Gdyby „Così fan tutte” Mozarta chcieć czytać dosłownie, to nawet i dzisiaj – w epoce moralnie daleko mniej rygorystycznej – nie dałoby się obronić jej przesłania.

To prawda, że „szczęśliwy ten człowiek, który każdą rzecz bierze z dobrej strony”. Trudno jednak o takie szczęście, gdy w grę wchodzi zdrada niewiernych kochanek, choć jeszcze nie jest to zdrada małżeńska. Co więcej, podobno „tak robią wszystkie”. Aż chciałoby się powiedzieć za Biblią: „Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić” (Mt 19, 10). Jacek Papis, reżyser szczecińskiej premiery „Così fan tutte”, kończy spektakl zbiorową sceną ślubną, ale mnie ona nie przekonuje, nie w epoce #metoo.

Traf chciał, że w drodze do Szczecina czytałem „Zaślubiny Kadmosa z Harmonią” Roberta Calasso, który cytuje słynną opinię Herodota o porywaniu i uwodzeniu kobiet: „Porywać niewiasty jest czynem ludzi niesprawiedliwych, ale z powodu porwanych zawzięcie uprawiać dzieło zemsty mogą tylko nierozumni; rozsądni ludzie zgoła nie troszczą się o porwane kobiety: boć przecie to jasne, że gdyby same nie chciały, nie zostałyby uprowadzone”. Herodot staje się tutaj rzecznikiem pojawiającej się jeszcze tu i ówdzie opinii twierdzącej, że gdy kobieta mówi „nie”, to tak naprawdę mówi „tak”. Że kobiety chcą być uprowadzane, uwodzone, a może nawet brane siłą, a ich opór jest wyłącznie elementem gry miłosnej.

I to właśnie w tym kluczu można by odczytać operę Wolfganga Amadeusza Mozarta. Że nie ma kobiety, której nie da się uwieść, że każda w gruncie rzeczy tego chce, że „tak czynią wszystkie”. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że ta – jak głosi ciąg dalszy tytułu opery – „szkoła kochanków” mówi jedynie o niewierności niewieściej. Mówi także – a może przede wszystkim – o niewierności męskiej. Uwodząc jedną, najczęściej zdradza się jakąś inną. Zawsze jest jakaś Dorabella, którą zdradza się dla jakiejś Fiordiligi. I jakiś Ferrando, który kradnie dziewczynę jakiemuś Guglielmo. Tak jakby zdrada i uwodzenie miało być jakimś prawem mężczyzny, z którego się go nie rozlicza.

Gdyby „Così fan tutte” Mozarta chcieć czytać dosłownie, to nawet i dzisiaj – w epoce moralnie daleko mniej rygorystycznej – nie dałoby się obronić jej przesłania, które wybrzmiewa w ostatniej scenie opery.

Kiedy oglądamy tę operę, to jakoś instynktownie czujemy (a może raczej chce nam tak zasugerować libretto), że kara winna dosięgnąć wyłącznie kobiety za ich niewierność, a nie mężczyzn za ich wodzenie na pokuszenie. Tak jakby winna miała być wyłącznie kuszona, a nie kusiciel, nie tyle agent Tomek, co Beata Sawicka – że się odwołam do najgłośniejszej w ostatnich latach lekcji z uwodzenia.

Szczecińska premiera opery Mozarta zaczyna się filmem z wakacji, który oglądamy, gdy rozbrzmiewa uwertura. Skojarzenie z „Pamiętnikami z wakacji”, popularnym serialem w gatunku docusoap, przyszło samo. Ileż tam zdrad, rozczarowań, łez i gier miłosnych na małym ekranie! Morze, słońce, woda i drinki sprzyjają Amorowi. Ludzkość wie o tym już od dawna. Reżyser umieszcza akcję w jakimś włoskim kurorcie na przełomie lat 50/60 ubiegłego stulecia. I jest to pomysł naprawdę świetny. Jesteśmy przecież u progu rewolucji obyczajowej. Konwencji „kartek z wakacji” służy bardzo oryginalny pomysł, by akcję zamknąć w niewielkiej pudełkowatej scenie. Siedzimy jak przed telewizorem. Na naszych oczach zmieniają się plenery. Niektóre recytatywy są jak „setki” mówione do kamery.

Jest wszystko, co trzeba, by nas przenieść w dawne lata, gdy jeszcze flirt między mężczyzną a kobietą nie był natychmiast obciążony potencjalnym oskarżeniem o przemoc (o co zresztą upomina się Catherine Deneuve). Są trykoty, hamaki, żagle na horyzoncie i żółty piasek na plaży. Wakacje marzeń. Muszę przyznać, że oglądałem I akt zauroczony tak inteligentnym pomysłem reżyserskim, kostiumowym i scenograficznym. A scena na plaży, którą oglądamy niby z lotu ptaka, była w swym pomyśle po prostu genialna.

Niestety, II akt pod tym względem mnie rozczarował. Cała konwencja retro ustąpiła nagle stylistyce – nazwijmy – mozartowskiej, z epoki. Pastelowe kolory z I aktu ustąpiły miejsca czerni i bieli, akcja wykroczyła poza kadr, pojawiły się fraki i krynoliny, a finałowe pary małżeńskie przywołały mi na myśl – przekleństwo skojarzeń! – zbiorowe śluby w Korei Południowej.

Nie będąc krytykiem muzycznym, nie chcę się silić na oceny, ale w moim subiektywnym odczuciu wszyscy soliści zabrzmieli bardzo dobrze i równo, w czym oczywiście pomogła orkiestra pod batutą Jerzego Wołosiuka. To był bardzo zgrany sekstet solistów. Co więcej, udało im się – a przecież nie są zawodowymi aktorami komediowymi – rozegrać tę operę tak jak trzeba: w stylu buffo. Widać, że reżyser miał pomysł na poprowadzenie postaci.

Kiedy w ostatniej scenie bohaterzy zamieniali się miejscami i nie było do końca wiadomo, która z sióstr wybierze którego – tego, którego zdradziła czy tego, z którym zdradziła – pomyślałem, że Mozart i Papis nie chcą nam wcale zasugerować, że to wszystko jedno, z kim się w tym życiu łączymy i że jedno warte jest drugiego, a jedna warta drugiej, ale że tak naprawdę to nigdy do końca nie wiemy, z kim się łączymy. Może wcale Ferrando i Guglielmo nie udają kogoś innego, ale po prostu ukazują inną stronę samego siebie? Że może w tym drugim człowieku – niby tak dobrze znanym – jest jeszcze coś więcej do pokochania. Że ta druga strona kochanego człowieka wcale nie musi być jak „dark side of the moon” – który zresztą świeci nad nimi w II akcie – ale że może być jeszcze piękniejsza, a ta „dobra strona” wciąż czeka na odkrycie. I ja bym radził nie czekać, aż ją odkryje kto inny.

W. A. Mozart, „Così fan tutte”, premiera 10.02.2018 r., Szczecin, Opera na Zamku.