Pytanie „z czym widz wychodzi?” dotyczy kwestii zasadniczej: tego, jak teatr działa i jak może przyczyniać się do zmiany świata. Odbiorca staje się mądrzejszy? Czy raczej poirytowany, pełen resentymentów i złości? Co w nim zostaje – i na jak długo…?

Długie i bogate w epizody są dzieje artystycznych prowokacji – także tych dokonywanych w teatrze i poprzez teatr. Jedne mają sens, inne są go pozbawione; najprawdopodobniej decyduje o tym myśl kryjąca się za prowokacją, myśl uwzględniająca kontekst w jakim jest dokonywana oraz efekt czyli rezultat do którego prowadzi.

Jeżeli prowokacja poszerza naszą wyobraźnię i wrażliwość, jeżeli otwiera umysły i serca – wtedy jest twórcza i dlatego ma sens. Natomiast jeśli zamyka i usztywnia stanowiska prowadząc do utrwalania istniejących podziałów i powiększania resentymentów – wówczas tego sensu nie widzę. Wtedy jest ona zwykłym drażnieniem, działaniem prowadzącym w efekcie do tego, że budzą się demony złości, agresji i destrukcji. I nudy, którą Peter Brook w kontekście teatralnym słusznie nazywa diabłem („Nuda to diabeł” – to tytuł jednej z jego książek).

Do tego, by uważniej przyjrzeć się zjawisku teatralnej prowokacji skłoniły mnie ostatnio dwa konkretne przedstawienia oraz zamieszanie, jakie wokół jednego z nich powstało. Chciałbym, by to, co napiszę odczytane zostało jako próba namysłu nad ważnym zjawiskiem, nie zaś jako recenzja czy krytyka konkretnego przedstawienia. Krytykiem ani recenzentem nie jestem i takich ambicji nie mam. Unikając od dawna publicznych wypowiedzi o spektaklach innych niż własne, jednocześnie czuję, że nie powinienem przechodzić obojętnie obok zjawisk, które uważam za bardzo niepokojące, szkodliwe a nawet groźne.

Dlatego, po wahaniach, zdecydowałem, że chwilowo odstąpię od swojej zasady i – by nie zabrnąć w abstrakcyjne rozważania – posłużę się konkretnymi przykładami, nie kryjąc tego, co myślę o zastosowanej w nich metodzie i pomysłach. Pro publico bono, jak to się dawniej mówiło. Bo w końcu będzie tu o tym, jak rodzi się zło, o tym, że destrukcja to przeciwieństwo twórczości i o tym, jak temu zaradzić. Będzie w tonie serio, bo ironii postanowiłem się wystrzegać uznając ją za nieskuteczną: niczego nie wyjaśnia i budzi raczej opór niż skłania do uczciwego namysłu. Najpierw jednak kilka słów o kryteriach, którymi się kieruję.

Sztuka wyboru

Teatr wymaga poświęceń i ofiar. Pewnie każda sztuka ich wymaga i teatr nie jest wyjątkiem. Zatem, by przedstawienia oglądać, jako widzowie przynajmniej trzy cenne rzeczy poświęcamy (chcąc nie chcąc ale, dzięki Bogu, dobrowolnie): czas, uwagę i pieniądze. Wiemy doskonale, że to rzeczy będące powszechnie towarem deficytowym i dlatego niezwykle są cenne, w dzisiejszych czasach wręcz bezcenne. Umiejętność dokonania dobrego, świadomego wyboru jest w tej sytuacji sprawą kluczową.

Im dłużej żyję, tym staranniej wybieram. Dotyczy to wielu dziedzin życia i pewnie wiąże się z poczuciem, że czasu zostało coraz mniej, warto zatem rozsądnie nim zarządzać. W swoich teatralnych wyborach kieruję się głównie intuicją, jednak łatwo dostrzegam tu pewne prawidłowości oparte na racjonalnych przesłankach.

Otóż, w pierwszym rzędzie unikam spektakli, które na własny użytek nazywam „propagandowymi”, zwłaszcza jeśli do swoich celów używają wybitnych dramatów. Zamiast scenicznej wizji myśli i przesłania autora dramatu dostajemy wtedy sceniczny wyraz tego, co – w bardzo luźnym związku z pierwowzorem – mniema albo nie mniema reżyser, który nie potrafi albo nie chce odczytać przesłania autora. Jasne, że niczego nie poświęcę, by tego typu produkcje zobaczyć.

