Gniew Jezusa budzą nie grzesznicy, tylko ci, co przeszkadzają sobie i innym skorzystać z Miłosierdzia. Chrześcijański radykalizm to asystowanie Terapeucie grzeszników przez trochę już podleczonego pacjenta.

„Będziecie więc doskonali, jak doskonały jest wasz niebiański Ojciec” (Mt 5,48). „On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Stańcie się więc miłosierni, jak wasz Ojciec jest miłosierny” (Łk 6,35b-36).

W odczuciu chrześcijan wojujących radykalizm oznacza postawę konfrontacyjną, gniewną obronę zasad. Lubią oni powoływać się na Jezusa wyrzucającego handlarzy ze świątyni oraz nazywającego faryzeuszy „pomiotem żmij”. Współwyznawcom preferującym delikatność, dyskretne świadectwo i życzliwy dialog z resztą świata tacy gorliwcy gotowi są zarzucać rozmywanie chrześcijańskiej tożsamości.

Tymczasem na kartach Ewangelii Chrystus udziela reprymendy apostołom, chcącym przekląć okazujących Mu wrogość Samarytan (zob. Łk 9,53-55). Według części rękopisów wypowiada przy tym słowa: „Nie wiecie, jakiego ducha jesteście”.

Radykalizm, czyli miłosierdzie

Wierność duchowi Ewangelii każe pamiętać, że Jezus przyszedł „nie po to, żeby świat osądzić, ale żeby świat został przez Niego uratowany” (J 3,17). Odpowiedzieć w Jezusowym stylu na grzech bliźniego to „doprowadzić go w duchu łagodności do właściwego stanu” (por. Ga 6,1). A jeśli trzeba (bo czasem trzeba) dobitnie nazwać popełnione zło, wstrząsnąć sumieniem – to jest to sytuacja wyjątkowa, a nie norma.

Zwróćmy uwagę, że nasz Mistrz nie gromi skorumpowanych poborców opłat ani prostytutek i bardzo spokojnie rozmawia z żyjącą w konkubinacie kobietą z Sychar (por J 4,9-26). „Pomiotem żmij” nazywa wyłącznie świętoszków-hipokrytów. Gniew Jezusa budzą nie grzesznicy, tylko ci, co przeszkadzają sobie i innym skorzystać z Miłosierdzia.

Chrześcijański radykalizm nie jest ekstremizmem ani perfekcjonizmem tropiącym błędy. To głębokie przejęcie się dobrocią, której sam doznałem, oraz zaangażowanie w jej służbę

Z kolei ostra reakcja Chrystusa na „robienie jaskini zbójców z domu modlitwy” (por. Mt 21,13) nie odnosi się do nieporządku czy rozgardiaszu w świętym miejscu. Po pierwsze, Izrael zwykł chwalić Boga w sposób żywiołowy „bębnem i tańcem” (Ps 150,4), a po drugie, wypędzonych handlarzy i wymieniaczy walut zastąpili tłoczący się wokół Jezusa niepełnosprawni i dzieci wznoszące okrzyki (Mt 21,14-15). Chodziło tu raczej o sprzeciw wobec fałszywej wizji Boga i ludzkiej relacji z Nim.

Czuły Abba, którego objawia Jezus, to Bóg, który kocha za darmo i „chce miłosierdzia, a nie ofiary” (Mt 9,13). Chce okazywać nam miłosierdzie oraz widzieć, że się nim „zarażamy”, świadcząc je sobie nawzajem. Poprzewracane stragany głoszą prymat łaski, bezwarunkowej życzliwości Boga. Są znakiem, że relacji z niebiańskim Ojcem nie kupuje się za żadną walutę materialną lub duchową (hołdy, wyrzeczenia, oddawane usługi), tylko przyjmuje się ją w prezencie, w ufnym poczuciu zależności, „jak dziecko” (Mk 10,15).

