Czuję jeszcze na sobie jego wzrok: czasem Gołubiew zdej­mował okulary i patrzał swymi trochę niesamowitymi oczyma, szeroko rozstawionymi, spod obrzmiałych powiek i krzaczastych brwi – to spojrzenie zmuszało do rzetelnego wysiłku myśli.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 9/1979

Pierwsze spotkanie moje z Antonim Gołubiewem miało miejsce 30 lat temu. Trzymał mnie on wówczas do chrztu w krakowskim kościele śś. Piotra i Pawła. Później, już za świadomego życia, przez długie lata nieczęsto go widywałem, mimo kolegowania z jednym z jego tragicznie zmarłych synów, Wojciechem. Pan Tolo – bo tak się o nim mówiło – należał do dorosłego świata, od którego niejedno nas wów­czas odgradzało.

Drugim spotkaniem z Antonim Gołubiewem była dla mnie lektura „Bolesława Chrobrego” – gdzieś w licealnych latach. Księga ta pochło­nęła mnie bez reszty i przez kilka tygodni, trochę nieprzytomny, chodzi­łem nie tyle własnymi, ile zawiłymi drogami Latorosłki, Stojgniewa, Dzierżka, Bugaja i tylu, tylu innych.

Spotkanie trzecie nastąpiło z jego inicjatywy. Otóż jesienią 1976 r. w związku z przygotowywaną kolejną edycją „Bolesława” Gołubiew po­stanowił wykonać zamiar, z którym nosił się już od dawna, polegający na gruntownym przeredagowaniu i częściowym dopełnieniu pierwszego tomu powieści, tj. „Puszczy”. Nie był z niej zadowolony, twierdził, że pisał ją za młodu, nie umiejąc jeszcze władać piórem, że „odstaje” ona bardzo niekorzystnie od pozostałych tomów cyklu (którym zresztą też miał niejedno do zarzucenia). Jako lektora, redaktora zmienionej wersji, a poniekąd i doradcę upatrzył sobie moją osobę.

Podjąłem się tej pracy chętnie, wiedząc, że wiele na niej skorzystam – choć samej koncepcji zmiany raz napisanej i opublikowanej powieści, która stała się już własnością szerokich kół czytelników, byłem, jak większość bliskich i przyjaciół autora, mocno przeciwny. Jednakże Go­łubiew, który chętnie się radził w sprawach literackich, słuchał pilnie uwag, krytyk, argumentów, dociekliwie precyzował niejasności i ważył w sobie wszystko, decyzję podejmował słuchając jedynie głosu własnego dajmoniona: była ona zawsze całkiem niezależna, często idąca pod prąd cudzych opinii. Najbardziej ufał własnej intuicji artystycznej i artystycz­nemu sumieniu.

Na to ostatnie kładł wielki nacisk, odczuwając i przeżywając głęboko problem odpowiedzialności pisarza. Temu w istocie tematowi poświęcone było jego wystąpienie w krakowskim ZLP, podczas ostatniego wieczoru autorskiego – wiosną ubiegłego roku. Głęboka świadomość odpowiedzial­ności za słowo, za prawdę w nim zawartą i za człowieka-czytelnika spra­wiały, że mając dużą łatwość pióra potrafił przecież godzinami medytować nad doborem takiego czy innego wyrazu, że wszystkie tzw. realia spraw­dzał z niezmierną skrupulatnością, szperając po bibliotekach i konsultu­jąc się z fachowcami, że wreszcie wielu swoich dzieł nie kończył.

Najbardziej ufał własnej intuicji artystycznej i artystycz­nemu sumieniu

W nogach jego łóżka stał niewielki regał, na każdej półce leżał mniej lub bardziej zaawansowany brulion powieści: „Adam”, „W poczekalni dworcowej”, niżej dwa kolejne tomy „Bolesława” – „Wojna”, „Korona” – i jeszcze inne prace. A wszystkie nie skończone, choć nad niektórymi pracował od lat kilkunastu i więcej. Dlaczego?

Wspominał mi kiedyś, że musiał przerwać pisanie „Bolesława”, bo temat wojny nade wszystko dziś, po własnych i po zbiorowych polskich doświadczeniach niedawne­go czasu (choć tam szło o wojnę sprzed lat blisko tysiąca) przerastał go, czuł, że nie jest w stanie mu podołać, przedstawiając prawdziwie istotę wojny i wszelkie jej okropności, spustoszenia materialne i moralne; twierdził, że brak mu na to było środków literackich. I powiedział, że ostatnio zdaje mu się, iż dojrzał, że mógłby podjąć zmaganie z tematem – „ale czy sił starczy?”.

