Rysem charakterystycznym osobowości Zawieyskiego była prostoduszność i naiwność. Nie rozumiał twardych reguł gry o władzę. Wierzył w dobre intencje i rozumność rządzących. I tak płynęły lata, aż nadszedł rok 1967.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2/1998.

Gdyby Jerzy Zawieyski umarł w 1967 roku, miałby miejsce w historii nie jako polityk przecież, ale pisarz zaplątany w politykę, i to w politykę bezowocną. Do polityki wyniósł go październik 1956 roku – wielkie społeczne poruszenie, destabilizacja, powrót Gomułki z więzienia do władzy, uwolnienie kardynała Wyszyńskiego. Wszedł do Sejmu PRL, a także do Rady Państwa, czyli kolektywnej prezydentury. Wszedł po to, by przyczynić się do tworzenia szerokiego porozumienia wokół refor­mowania kraju, budowania polskiej drogi do socjalizmu. Po to, aby było więcej wolności, więcej demokracji, Kościół otrzymał możliwość prowadzenia swojej misji, a ludzie wierzący stali się równoprawnymi obywatelami.

Bardzo szybko okazało się, że nadzieje te nie spełniają się, ramy wol­ności się zwężają, demokracji po prostu nie ma, a między Kościołem i władzą toczy się zasadniczy konflikt. Rozważał możliwość ustąpienia, wycofania się z polityki. Zawsze jednak były racje przemawiające za po­zostaniem[1]. W Polsce nadal było o wiele więcej wolności niż przed 1956 rokiem, znacznie więcej niż u naszych sąsiadów. Widział w tym zasługę Gomułki, jego zdolności manewrowania między różnymi grupami aparatu partii i opierania się naciskom Moskwy. Wierzył, że jego własne zdolności mediacyjne mogą być pożyteczne, by zmniejszać napięcie między władzą a Kościołem. Popadał w przygnębienie, gdy jego misje pokoju kończyły się niepowodzeniem, ale zaraz potem do nich powracał. W poczuciu obo­wiązku trwania na posterunku umacniał go Prymas Wyszyński, który przed wyborami w 1965 r. wręcz powiedział mu, że powinien wejść ponownie do Rady Państwa.

Od Kościoła i jego hierarchów oczekiwał postawy świętego Franciszka. Odnajdywał ją szczególnie w Papieżu Janie XXIII. Z Prymasem Wyszyńskim łączyły go więzi szczególnej przyjaźni sięgającej lat wojny. Widywali się często, rozmawiali. Te spotkania były dla Zawieyskiego, jak notował w swym dzienniku, źródłem pokrzepienia i siły do dalszej pracy.

A przecież bardzo się różnili. Pisarz nie rozumiał i nie potrafił zaakceptować wizji Kościoła, którą w tych latach reprezentował Wyszyński. Toteż z Prymasem często się różnił, niekiedy spierał, ale nigdy go nie zdradził. Kardynał o tym wiedział. Widział też zapewne jego kruchość, niepokój duszy, niepewność. Wszystko to budowało szczególne stosunki miedz nimi.

Rysem charakterystycznym osobowości Zawieyskiego była pewnego rodzaju prostoduszność i naiwność. Nie rozumiał twardych reguł gry o władzę, egoizmu rządzących, konfliktów interesów. Wierzył natomiast w dobre intencje i rozumność rządzących.

I tak płynęły lata, aż nadszedł rok 1967[2].

Wojna izraelsko-arabska w czerwcu 1967 r. wywołała wielki niepokój Zawieyskiego (obawy o światowy kataklizm przeżywał przy wszystkich dużych napięciach międzynarodowych). Na wieść o zerwaniu stosunków dyplomatycznych z Izraelem przez rząd PRL „zatrzęsło mną z oburzenia. I co na to poradzić? (…) Ale to ja, właśnie ja, powinienem dać wyraz pub­liczny, że się nie zgadzam, że Izrael to nie sprawa kunktatorstwa polityki, lecz sprawa moralna. Ale i na ten protest, na ten akt buntu nie stać mnie. I to jest powodem obrzydzenia do siebie samego” (13 VI 1967).

Od Kościoła i jego hierarchów oczekiwał postawy świętego Franciszka. Odnajdywał ją szczególnie w Papieżu Janie XXIII

Wraz z całym Kołem Znak zamierzał złożyć do ministra spraw zagranicznych interpelację protestującą przeciw polityce wobec Izraela. Nie wiadomo, dlaczego do tego nie doszło. Z rozmów z bliskimi sobie ludźmi (m.in. Gustawem Gottesmanem) dowiadywał się o pierwszej fali antyżydow­skich czystek w prasie i różnych instytucjach. Zgodził się napisać artykuł do książki o Idzie Kamińskiej właśnie ze względu na nieprzychylną wobec Żydów atmosferę.