Jeżeli prowokacja poszerza naszą wyobraźnię i wrażliwość – wtedy jest twórcza i ma sens. Natomiast jeśli prowadzi do utrwalania istniejących podziałów i powiększania resentymentów – wówczas tego sensu nie widzę

Nie oglądam także – a przynajmniej staram się tego nie robić – teatru, który obraża moją inteligencję, proponując uproszczoną wizję człowieka i świata. Omijam szerokim łukiem takie przedstawienia, unikając konfrontacji z teatralnym paździerzem, którego zawsze było i jest sporo.

Nieustannie szukam prawdy, którą środkami artystycznymi (np. posługując się fikcją) teatr wyraża. Te środki to narzędzia, które stworzyli Grecy a następnie przez dwa i pół tysiąca lat doskonalili tacy spece, jak Szekspir, Molier, Czechow, Beckett, Peter Brook, Grotowski czy Stein – by tylko kilku spośród najsłynniejszych wymienić. Często smutno mi się robi na widok tego, jak tych starannie wypracowanych, subtelnych narzędzi – skalpeli służących do poznawania człowieka i świata – niektórzy dziś używają jak siekiery i maczety. Starając się zrobić z nich przedmioty propagandy – po prostu je niszczą.

Lubię więc teatr, który poważnie traktuje wystawianego autora, szanuje go – dlatego przede wszystkim stara się zrozumieć wizję świata, którą ten proponuje, a następnie środkami dostępnymi teatrowi stara się ją po swojemu ukazać. Bez spłycania, bez przeinaczania, prymityzowania, spłaszczania, bez manipulowania i zakłamywania przesłania – niezależnie od ilości skreśleń, jakich dokonuje w oryginalnym tekście. Takie podejście zakłada lojalność w stosunku do autora – cnotę, która ostatnio jakoś nie cieszy się popularnością.

„Teatr polityczny” i „sztuka krytyczna” jako pokusy

W kwietniu, powodowany ciekawością i miłością do twórczości Stanisława Wyspiańskiego, łamiąc własne kryteria, aż trzykrotnie zapuściłem się na jałowe, ideologią skażone ziemie teatru: obejrzałem „Klątwę” w Teatrze Powszechnym i „Wyzwolenie” w Teatrze Studio oraz przysłuchiwałem się w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego projektowi „Wyspiański – nikt mnie nie zna”, poświęconemu „Klątwie”.

Uczucia (miłość, ciekawość) w tym przypadku znów okazały się silniejsze od rozsądku, bo przecież mogłem się spodziewać, że to, co zobaczę z Wyspiańskim będzie miało związek minimalny, że autorzy spektakli będą starali się przykroić Wyspiańskiego do swojej ideologii. ( I tak w istocie było.) Ciekawość jednak potęgą jest – i basta. I pierwszym stopniem do piekła, jak zapewnia ludowe porzekadło. Byłem ciekaw jak wygląda ten „renesans Wyspiańskiego”, o którym ostatnio dużo słyszę i czytam.

Oglądając „Klątwę” w Teatrze Powszechnym i śledząc to, co w związku z tym spektaklem działo się w teatrze i przed teatrem w kolejnych miesiącach wielu zastanawiało się, ile w tym było szczerego „słusznego gniewu” ludzi teatru, a ile chłodnej kalkulacji ze strony dyrekcji.

Wiadomo bowiem nie od dziś, że nic tak nie napędza publiczności jak skandal, który w tym przypadku był ewidentnie zaplanowany, bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewał się, że choćby słynna już scena oralnego seksu z figurą Jana Pawła II przejdzie niezauważona. Zatem teatr ma to, czego chciał: sala wypełniona, bilety wyprzedane, kordon policjantów chroni artystów przed linczem, przed gniewem ludu.

Dyrektor uśmiechnięty; trudno wyczuć, czy zadowolony z tego, że jego teatr przykłada się do pogłębiania społecznych podziałów, czy może – w ogóle się tym nie przejmując – po prostu cieszy się z rozgłosu i z kasowych wpływów, z frekwencji, jakiej nigdy dotąd nie miał? Tak czy siak – wydaje się zadowolony. Zapewne ma poczucie, że jest w awangardzie: proponuje „teatr polityczny” i uprawia „sztukę krytyczną”.