Ciekawe, że w Janowej wersji opisu wyrzucenia handlarzy ze świątyni Jezus mówi: „Nie róbcie z domu Mego Ojca hali targowej” (J 2,16). Przestrzeń modlitwy, symbolizowana przez budynek, nie służy załatwianiu interesów z niebem, lecz wchodzeniu w rodzinną zażyłość. Nie stajemy przed Bogiem jak klienci, tylko odnajdujemy się przy Nim jako domownicy.

Otwarte serca, nie zaciśnięte pięści

Zatem radykalizm w Jezusowym stylu – inspirowana Jego przykładem „gorliwość o dom Boży” (J 2,17) – oznacza pasję dzielenia się doświadczeniem bycia afirmowanym przez czułego Tatę nie z tego świata.

Pamiętajmy, że słowo „radykalizm” pochodzi od łacińskiego radix – „korzeń”. Radykalny uczeń Chrystusa jest zakorzeniony w przyniesionym przez Mistrza objawieniu Miłosierdzia. Żyje wizją Ojca z przypowieści o synu marnotrawnym – raczej macierzyńskiego w swych reakcjach, niesionego porywem czułości silniejszej niż odtrącenie, jakiego doznał ze strony niewdzięcznika. Na przekór swojej pseudokatechetycznej karykaturze Bóg Ewangelii nie okazuje się „sędzią, który za dobro wynagradza, a za zło karze”, lecz Miłością, która wychodzi z siebie, żeby grzesznik nie poniósł konsekwencji własnej podłości.

Na przekór swojej pseudokatechetycznej karykaturze Bóg Ewangelii nie okazuje się „sędzią, który za dobro wynagradza, a za zło karze”, lecz Miłością, która wychodzi z siebie, żeby grzesznik nie poniósł konsekwencji własnej podłości

Chrześcijański radykalizm nie jest ekstremizmem, bezlitosną czujnością doktrynera, perfekcjonizmem tropiącym błędy. To głębokie przejęcie się dobrocią, której sam doznałem, oraz zaangażowanie w jej służbę. To asystowanie Terapeucie grzeszników przez trochę już podleczonego pacjenta. Wobec ludzi uwikłanych w zło i jakoś nim zainfekowanych lub poranionych mamy być pielęgniarzami z „polowego szpitala” (zgodnie z metaforą papieża Franciszka) czy też wejść w rolę dobrego Samarytanina (by nawiązać z kolei do myśli Pawła VI). Ta ostatnia wizja ma szczególną wymowę w sytuacji, gdy odczuwamy dystans albo wręcz niechęć ze strony otoczenia uprzedzonego do wierzących. W uszach pierwszych słuchaczy Jezusa słowo „Samarytanin” było obelgą, więc bohater przypowieści stanowi przykład kogoś kochającego nieprzyjaciół i świadczącego dobro tym, którzy mają go za nic.

Prawdziwy radykalizm ucznia Chrystusa to pasja w dążeniu do doskonałości podpatrzonej u niebiańskiego Taty – „dobrego dla niewdzięcznych i złych”, nawracającego za pomocą otwartego serca, a nie zaciśniętych pięści. Jeśli ktoś uważa taką postawę za nierealistyczną i pyta, dokąd nas ona zaprowadzi, to odpowiedź brzmi: zaprowadzi nas (tak jak Mistrza) na krzyż, a potem w zmartwychwstanie – na krzyż codziennego „bycia obalanym na ziemię” i w doświadczenie, że dyskretnie podnoszeni przez Boga, „nie giniemy” (por. 2 Kor 4,9). Może to w czyichś uszach brzmieć utopijnie, jednak po prostu „nie ma innej Ewangelii” (por. Ga 1,7).

Cytaty biblijne przytoczono częściowo we własnym tłumaczeniu autora, częściowo zaś za Biblią Tysiąclecia i Przekładem Ekumenicznym Nowego Testamentu.