W końcu roku 1967 fascynował się Dejmkowską inscenizacją „Dzia­dów”: „zostały wystawione w szczególnym momencie zapotrzebowania spo­łecznego na dramat narodowy i metafizyczny równocześnie. «Dziady» są przyjmowane przez widzów jako manifestacja polskości. W czasie akcji i po przedstawieniach rzadko spotykane owacje, trwające b. długo. Wzru­szenie widzów, ich entuzjazm, to rzeczy wymowne, które powinny wzbu­dzać niejedną refleksję u polityków. Zapewne budzą, ale w sensie negatywnym” (28 XII 1967). Istotnie, władze zdecydowały o zdjęciu „Dziadów” ze sceny, a decyzja ta zbiegła się z inną: niedopuszczenia do wystawienia, także w reżyserii Dejmka, sztuki Zawieyskiego „Gdy płoną lasy”. „Władze wszystkiego się boją, więc i tej sztuki się boją” – zanotował ostatniego dnia 1967 roku.

W pierwszych tygodniach 1968 roku interesował się dalszymi losami „Dziadów” i odnotowywał protesty środowiska literackiego. Współczuł Dejmkowi, z którym się zbliżył. Miał też chwile radości, gdy jego uko­chany pies Baca wystąpił w telewizji. „Siedział tylko, trzymany na smyczy, z językiem wywalonym, oblizywał się często, bo zapewne chciało mu się pić w tym gorącu od reflektorów. Pokazano go dwa razy. Byłem szczerze wzruszony” (16 I 1968).

Nie poszedł na Walne Zebranie warszawskich literatów 29 lutego, gdyż tego dnia przebywał w szpitalu w związku z chorobą serca. Obser­wował jednak sytuację z coraz większym niepokojem i poczuciem na­rastającego dramatu: „Władze dosłownie zwariowały, dopuszczając się aresztowań i represji wobec młodzieży” (7 III 1968). Nazajutrz re­lacjonował w „Dzienniku” to, co wydarzyło się na Uniwersytecie, po czym komentował: „Jestem w rozpaczy, rozbity moralnie. Gomułka prowadzi wojnę na wszystkie strony. Z młodzieżą nikt jeszcze nie wygrał. Polityka samobójcza i ohydna, dyktatorska, chamska, obrażająca młodzież, która ma prawo do buntu i protestów. Straszna sytuacja! Nie wiem, co robić? Czy iść do Gomułki, czy do niego napisać, czy od razu podać się do dymisji? Ciężkie, upiorne godziny” (8 III 1968). Dwa dni później dodawał: „Nie mogę przeboleć, że młodzież została do głębi obrażona. I ja także z nią. Ja – do cholery! – członek Rady Państwa! Czy mam ustąpić? Ktoś mi powiedział, że to nie ja powinienem ustąpić. I miał rację! Ale coś muszę zrobić…” (10 III 1968).

Nazajutrz posłowie Koła Znak, w tym Zawieyski, ułożyli interpelację do premiera, w której ujmowali się za bitą młodzieżą. Był to jedyny i odosobniony w oficjalnym życiu publicznym głos w obronie studentów.

Zawieyski z obrzydzeniem obserwował kampanię antyżydowską. Jako jedyny członek Rady Państwa wstrzymał się od głosu w sprawie zwolnienia z wiceprezesury NIK atakowanego w prasie byłego sekretarza KC Romana Zambrowskiego. Wiedział, że ten akt sprzeciwu nie będzie ogłoszony w prasie, nie dotrze więc do opinii publicznej. Z satysfakcją zanotował jednak, że Kardynał powiedział, iż „w sprawie Zambrowskiego dobre zająłem stanowisko” (16 III 1968).

Ze zgrozą obserwował spektakl 19 marca w Sali Kongresowej. Zauważył, że Gomułka próbował hamować antysemicki zapał aktywu, ale gdy dotknął sprawy Żydów „cała sam wyła: do Izraela, do Dajana. Nastrój antysemicki był nie do zniesienia (…). Efekt polityczny jest taki, że nie zjednał sobie aktywistów partyjnych, obraził środowiska twórcze i naukowe, zraził w ogóle całe społeczeństwo” (19 III 1968).

Studencki ruch protestu był już zduszony, gdy premier na posiedzeniu Sejmu 10 kwietnia odpowiadał na interpelację Koła Posłów Znak. „Exposé Premiera było dość łagodne, jeśli idzie o nas, o interpelację Znaku” – zanotował Zawieyski w „Dzienniku” – Powiedział Premier, że nasza interpelacja była dla ulicy i dla Wolnej Europy. Mówił długo, inteligentnie o sytuacji międzynarodowej. Oczywiście i on także używał eufemizmu sjonizm, odgradzając się od antysemityzmu.