Przyjrzyjmy się więc tym modnym ostatnio terminom. Oba są oksymoronami, o czym chyba zapominają ci, którzy tak chętnie nimi szafują i oba mają podobny sens co „walka o pokój”. Czyli właściwie go nie mają. Połączenie sztuki i krytyki w jednym określeniu jest bałamutne a nawet z gruntu fałszywe, gdyż zjawiska te nie mają ze sobą nic wspólnego, leżą wręcz na antypodach – choćby dlatego, że domeną sztuki są przede wszystkim uczucia, zaś krytyki – rozum.

Podobnie ma się rzecz z „teatrem politycznym”. Jeśli zgodzimy się, że domeną polityki jest propagowanie swojej idei w celu zdobycia władzy, celem zaś teatru – i każdej innej sztuki – jest (powinno być…) pomaganie człowiekowi w stawaniu się lepszym i mądrzejszym, to zobaczymy, że te domeny i ich cele są praktycznie sprzeczne.

Oczywiście, wielokrotnie próbowano używać teatru w celach politycznych, ale na ogół nie przynosiło to olśniewających efektów. Dotyczy to również przywoływanego na początku „Klątwy” Bertolda Brechta, który jako autor i reżyser stawał się naprawdę interesujący wtedy, gdy poeta i artysta teatru brali w nim górę nad marksistą i komunistą. Polityki bowiem ze sztuką pogodzić się nie da; płaskiemu, dwuwymiarowemu widzeniu rzeczywistości (my – oni) sztuka przeciwstawia widzenie wielowymiarowe, „przestrzenne”, pozwalające dostrzec różne, czasem ze sobą sprzeczne aspekty rzeczywistości.

Manipulacja w Powszechnym

Pokusa robienia teatru „politycznego” jest wciąż duża i w Teatrze Powszechnym jej ulegli. W rezultacie przykrojona do potrzeb antyklerykalnej ideologii tragedia Wyspiańskiego stała się swoją parodią i tubą ideologii gender, w sumie czystą publicystyką.

Nie wątpię, iż teatr wiedział, że mówi do ludzi, którzy myślą podobnie, więc nikogo do niczego nie trzeba przekonywać. Jakkolwiek, rzecz jasna, obecności pedofila na widowni wykluczyć nie sposób, to jednak można było przypuszczać, że publiczność źle myśli o księżach–pedofilach i o tym, że Papież te sprawy tuszował. Poza tym pisano już na te tematy sporo i mówiono wiele, więc myśl nieświeża: mało odkrywcza i niespecjalnie oryginalna. Wiedząc o tym wszystkim – i mimo tego albo właśnie dlatego – by przekaz wzmocnić, teatr zdecydował się na prowokację oraz posłużył się skandalem, manipulacją i kłamstwem.

Dwa fragmenty przedstawienia zasługują tu na przywołanie. bo są przykładem manipulacji w czystej postaci. Myślę najpierw o scenie, w której aktorka, Julia Wyszyńska, usiłuje nam, widzom, wmówić, że „wszystko na scenie jest fikcją”. Zrazu pomyślałem, że to taki żart – jak w szekspirowskim „Śnie nocy letniej”, kiedy to aktor, rzemieślnik grający lwa uspokaja siedzące na widowni damy (przekład Stanisława Barańczaka):

„Stwierdzam, że między Lwem a mną jest ta różnica:
Jestem stolarz Framuga, a nie lew czy lwica”.

Ale tu nie było żartu: aktorka serio usiłowała nam wmówić, że wszystko na scenie jest fikcją! Mówiła to tak przekonująco, powtarzała raz po raz w takim zapamiętaniu, że uwierzyłem, iż ona naprawdę nie wie, że teatr jest miejscem prawdy, że fikcją tylko się posługuje – podobnie jak literatura czy film – po to, by mówić prawdę. A później pomyślałem, że to celowa manipulacja. I prowokacja. W sumie równie mało szlachetna jak ta w niezwykle werystycznie zagranej scenie: aktorzy, zwracając się wprost do widzów, przedstawiają się swoimi prawdziwymi imionami, nazwiskami i szczegółami biograficznymi, które – poza tym, że są artystami Teatru Powszechnego – łączy jedno: wszyscy ci oto ludzie, aktorki i aktorzy, byli w dzieciństwie molestowani przez katolickie osoby duchowne.