Podobnie w innych książkach – kiedy dochodził do tematu, do przedmiotu, którego nie mógł uchwycić w zadowalający go sposób zatrzymywał się, nie chciał, nie był w stanie pójść łatwiejszą drogą, nadrobić efektem, prześlizgnąć się po powierzchni. Czekał, aż rzecz w nim dojrzeje – gdy to się stało, wracał do odłożonego tekstu. Ta ogromna powaga i odpowiedzialność w traktowaniu twórczości literac­kiej narzucała mu taki a nie inny jej rytm. Wiedział, że wiele rze­czy pozostawi niedokończonych. Ale zostawianie tandety uważał za coś jeszcze gorszego. Pisał do mnie w jednym z listów: „Masz rację, że po­prawki w „Orczycy” to przede wszystkim mało ważna kosmetyka. Ale akurat w dziele artystycznym kosmetyka jest sprawą nieraz decydującą. Więc nie może dziwić, że widząc tandetę staram się ją usunąć, a przy­najmniej umniejszyć. Że na tym cierpią inne prace, może istotniejsze, to prawda! Czy jednak zdążę je dokończyć? Zrozum, że czuję się niejako jedną nogą na tamtym świecie – a nie chciałbym tam pójść obu noga­mi obciążony poczuciem pozostawiania po sobie tandety”.

Drugą istotną przyczyną hamującą go jakoś w pisaniu był, jak mi się zdaje, charakter jego talentu. Paradoksalne, hamowało go bogactwo wyobraźni, niesłychana łatwość rozwijania fabuły, plastyczność widzenia nowych postaci, które, raz zrodzone, rychło nabierały ciała, rwały się do życia, do działania. Płodna wyobraźnia Gołubiewa budziła głęboki podziw; miałem okazję asystować z bliska przy narodzinach i rozwoju kilku jego pomysłów fabularnych, na jakich nigdy mu nie zbywało. Niejeden pisarz by pozazdrościł; na niejednego pisarza tych pomy­słów by starczyło.

Łatwość budowania nowych wątków, przywiązanie do postaci zaludniających jego imaginację sprawiało, że powieści Antoniego Gołubiewa miały tendencję, aby rozrastać się wszerz – a wymogi kompo­zycji wymagały eliminacji, cięcia, skracania i niełatwo było wybierać w takim bogactwie, co ocalić, a co porzucić. Niektóre wątki czy epizody przeradzały się w osobne nowele, ale napisanie ich zajmowało sporo cza­su, zwalniało tempo pracy nad głównym dziełem. Tak było z „Kazimierzówką” – jednym z ostatnich utworów Antoniego Gołubiewa. Pierwot­nie miał to być krótki, dwu-trzystronicowy wstęp do owego wydania „Bolesława”, swego rodzaju „narracyjne uzasadnienie” tej powieści. Ale pojawiła się tam jedna postać, potem druga i oto „Kazimierzówka” roz­winęła się w duże opowiadanie, które w „Tygodniku Powszechnym” wy­pełniło kilka kolumnowych odcinków.

Liczne i długie rozmowy, jakie miałem okazję w tych ostatnich latach przeprowadzić z Antonim Gołubiewem nie dotyczyły, rzecz jasna, tylko „Bolesława”. Rozmowa z nim płynęła zawsze powolnym, krętym nurtem i licznymi bocznymi łożyskami dygresji. A rozmawiało się o niejednym. Przede wszystkim może o historii, która była przedmiotem niegasnącej namiętności Gołubiewa. Nieraz zastanawiał się głośno nad tym, co składa się na ów pierwiastek pozaracjonalny w dziejach, zapewnia­jący im ostateczną nieprzewidywalność. Zapytywał o to, co w historii nie jest czystą grą sił i interesów, jak ujawniają się w niej wartości. A w ostatniej naszej rozmowie, pamiętam, pochwalił się, że mógłby powie­dzieć o sobie jak Gombrowicz: „byłem strukturalistą przed innymi” – lub przynajmniej niezależnie od innych i – bo właśnie wśród starych pa­pierów wyszperał egzemplarz swojej pracy magisterskiej sprzed lat bez mała pięćdziesięciu, tyczącej kwestii periodyzacji dziejów, w której wprowadza, rozwija, a potem posługuje się pojęciem historii jako „struk­tury narastającej”.

Rozmawiało się o polityce, której był zawsze bardzo ciekaw, choć wstrzymywał się zwykle od śmiałych prognoz, realistycznie oceniając sy­tuację globu. Powiadał, że zna tylko jedno prawo dziejowe – że przysz­łość musi być inna zarówno od teraźniejszości, jak i od naszych wyobrażeń o niej i projekcji.

Mówiliśmy o Wilnie – o którym mógłby powiedzieć jak Poeta: „Czemu to już tylko mnie powierza się to miasto bezbronne i czyste, jak na­szyjnik weselny zapomnianego plemienia? – choć strzegłby się pewnie poetyckiego ekskluzywizmu. Wilno kochał bardzo. Lecz to uczucie nie przeszkadzało mu rozumieć jego przeznaczenia i widzieć konieczność Wilna litewskiego. Wspominał swoje czasy studenckie i późniejsze – okres który zgromadził w tym mieście tak świetną plejadę umysłów i talentów, zwłaszcza wśród profesorów i studentów Uniwersytetu Stefana Batorego. Dawał barwne, ożywione anegdotą charakterystyki ludzi tamtejszych – Cata, H. Dembińskiego. Miłosza, Bujnickiego – i wielu innych. Planowa­liśmy nagranie tych wileńskich, niespisanych wspomnień.