Po premierze zabrał głos Ozga-Michalski, który zaatakował nas ostro, nazywając nas «resztówką reakcji» w Sejmie Polskim. Operował dowcipa­mi wątpliwej wartości. Po Ozdze-Michalskim zabrał głos Zenon Kliszko, który zrobił z nas nieomal morderców, dążących do rozlewu krwi, Oświadczył, że cały naród składał uznanie dla partii i Wł. Gomułki po jego historycznej mowie, a my milczeliśmy i to milczenie oznacza, że jesteśmy w izolacji poza narodem. Byłem tym do głębi oburzony, obrażony i wstrząśnięty. Podczas obiadu postanowiłem zabrać głos, wygłosić inną mowę, niż tę, którą miałem napisaną. Ułożyłem w punktach, co mam po­wiedzieć, i odważyłem się mówić z pamięci. (…) Mówiło mi się dobrze, mimo szmerów i przerywań galerii, na której byli aktywiści partyjni, koledzy ze Znaku uważali, że mowa była znakomita, wyrażali mi także wielkie uznanie i zachwyt. Działo się to o godzinie 6 wieczorem. (…)

Rozważał możliwość ustąpienia, wycofania się z polityki. Zawsze jednak były racje przemawiające za pozostaniem

To był dzień mojej wielkiej historycznej mowy, pełnej godności i wagi. Broniłem nie tytko Koła Znak, ale i kolegów pisarzy, zwłaszcza Kisielewskiego. Na koniec postawiłem wniosek o votum zaufania do mnie jako członka R[ady] P[aństwa], ponieważ nie mogę przejść do porządku nad sformułowaniem Kliszki, że jesteśmy poza narodem. Jak śmiał się tak odezwać, kiedy i on był poza narodem, jeżeli brać kryteria polityczne. On i Gomułka, także i Spychalski. To im wypomniałem”.

Wspomnienie, że trzej dygnitarze PZPR stali poza narodem odnosiło się do pierwszej połowy lat pięćdziesiątych, kiedy byli oskarżeni o od­chylenie prawicowo-nacjonalistyczne i więzieni.

W stenogramie sejmowym czytamy, że Zawieyski wszedł na mównicę o 18.20, jako pierwszy po przerwie. Obradom przewodniczył wicemar­szałek Kliszko. W dość długim przemówieniu szczególną uwagę zwraca kilka mocnych akcentów:

„Polityka może być traktowana w bardzo różny sposób. Polityka jest także szkołą upokorzenia i tę szkołę upokorzenia Koło Poselskie «Znak» – a ja z nim, z moimi przyjaciółmi – nie raz znosiliśmy.

Muszę zaprotestować, na ile mnie tylko stać, z całej duszy, że nasza interpelacja, która podyktowana została porywem serca, rozumu i su­mienia, nie była adresowana do żadnej międzynarodówki, takiej czy owakiej. (…) 7 marca pisałem swój osobisty list do Władysława Gomułki, którego to listu już potem nie wysłałem. W tym liście prosiłem Władysława Gomułkę, aby odezwał się dobrym słowem do narodu polskiego, bo jego słowa naród oczekuje i że zawsze jest to słowo ważne. (…)

Z wielkim moralnym protestem wysłuchałem przemówienia Józefa Ozgi-Michalskiego, a także niektórych innych mówców. Sytuacja, jaka zaszła w marcu – to wielka tragedia narodowa, której nie można zbywać dowcipami. Czy są winni? Jak ich dostrzec? Kogo karać? Może wszyscy jesteśmy winni? Powiedzenie Ozgi-Michalskiego, że Koło Posłów «Znak» jest resztówką reakcji w Sejmie, należy do wątpliwej jakości dowcipów.

Ponieważ często tu się mówi o Związku Literatów, ja, jako pisarz, chcę w tej sprawie zaznaczyć swoją odmienną ocenę wypowiedzi na ostatnim nadzwyczajnym zebraniu Związku Literatów. (…)

Ja do tego środowiska należę, ja to środowisko przeżyłem bardzo głę­boko w okresie, kiedy byłem skazany na 8 lat milczenia, ponieważ nie mogłem się zgodzić na proponowane i administracyjnie egzekwowane postulaty realizmu socjalistycznego. (…)

Na pierwszym po październiku [1956 – A.F.] zjeździe, nie kto inny, lecz ja, który byłem przez 8 lat skazany na nędzę i milczenie, odezwałem się do pisarzy partyjnych ze słowem zrozumienia dla ich dramatu, dla ich trudnej, wręcz tragicznej sytuacji. (…) Ten dramat pisarzy godzien jest szacunku i trzeba się do tych ludzi odnosić ze zrozumieniem i delikat­nością. Nastąpiły potem ze strony władz kontrolujących twórczość arty­styczną fakty przypominające dawny nacisk administracyjny. (…) Nikt z tak zwanych czynników oficjalnych nie umiał znaleźć właściwego pomos­tu pomiędzy władzą a pisarzami. (…)

Zdjęcie z afisza «Dziadów» poruszyło do głębi pisarzy. Byłem jeden z pierwszych, nie wymieniony tu z nazwiska przez pana Premiera, którzy zwrócili się do niego, zdruzgotani moralnie, nie mogąc uwierzyć w decyzję tak bolesną”.