I jeszcze scena, w której aktorka, Karolina Adamczyk, zwraca się bezpośrednio do widowni i prosi, by kobiety, które dokonały aborcji podniosły ręce. By upubliczniły tym samym swoją prywatność. Kilka rąk się uniosło. Kiedy jednak jednocześnie zaobserwowałem konsternację, jaka wtedy zapanowała wśród innych kobiet (czasem i u ich partnerów) siedzących w zasięgu mojego wzroku, pomyślałem, że takie brutalne ingerowanie w prywatność jest czymś podwójnie niesmacznym, jako że dokonuje się na scenie, którą zbudował i której patronem jest Zygmunt Huebner. Patron, którego miałem szczęście znać osobiście, z pewnością nie byłby szczęśliwy gdyby zobaczył jak opacznie zinterpretowano jego myśl o „teatrze, który się wtrąca”. Byłby zapewne – mówiąc wprost – wściekły, bo przecież nie o brutalne wtrącanie się w sprawy osobiste widza mu szło; to akurat mogło w nim wzbudzić jedynie niesmak.

Demon nudy

Żaden z tych spektakli nie poruszył ciekawych uczuć – takich, o których warto by mówić. Poza przygnębieniem była jeszcze tylko nuda i odrobina lęku. Mam tu na myśli scenę, w której aktor, Michał Czachor, opowiada o tym, że lubi i wręcz specjalizuje się w obnażaniu na scenie. I kiedy zrobił to po raz kolejny, zacząłem się zastanawiać, czy aby aktor dziś nie dokona kolejnej transgresji i nie zacznie oddawać mocz w kierunku widowni, a że siedziałem blisko, to zacząłem się lękać czy aby nie zostanę opryskany. Na szczęście obyło się bez tego, pozostał tylko nudny, banalny akt publicznego obnażania się na scenie, który dziś nikogo już nie szokuje, więc chyba nie należy uznawać go za prowokację. To kwestia smaku i to do niej można sprowadzić całą tę scenę, której centrum stanowią genitalia aktora.

No i nuda – ten demon teatru i innych sztuk rozgrywających się w czasie – zdaje się być karą za chybioną prowokację artystyczną w „Wyzwoleniu” w Teatrze Studio. Takie miałem wrażenie obserwując, jak podczas trwającego 40 minut monologu czytanego z ekranu laptopa przez aktorkę z dużymi słuchawkami na uszach, mnie i siedzących w pobliżu widzów morzy senność, zaś druga już osoba dyskretnie wychodzi.

Ani jedno ani drugie zachowanie nie powinno dziwić. Mało komu – poza uczonymi krytykami (ale to oddzielne zagadnienie…) – chce się tak długo słuchać bełkotu. Czegoś pozbawionego sensu, bo złożonego z samych odpowiedzi Konrada na pytania Masek, których nie słyszymy, gdyż zostały usunięte mocą odważnej decyzji twórców spektaklu w Studio.

Sprawa jest tym bardziej przykra, że widzowie wychodzący z teatru – także ci, którzy dotrwali do końca, ale wynudziwszy się wychodzą z poczuciem straconego czasu i pieniędzy – mogą już do niego nie wrócić.

Często smutno mi się robi na widok tego, jak subtelnych narzędzi teatralnych – skalpeli służących do poznawania człowieka i świata – niektórzy dziś używają jak siekiery i maczety

Pewnie przyjdą znowu widzowie, którzy głośno klaskali, niektórzy nawet na stojąco, zespołowi grającemu „Klątwę”, a później wychodzili mijając kordon policjantów oddzielających ich od protestujących, biorących w obronę widownię i wolność słowa (ot, paradoks!) – ci utwierdzeni zostali zapewne w swoich przekonaniach.

