Unikalna osobowość profesora Władysława Stróżewskiego w połączeniu z kompetencją i talentem Anny Kostrzewskiej-Bednarkiewicz zaowocowały powstaniem znakomitego i ważnego tekstu.

To jeden tom, a w nim dwie książki: biografia profesora Stróżewskiego i pasjonująca analiza fragmentu dziejów rozwoju filozofii – głównie chrześcijańskiej – w Polsce. Od lat 50. XX wieku do chwili obecnej.

Stróżewski, urodzony w początku lat 30. XX wieku w mieszczańskiej rodzinie w Wielkopolsce, przeżył jako dziecko grozę wojny 1939 roku, potem jako dorastający chłopiec czasy niemieckiej okupacji i stalinizmu. Miał więc wtedy życiorys – można powiedzieć – dość typowy dla Polaków, aż do roku 1952, kiedy rozpoczął studia na KUL.

Jego uwagi dotyczące tej jedynej w swoim rodzaju uczelni i zachodzących w niej zmian są niezwykle interesujące. Stróżewski daje charakterystykę niektórych wybitnych polskich filozofów – Izydory Dąmbskiej, Stefana Swieżawskiego, Romana Ingardena.

A jako że tego ostatniego uznaje za swojego mistrza, znawców Ingardena zaskakuje na przykład odpowiedzią na pytanie: „Czym jest Bóg dla fenomenologa?”. Mówi: „Przede wszystkim podstawą przeżyć. Jedynych w swoim rodzaju, bo są to właśnie przeżycia religijne”. Fenomenologię definiuje Stróżewski jako próbę zastąpienia formuły Kartezjusza: „Myślę, więc jestem” i Locke’a: „Doświadczam, więc jestem” czymś w rodzaju kompromisu między Descartesem i Husserlem, co brzmiałoby: „Rozumiem, więc jestem”.

Unikalna osobowość bohatera – profesora Władysława Stróżewskiego – w połączeniu z kompetencją i talentem autorki, Anny Kostrzewskiej-Bednarkiewicz, zaowocowały powstaniem znakomitego i ważnego tekstu.

Anna Kostrzewska-Bednarkiewicz, Władysław Stróżewski, „Miłość i nicość”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2017

Anna Kostrzewska-Bednarkiewicz, Władysław Stróżewski, „Miłość i nicość”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2017

Warto zacytować choćby fragment tej rozmowy: „Wartości powinny zostać przyjęte wolnymi aktami akceptującej świadomości, a nie zostać po prostu arbitralnie narzucone. Rzecz ma się podobnie jak z wolnością, której się nie zdobywa, lecz się ją wypracowuje i stopniowo uświadamia w wieloetapowym procesie”. Odwołuje się tu Stróżewski do Camusa, pytając, czy w świecie, w którym nie da się przewidzieć konsekwencji działań, wartościowanie jest w ogóle możliwe. I odpowiada: „Otóż kłopot polega na tym, że konsekwencje, zarówno w przypadku trzymania się zasady, jak i w przypadku pójścia na kompromis, są trudne do przewidzenia”.

Z lektury tej książki wyciągnąłem wśród licznych wniosków także i ten, że bliżej mi (podobnie jak Stróżewskiemu) do Orygenesa czy Pelagiusza, niż do świętego Ignacego Loyoli – a także, iż niezbędne jest permanentne analizowanie tego, jaki jest ten świat, jak on się ma do mojego wyobrażenia idealnego świata oraz co powinienem robić, abyśmy i ja, i świat byli bliżsi tym ideałom i wyobrażeniom. I wreszcie – że nad Polską ciąży jakieś fatum.

Tak pisze Stróżewski o „Tygodniku Powszechnym” sprzed 60 lat: „Było to środowisko tworzące opozycję, pragnące coś zmienić, ale nie karabinami”. To naprawdę ogromna zasługa Jerzego Turowicza i jego „Tygodnika”, który miał kolosalny wpływ na stosunek społeczeństwa do tego, co działo się w Polsce. „Próbował on zmienić polski katolicyzm i polski Kościół, ale – kończy swoją myśl Stróżewski – od razu trzeba powiedzieć, że nic z tego nie wyszło” (s. 97).

Było w Polsce dwóch wybitnych filozofów, którzy pisali nie tylko dla „zawodowców”, ale także dla „profanów”: Leszek Kołakowski i Józef Tischner. Z Władysławem Stróżewskim tworzą oni triadę wybitnych Nauczycieli – i warto ich naukom uważnie się przyglądać oraz z nich korzystać.