Nie doszło do tego – czasu, sił nie stało. Tak przeszłość zamknięta w ludzkiej pamięci umiera wraz z człowiekiem – umiera razem z nim tylu innych ludzi, tak wiele ginie zdarzeń, krajobrazów… Nie doszło też do innego nagrania, planowanego od dawna, a odkładanego kilkakrotnie z różnych życiowych względów, które miało zawrzeć wypowiedź Gołubiewa na temat swo­istych, szczególnych wartości aktualizujących się w polskich dziejach i kulturze. Tekst, sporządzony na podstawie tej wypowiedzi, miał być drukowany w ubiegłorocznym numerze „Znaku” poświęconym odzyska­niu niepodległości, potem redakcja żywiła nadzieję, że znajdzie się on w numerze jubileuszowym, trzechsetnym; teraz już wiemy, iż nie nasz, a może jakiś niebieski „Znak” on przyozdobi.

Wiedział, że wiele rze­czy pozostawi niedokończonych. Ale zostawianie tandety uważał za coś jeszcze gorszego

Rozmawiało się o książkach. O jego ukochanych pisarzach: Mickiewiczu, Conradzie, Mannie. Antoni Gołubiew tak naprawdę cenił tylko literaturę piękną i, mimo że sam z wielkim powodzeniem uprawiał eseistykę i pu­blicystykę, miał do nich stosunek znacznie bardziej powściągliwy. Nie przeszkadzało mu to jednak niezmiernie poważnie traktować społecznej funkcji „Tygodnika” czy „Znaku” i przejmować się wszystkimi sukcesami i niepowodzeniami tych pism. Kiedy po raz któryś z rzędu namawiałem go do napisania artykułu, ofuknął mnie: „Nie mam dziś czasu na gazeciarstwo, muszę siedzieć w literaturze”. Znać było, że tę ostatnią traktuje jako ziarno, które głębiej pada i, choć wolniej może kiełkuje, to przecież wyrasta z.niego potężniejsze drzewo.

Rozmawiało się o różnych innych sprawach. O ludziach rozmaitych, znanych i nieznanych, bliskich i dalszych. O lesie. O rybach i ptakach. O filozofii. O cudach. O Panu Bogu.

Zawsze miałem poczucie, że z rozmów tych wychodzę bogatszy, pełniej­szy, nasycony. Czuję jeszcze na sobie jego wzrok: czasem Gołubiew zdej­mował okulary i patrzał swymi trochę niesamowitymi oczyma, szeroko rozstawionymi, skośnymi, spod ciężkich, obrzmiałych powiek i wielkich, krzaczastych brwi – to spojrzenie zmuszało do rzetelnego wysiłku myśli i słowa. A równocześnie uwaga i powaga, z jakimi wysłuchiwał on roz­mówcy, jego podejście do sprawy zawsze od strony istotnej, a przy tym tak bardzo autentyczne ludzkie, pełne dobroci, sprawiało, że pękały ewentualne pokoleniowe bariery, style, „miny” traciły wszelkie znacze­nie – zostawało dwóch ludzi spotykających się w usiłowaniu zrozumie­nia jakiejś prawdy.

Tak się jakoś złożyło, że ostatnia nasza rozmowa – niespełna miesiąc temu – dotknęła w pewnej chwili kwestii idealizmu, idealistycznych skłonności dzisiejszej filozofii i myślenia w ogóle. Gołubiew wyznał wówczas, jak ważna była dla niego zawsze postawa realistyczna. „Nie jestem filozofem” – powiedział. – „Ale to, że ten kamień jest, i jest taki, jakim go widzę i dotykam, stanowi dla mnie gwarancję własnego istnienia. A zarazem ten kamień, który jest, jest świadkiem istnienia Boga”.

Nie skończyliśmy naszej ostatniej rozmowy. Było już bardzo późno, mój chrzestny ojciec był znużony. Obiecaliśmy sobie niedługo wrócić do niej.

Ale choćbyśmy jeszcze niejedną noc przegadali, to i tak nasza rozmowa zostałaby nieskończona, niewyczerpana. Wyczerpać da się temat. Rozmo­wa, jeśli jest prawdziwym spotkaniem, może zostać przerwana, ale końca mieć nie może.

„Poprzez wonność jodłową
Pójdą, każde w swą stronę,
Ciało – w ziemię lipcową,
Dusza w góry zielone”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 9/1979 pod tytułem: „Niedokończona rozmowa”.