A czy wśród nich są także tacy, którzy pod wpływem spektaklu zmienili poglądy?; na przykład, ktoś z sympatyka stał się oto wrogiem księży pedofilów. Albo ktoś nagle zrozumiał, że Papież źle robił, nie rozprawiając się zdecydowanie z pedofilami w sutannach. Albo oto pojął, że dyskryminowanie kobiet nie jest OK…?

Osobiście, jak pomnę, wychodziłem „ze wzruszeniem ramion”: uniesień artystycznych nie przeżyłem, niczego nowego się nie dowiedziałem, w kilku momentach poczułem niesmak zażenowania i lęk, o których wspomniałem wyżej – ale, inaczej niż na „Wyzwoleniu”, tu się nie nudziłem i czysto teatralną wartość paru momentów byłem w stanie docenić. To ja – ale z czym wychodzili inni widzowie?

Dziwne katharsis

Nieoceniony Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, organizując, także w kwietniu, projekt z serii „Wyspiański – nikt mnie nie zna” poświęcony „Klątwie” podsunął mi nieoczekiwaną odpowiedź na to pytanie i pozwolił lepiej zrozumieć, czy i dlaczego ludzie wrócą na widownię. Inaczej mówiąc: jakie emocje zostały w nich poruszone? Co ich przyciąga?

Projekt „Wyspiański, nikt mnie nie zna: Klątwa” w Instytucie Teatralnym był silnie zideologizowany. Zaproszonymi uczestnikami-prelegentkami były wyłącznie kobiety. „Klątwa”, zgodnie z intencją autora, jest tragedią o ludzkim dramacie człowieka, który podjął się zobowiązań, którym w praktyce nie potrafił sprostać – i wciągnął w swój dramat społeczność, o tym nikt nie śmiał wspomnieć.

Cała złożona, wielopoziomowa problematyka dramatu została sprowadzona do jednego wymiaru: do problematyki gender. Przywołany został jeszcze jeden wymiar przywołany, także niesłusznie Wyspiańskiemu przypisany: antykościelny, antyklerykalny a nawet antychrześcijański czy wręcz antyreligijny.

Pojawił się zwłaszcza w emocjonalnym wystąpieniu prowadzącej spotkanie Agaty Adamieckiej-Sitek, która – jak wyznała – widziała spektakl w Powszechnym już kilka razy i znów chce go zobaczyć. Zrobi to, jak zrozumiałem, zwłaszcza dla jednej sceny – tej, w której wielki krzyż stojący przez cały spektakl pośrodku sceny zostaje przez aktorkę piłą ścięty i z hukiem pada, rozbija się – a ona, teatrolożka, patrząc na tę jakże mocną, symboliczną wizję doznaje w tym momencie ekstazy i uczucia spełnienia. Sądząc po objawach przypuszczam, że przeżywa wtedy rodzaj katharsis. Bardzo interesujące. I oto wreszcie ta sama osoba niezwykle sugestywnie powtarza, że „resentyment jest dobry”…! Robi to tak żarliwie, że nagle, zdumiony, widzę w niej – teatrolożce przecież a nie aktorce – doskonałe żeńskie wcielenie Michaela Douglasa, który jako Gordon Gekko mówi do maklerów z Wall Street: „Chciwość jest dobra! Bądźcie chciwi!”.

W kwietniu naprawdę nie było lekko. Byłem wtedy, pamiętam, tak poruszony, że zaraz po powrocie z Instytutu do domu napisałem do pani doktor teatrolożki maila, w którym błagałem, by się opamiętała. Nawet powołałem się na autorytet Maxa Schelera, który pisał: „Resentyment – to duchowe samozatrucie, które ma ściśle określone przyczyny i skutki. (…) Odruchami uczuciowymi i namiętnościami, które przede wszystkim wchodzą tu w grę, są: mściwe uczucie i odruch zemsty, nienawiść, złośliwość, zazdrość, zawiść, szyderstwo” („Resentyment a moralność”, Warszawa 1977). Przywołałem też inny autorytet, psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera, który mówił: „Słuszny gniew się nie nakręca. Ma swoje wyraźne granice. Jest związany ze współczuciem – to Chrystusowe: Nienawidź grzechu, lecz kochaj grzesznika. Tak więc, kierując się słusznym gniewem nigdy nie niszczymy przeciwnika i nie wynosimy siebie ponad innych” (DF 14.11.2016).

