Byłem na drodze krzyżowej. To była droga krzyżowa bez Drogi Krzyżowej, nabożeństwo bez Pasji, kolejne pouczenie zamiast doświadczenia. Nie wierzymy w siłę Słowa ani w siłę opowiadanej Pasji. Wierzymy w moc dydaktycznych instrukcji.

Josif Brodski w przedmowie zatytułowanej „Bogowie wmieszani w tłum” do książki Roberta Calasso „Zaślubiny Kadmosa z Harmonią” pisze o autorze, że „nie chce wyjaśniać mitów, ale raczej skłonić mity, by wyjaśniały życie”. I ma oczywiście racje. Mity nie są do wyjaśniania, ale do ich nieustannego opowiadania na nowo. Książka Calasso traktuje o mitach greckich i aktualności greckiej mitologii dla europejskiej kultury. Mitologia – jak podkreśla Brodski – nie jest przeszłością. „Mitologia – jako sens życia – nie podlega historii; to tylko pisarz otwiera na oścież bramę historii, żeby wchodził przez nią, kto zechce”.

Co jednak ma wspólnego mit z drogą krzyżową? Na to pytanie – choć nie bezpośrednio – odpowiada Leszek Kołakowski, wyjaśniając kiedy rodzi się teologia. „Teologia to przede wszystkim sposób, w jaki mit broni się przed wrogami, a dopiero potem sposób, w jaki próbuje zrozumieć sam siebie, pragnienie zrozumienia samego siebie jest zapewne również pochodną konieczności obronienia się. Wiara, jeśli żyje, jest zrozumiała sam dla siebie, a mit, jeśli się w niego wierzy, jest zawsze jasny, nie będąc nigdy jasnym z zewnątrz, dla niewierzącego. Być wewnątrz mitu to uczynić go przejrzystym, nie odczuwając potrzeby wyjaśnień teologicznych. Być poza nim to ograniczyć mit do tego, co nie jest specyficznie mityczne – jego funkcji społecznych, psychologicznych, poznawczych” („Jezus ośmieszony”, s. 103-104).

Przyjmijmy, że mit to opowieść objawiona przez bóstwo (Boga), która wyjaśnia sens świata. Mit nie jest – podkreślmy to – nieprawdą, ale prawdą wyrażoną w formie symbolicznej opowieści. Na użytek tego blogowego wpisu możemy – z dużym uproszczeniem – uznać, że mit to historia święta, święte opowiadanie o początkach. Takim opowiadaniem jest Pasja, historia Męki Pańskiej. Wciąż – jak się okazuje, naiwnie – wydaje mi się, że gdy przychodzę na nabożeństwo drogi krzyżowej, to ktoś będzie mi tę historię, ten mit na nowo opowiadał. A przecież jest co opowiadać, w każdej stacji kryje się mnóstwo treści – tej dosłownej, tej duchowej, tej moralnej, tej mistagogicznej. Niestety, najczęściej słyszę coś zupełnie innego: wykorzystanie Męki Pańskiej – jak mówił o micie Kołakowski – „do funkcji społecznych, psychologicznych, poznawczych”. Tak jak ta pierwsza moja droga krzyżowa w tym Wielkim Poście, która była o trzeźwości i alkoholizmie. Od sensu moralnego Pasji do jej instrumentalizacji jest naprawdę niedaleko. Z biblijnej historii pozostały jedynie tytuły stacji. Reszta rozważania ignorowała to, co się akurat w historii Pasji dzieje.

Pasja staje się pretekstem do dydaktycznych pouczeń. Pan Jezus bierze krzyż, rozmawia z kobietami, upada, spotyka Matkę, a my w kościele „rozmawiamy” o tym, że jest Tydzień Trzeźwości. Proponuję mały eksperyment. Spróbujmy sobie wyobrazić, że to się dzieje naprawdę (bo się tak właśnie dzieje), że On idzie drogą na Kalwarię, my za Nim. O czym się godzi mówić w tym momencie?

Ten postulat oczywiście nie dotyczy wyłącznie drogi krzyżowej. To dotyczy całego przepowiadania, którego źródłem – jak wciąż przypomina Kościół – ma być Słowo: opowiadane, powtarzane, aktualizowane. Historia święta nie jest historią minioną, ona – jak każdy mit – nie poddaje się przemijaniu. Co ma zrobić ksiądz, kaznodzieja, każdy, kto chce o niej mówić? Otworzyć „na oścież bramę historii, żeby wchodził przez nią, kto zechce”. Ale tej bramy nie da się otworzyć od zewnątrz. Trzeba najpierw samemu wejść do środka. Mit – pisał Kołakowski – tylko wewnątrz jest jasny i przejrzysty. Dopóki będziemy stać na zewnątrz, będziemy próbowali go wyjaśniać, tłumaczyć, próbować zrozumieć. Będziemy budowali jakieś „teologie”, które nie potrafią dotknąć sedna i obsuwają się w psychologiczne pseudoporady czy socjologiczne pseudodiagnozy. Bez wkroczenia w mit, bez wejścia „w przepaść Męki” nie stworzy się żadnej teologii, lecz jedynie jakąś jej karykaturę.

Na koniec powtórzę to, o czym pisałem wielokrotnie, ale nigdy dość przypominania tego, co fundamentalne. Kiedy po Zmartwychwstaniu dwaj uczniowie szli do Emaus, spotkany Jezus – tłumacząc dosłownie tekst grecki – „Pisma im otwierał”. I wtedy pałało im serce. Któż nam dzisiaj tę bramę Pisma pootwiera, „żeby wchodził przez nią, kto zechce”?