszy nawet konflikt ze swymi przekonaniami religijnymi”. Jak pogodzić owo bardzo „tolerancyjne” wobec chrześcijaństwa sta­nowisko z gwałtownie antychrześcijańskimi tyradami z „Rozmów przy stole”?

Wyjaśnienie jest proste. „Mein Kampf” był pisany z myślą, że wszyscy Niemcy będą go czytali, natomiast „Rozmowy przy stole” były skierowane jedynie do garstki najbardziej zaufanych kumpli, dopuszcza­nych do wspólnych obiadów z wodzem. „Rozmowy przy stole” nigdy w Trzeciej Rzeszy opublikowane nie zostały, a ukazały się drukiem dopiero w kilka lat po jej rozgromieniu i śmierci Hitlera. Już w roku 1933, niedłu­go po objęciu władzy, Hitler zawarł konkordat z Watykanem i aż do koń­ca egzystencji Trzeciej Rzeszy między nią, z jednej strony, a Watykanem i Kościołami chrześcijańskimi w Niemczech z drugiej, nie było jakichś sen­sacyjnych zatargów.

Skąd ten skrajny oportunizm Hitlera? I na to pytanie nietrudno odpo­wiedzieć. Choć popularność führera w narodzie niemieckim z niewielkimi wahaniami wzrastała, zarówno przed objęciem władzy, jak i szczególnie po jej zdobyciu, a jeszcze przed pierwszymi ciężkimi porażkami w drugiej wojnie światowej – nie chciał on nigdy przeciągać struny, bojąc się widocznie, że jeśli rozkaże Niemcom wyrzec się nawet tylko formalnej przynależności do chrześcijaństwa, naród się od niego odwróci.

Czy Hitler nakazałby zerwanie z chrześcijaństwem, gdyby wygrał woj­nę? Kwestia ta zapewne nigdy nie zostanie w sposób niewątpliwy roz­strzygnięta. Zachowała się jednak pewna zapowiedź takiego rozstrzygnięcia. W „Rozmowach przy stole” czytamy: „Wojna zostanie pew­nego dnia zakończona. Wówczas zastanowię się nad ostatecznym celem mego życia, którym jest rozwiązanie problemu religijnego”.

Wyłania się oczywiście kwestia, w jaki sposób mogła znaczna część narodu niemieckiego, posłuszna podówczas Hitlerowi, a nawet go wiel­biąca, łączyć w swym sumieniu wierność zbrodniczemu tyranowi z odno­towanym w dokumentach osobistych wyznawaniem wiary chrześcijańskiej. Nad odpowiedzią na to pytanie biedzą się obecnie nowe pokolenia Niemców, szczerze żałujące postępowania swych ojców i dziadków.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11/1993.