Maila wtedy nie dokończyłem, padłem wycieńczony przeżyciami dnia – a rano przypomniałem sobie, że teatrolożka mówiła, iż psychologii nie ufa, więc go skasowałem. Nie jestem pewien, czy dobrze zrobiłem, ale lekturę Maxa Schelera serio polecam.

„Dziel i rządź”

Teatr i władzę – wbrew wszystkim różnicom, prawdziwym i pozornym – łączy coś zasadniczego: konflikt. Odkąd istnieją, czyli praktycznie od samego początku ludzkiego świata, teatr i władza posługują się konfliktem. Zarówno władcy i politycy (czyli ludzie do władzy dążący), jak i ludzie teatru – aktorzy, dramaturdzy najpierw, a później też reżyserzy i scenarzyści – wszyscy oni doskonale wiedzą, że konflikt jest ich podstawowym narzędziem. Prostym i niezwykle skutecznym.

O ile jednak teatr stara się korzystać z tego narzędzia tak, by przyniosło pożytek: budowało akcję, działania postaci, narrację – o tyle politycy nie znają umiaru i czynią z konfliktu narzędzie bardzo groźne, gdyż prowadzące do wojny. Konflikt zaczyna się od dzielenia, od tworzenia podziałów. To prowadzi do walki, a ona – do wojny. „Dziel i rządź” to hasło, które przetrwało próbę czasu, gdyż kryje prawdę, o czym przekonuje również obserwacja tego, co dzieje się wokół nas.

„Ty też musisz to mieć!”

Żyjemy naprawdę w ciekawych czasach i – wbrew chińskiemu porzekadłu – cieszę się z tego. Dane jest mi bowiem obserwowanie pasjonujących zmian – także w ludzkiej świadomości! – zachodzących obecnie prędzej niż kiedyś.

Szybszy niż kiedykolwiek przedtem jest dziś obieg informacji i łatwiejszy do niej dostęp. W efekcie coraz więcej ludzi – takie mam wrażenie – zaczyna rozumieć, że świat dojrzał do zmiany, że ona już zaczyna się na naszych oczach dokonywać. Kolejne kryzysy finansowe i bankowe oraz widmo bliskiej katastrofy ekologicznej pokazują, że opary na żądzy zysku kapitalizm zapędził nas w ślepą uliczkę, że prowadzi do samozagłady, a kosmetyczne korekty i reformy niczego nie zmieniają, bo chciwość ludzka nie zna granic ani przyzwoitości.

Rewolucja nie jest wyjściem, bo zawsze w końcu przynosi więcej zła niż dobra – o tym już wiemy z historii. Wiemy też, że chrześcijaństwa z kapitalizmem pogodzić się nie da: nie sposób kochać bliźniego i jednocześnie traktować go jak konkurenta. Przykazania miłości nie sposób pogodzić z przykazaniem chciwości. Wie już o tym papież Franciszek, choć jako szef najstarszej nieprzerwanie działającej i nieustannie powiększającej swój majątek korporacji chyba nie potrafi z tą wiedzą niczego zrobić.

Polityki ze sztuką pogodzić się nie da; płaskiemu, dwuwymiarowemu widzeniu rzeczywistości (my – oni) sztuka przeciwstawia widzenie wielowymiarowe, pozwalające dostrzec różne, czasem sprzeczne ze sobą aspekty rzeczywistości

Fakt, że choć wielu już wie, to jednak zmiana nie zachodzi szybciej, jest rezultatem uporczywej propagandy, która od stu lat pracuje nad tym, by ludzi zmieniać w klientów, dążąc do ideału: nienasyconego konsumenta. Reklama, przemysł rozrywkowy, cała kultura popularna zwana też masową albo „kulturą zakupów” wytrwale nad tym pracują propagując uproszczone, spłaszczone widzenie człowieka i świata. Poddawany od dzieciństwa nieustannemu praniu mózgu – wirnikowa pralka, notabene, jest równie stara, jak kultura masowa – praniu roztworem, którego głównym, bazowym składnikiem jest hasło: „Ty też musisz to mieć!”, człowiek zaczyna w końcu z pełnym przekonaniem powtarzać i wierzyć w to, że chciwość jest dobra. I że wojna jest dobra – choćby dlatego, że nakręca gospodarkę i przynosi ogromne zyski nie tylko producentom broni, ale wszystkim (tu się zatrzymuję, by nie dodać: zwłaszcza tym, którzy przeżyli). Ludzie rozumieją, że bez niewolniczej pracy kapitalizm buduje się niemrawo, więc – skoro o takich niewolników jak dawniej, dziś coraz trudniej – by system kwitł, sami stają się niewolnikami. Wielu wręcz ochoczo i z radością zakłada sobie kajdany – idą pracować w korporacji, biorą kredyt… – byle tylko móc kupować.

