Guillermo del Toro opowiada o świecie doby kryzysu i o odmieńcach, którzy nie potrafią się w nim odnaleźć. Jego film to manifest tych, których pozbawiono głosu.

„Kształt wody” zdążył już zdobyć Złotego Lwa na Festiwalu w Wenecji, dwa Złote Globy, aż 13 nominacji do Oscara i nagrodę Amerykańskiej Gildii Reżyserów Filmowych. Paradoks polega na tym, że film, który właśnie wchodzi na ekrany polskich kin, nie jest wcale najwybitniejszym osiągnięciem w dorobku del Toro. Choć „Labirynt fauna” i „Kręgosłup diabła” wyraźnie dystansują „Kształt wody” pod względem podejmowanej problematyki i ciężaru gatunkowego, to właśnie ten ostatni obraz pozwolił reżyserowi osiągnąć największy sukces artystyczny w karierze.

Twórca „Hellboya” od lat opowiada tę samą historię o fantastycznych stworzeniach, które okazują się bardziej humanitarne niż ludzie. Odbierając w styczniu Złotego Globa za najlepszą reżyserię, we wzruszającym przemówieniu mówił, że „od dziecka był wierny potworom, które ocaliły mu życie i które są patronami naszych błogich niedoskonałości”. Jego najnowsze dzieło jest dowodem zarówno konsekwencji, jak i kreatywności w podejściu do własnych obsesji.

„Gdybym miał o tym mówić… Jeśli miałbym to zrobić, to o czym miałbym opowiadać? Może o czasie? Zdarzyło się to dawno temu, chyba w ostatnich dniach panowania Pięknego Księcia. A może wolelibyście usłyszeć o miejscu? Nieduże miasto niedaleko wybrzeża, za to z dala od wszystkiego innego. A może opowiem wam o niej: o księżniczce bez głosu. Ale chyba powinienem was ostrzec, że zdarzyło się to naprawdę. To opowieść o miłości i stracie, i o potworze, który próbował to wszystko zniszczyć…” – monolog ten, czytany głosem jednego z bohaterów, otwiera film. To od razu ustawia narrację w konwencji baśni (tyle, że w przepełnionej seksualnością wersji dla dorosłych). Jej fabułę można by natomiast opowiedzieć w kilku zdaniach.

Elisa Esposito (świetna Sally Hawkins), która nocami pracuje jako woźna w rządowym laboratorium, odkrywa, że przeprowadzany jest tam eksperyment na dziwnym stworzeniu. Kobieta z czasem postanawia je uwolnić.

„Kształt wody” pod względem fabularnym nie sili się na oryginalność, jest wręcz przykładem dzieła utkanego z dobrze znanych motywów i cytatów. Del Toro w „New York Timesie” podawał, że inspirował się takimi filmami jak „Potwór z czarnej laguny”, „Swamp thing”, „Piękna i bestia”, „Amelia” a nawet „Uwolnić orkę”. Dodajmy do tego biblijne odniesienia, elementy kina szpiegowskiego (historia rozgrywa się w 1962 roku, podczas zimnej wojny), melodramatu, musicalu i fantasy, a otrzymamy ekscentryczną mieszankę. Niewątpliwy talent reżysera „Pacific Rim” sprawia, że to, co na papierze wygląda dziwnie, na ekranie prezentuje się z lekkością i urokiem.

Del Toro nie uniknął oskarżeń o plagiat. Jego dzieło porównano m.in. z krótkometrażowym „The space between us” Marca S. Nollkaempera (po dyskusji i wspólnej analizie twórców, zarzut został wycofany), „Let me hear you whisper” Paula Zindela oraz „Delicatessen” Jeana-Pierre’a Jeuneta. Twórca „Amelii” przyznał nawet, że jest rozczarowany postawą meksykańskiego filmowca, który tłumaczył mu osobiście, że nic od nikogo nie ukradł, „skoro Terry Gilliam zainspirował nas wszystkich”.

Utkany z zapożyczeń „Kształt wody” to satyra na rzeczywistość, w której zachodzą przemiany: brutalne jednostki mogą się dorobić, fotografia wypiera malarstwo, zaś kina świecą pustkami

We współczesnej sztuce jest już niemal niemożliwe wychodzić z pozycji zerowych, kultura skonstruowana jest z przetworzonych toposów. Pytanie pozostaje, na ile artyści robią to twórczo; w jakim stopniu podejmują dialog z tradycją, a w jakim bezmyślnie kopiują.

„Kształt wody” nie jest jedynie banalną historią o miłości między outsiderką a potworem. Reżyser „Labiryntu fauna” opowiada o świecie doby kryzysu i o odmieńcach, którzy nie potrafią się w nim odnaleźć. Jego film jest manifestem tych, których pozbawiono głosu – dosłownie (główna bohaterka jest niemową) i w przenośni. Złość zrodzona przez inność dotyka przecież nie tylko laboratoryjne stworzenie – na swój sposób wyobcowani z otoczenia są wszyscy: samotna Eliza, podstarzały homoseksualista (Richard Jenkins), który jej pomaga, narzekająca na leniwego męża czarnoskóra przyjaciółka (Octavia Spencer). Dodatkowo, obie kobiety muszą, jako sprzątaczki, znosić upokorzenia.

Najnowszy film scenarzysty „Hobbita” to satyra na rzeczywistość, w której zachodzą przemiany: brutalne jednostki mogą się dorobić, fotografia wypiera malarstwo, zaś kina świecą pustkami. Czarny charakter historii, Strickland (Michael Shannon), jest wcieleniem brutalnie realizowanego przekonania o tym, że Ameryka to kraj, w którym wybrańców losu musi być stać na najlepszy samochód. W jego postawie zostaje też wyśmiane pyszne przekonanie o tym, że skoro człowiek jest stworzony na obraz Boga, może więc czynić z innymi stworzeniami co tylko mu się podoba.

Oscarowy faworyt to kino świetne technicznie, ze wspaniałymi zdjęciami Dana Laustsena, doskonałą muzyką Alexandre’a Desplata, dobrze dobranymi piosenkami i bodaj najlepszą – obok „Trzech billboardów za Ebbing, Missouri” – tegoroczną obsadą. Hawkins, Spencer i Jenkins słusznie zdobyli nominacje do Oscara. Niezrozumiałe pozostaje pominięcie przez Akademię Michaela Shannona. W postać potwora wcielił się natomiast Doug Jones – specjalista od tego typu kreacji w kinie pochodzącego z Meksyku reżysera: wcześniej zagrał Abe’a w „Hellboyu” i fauna w „Labiryncie…”.

Można utyskiwać na wtórność i prostotę „Kształtu wody”. Guillermo del Toro niewątpliwie jednak perfekcyjnie wyczuł społeczne zapotrzebowanie. W coraz bardziej brutalnym świecie opowiedział nieco naiwną baśń o ludziach, którzy wierzą w dobro i w to, że samotność ma kres. Potrzebujemy takich historii. Wystarczy wyjrzeć za okno, zwłaszcza o tej porze roku…