Choć na razie nie ma jeszcze dobrego pomysłu jak wyłączyć tę pralkę to intensywne prace trwają i ciekawe propozycje już się pojawiają. Internet i niezależne dziennikarstwo skutecznie zakłócają proces prania, ale go nie zatrzymają. Sztuka też nie posiada mocy zatrzymania tej pralki, ale może zakłócić, spowolnić choć na moment jej obroty; na tyle, by ci, którzy są gotowi i odważni mogli wyskoczyć. Nie robiąc sobie krzywdy.

Moc poruszania serc i umysłów

Podejrzewam, że większość z nas miała okazję zetknąć się z wierszem, filmem, książką, obrazem, koncertem czy spektaklem, który poruszył uczucia i umysł na tyle, że przyczynił się do naszego rozwoju, uwalniając cenną myśl, uwrażliwiając itd. Warto więc, by artyści odpowiedzialnie myśleli także o prowokacji artystycznej, bo to naprawdę niebezpieczne narzędzie.

Moc poruszania serc i umysłów, którą dysponuje teatr warto rozsądnie wykorzystywać: budzić te uczucia, które budzić warto. Zamiast resentymentu agresji i wrogości – budzić, na przykład, zrozumienie, empatię, współczucie albo uśmiech.

Pytanie „z czym widz wychodzi?” jest ważne, dotyczy bowiem kwestii zasadniczej: tego, jak teatr działa i jak przyczyniać się może do zmiany świata. Bagatela.

Co więc dzieje się po czasie spędzonym w teatrze? Jakie – i jak silne – uczucia spektakl obudził? W związku z tym: w jakim stanie ducha wychodzę? Skupiony? Rozluźniony? Rozbawiony? Znudzony? Czujny i uważny? Mądrzejszy? Czy raczej zdenerwowany, poirytowany, pełen resentymentów i złości? Co we mnie zostaje – i na jak długo…? Co niosę w sobie po spektaklu: agresję czy spokój? Gniew czy życzliwość i uśmiech? Co ze mnie wtedy emanuje…?

Sensowna prowokacja

Mógłbym podać wiele przykładów sensownych prowokacji artystycznych, ograniczę się jednak do jednego, bo tu autor wyraził w sumie mniej więcej to samo, co twórcy „Klątwy” usiłowali powiedzieć – ale jakże inaczej!

Przykład nie pochodzi z teatru, ale łączy różne dyscypliny sztuki: performance, sztuki wizualne, street-art, poezję… Jest zatem przykładem dzieła na wskroś nowoczesnego, interdyscyplinarnego – oraz sztuki zaangażowanej. Równie przy tym ulotnej, co teatr. Anonimowy, zapewne młody artysta, autor tego dzieła, perfekcyjnie zastosował przy tym jedną z moich ulubionych formuł: przy minimum środków – maksimum wyrazu i treści.

Ważne też – jak zwykle w takich przypadkach – że mój kontakt z tą pracą nastąpił w odpowiednim momencie. Było to kilka lat temu, w czasie gdy uwierał mnie własny gniew na poczynania katolickiego kleru i Kościoła, kiedy jedne po drugich wychodziły na jaw afery pedofilskie i odsłaniały się kulisy ludobójstwa w Rwandzie. Gniew we mnie rósł, uwierał ale nie potrafiłem się go pozbyć.

I oto, zobaczywszy kilka słów napisanych na murze, obok którego przechodziłem – roześmiałem się. A gniew prysnął! Był to duży napis na murze warszawskiego kościoła, białą farbą na ciemnej cegle: Księża na księżyc!

Trzy słowa i wykrzyknik. Ascetycznie, jak w haiku. Poezja – i uśmiech.