Zawieyski ujął się zwłaszcza za Stefanem Kisielewskim, mówiąc, że „pod maską kpiarza nie jest to cynik, przeciwnie – to człowiek głęboko za­angażowany w życie Polski Ludowej, człowiek prawy, uczciwy i odważny. (Głosy protestu) (…) Dnia 11 marca około 10 wieczorem został on pobity, pobity ciężko na schodach w przyczajeniu przez grupę mężczyzn – nie wiadomo przez kogo. Te pięści, które spadły dla Kisielewskiego, spadły na przedstawiciela kultury polskiej. Stało się to po raz pierwszy w Polsce Ludowej. (Szum na sali — śmiech. Poseł Łubieński: Płakać trzeba, nie śmiać się)”. Następnie Zawieyski wymienił jeszcze atakowanych Jerzego Andrzejewskiego, Mieczysława Jastruna i Antoniego Słonimskiego, przy­pominając, że to są chlubne nazwiska literatury polskiej.

Wspominając niepokoje młodzieży, których jednym ze źródeł jest „nieufność do historii, a nawet do wszelkiej ideologii”, przeszedł do treści słowa „dialog”. „Można by zaryzykować twierdzenie, wywiedzione z doświadczeń życia, że istotną tendencją współczesności jest dialog, jako forma porozu­miewania się między ludźmi odmiennych przekonań ideologicznych, odmiennych ras i kultur. Warunkiem dialogu, poza obustronną dobrą wolą, jest postawa szacunku dla cudzej odmienności, chęć zrozumienia cudzej racji, swoista transcendencja na drugiego człowieka, którego nie chce się pochłonąć, zagarnąć czy przeinaczyć, lecz z którym chce się wspólnie cze­goś szukać. Jeżeli tak, to trzeba coś z własnej racji zawiesić, a nawet za­kwestionować, aby w pełni objąć obiektywność drugiej strony, a także, by obudzić w nas poczucie, że sens życia nie jest tylko w nas samych, lecz również poza nami. (…)

Właśnie taki dialog prowadziła młodzież ze swoimi profesorami i niektórymi rektorami. Należy się wdzięczność profesorom, że okazali w ten sposób szacunek młodzieży i zrozumienie dla jej niepokoju. Zarówno młodzież jak i profesorowie wiedzą, że paląca sprawa demo­kratyzacji życia może się stać u nas w obrębie socjalizmu, lecz nie wbrew socjalizmowi, w obrębie partii, lecz nie przeciw partii. I o taki dialog młodzież występowała w swoich rezolucjach, o taki dialog występuje, także «resztówka reakcji», czyli Koło Poselskie «Znak» w Sejmie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”.

Była to istotnie mowa, która przeszła do historii. W Sejmie PRL do­tychczas nikt tak nie przemówił. Z czasem Zawieyski zyskał opinię Rejta­na, a jego wystąpienie stało się nawet tematem literackiego opowiadania.

Wieczór 10 kwietnia spędził w domu, gdzie go odwiedzili Ewa i Ta­deusz Mazowieccy, potem przyszli Stommowie, Jerzy Turowicz, Krzysztof Kozłowski.

Nazajutrz – 11 kwietnia – rano Zawieyski pojechał do Prymasa Wyszyńskiego, by zdać mu relację z treści swego przemówienia, po czym udał się na Wiejską, na drugą część obrad sejmowych. Wieczorem nie był w stanie rzeczowo zrelacjonować tego, co się działo: „Obrady Sejmu to był sabat czarownic. Wszyscy odwoływali się do mojej mowy. Była zorgani­zowana masowa makabra obelg pod adresem Koła «Znak» i moim. Wy­stąpienia wojewódzkich sekretarzy partii były czymś tak ohydnym, że na to brak słów. W południe ustaliliśmy, że złożę do Marszałka Sejmu wnio­sek o rezygnację z funkcji członka Rady Państwa. Po zakończeniu sabatu czarownic odbyło się w milczeniu przyjęcie mojej rezygnacji”.

Mowa Zawieyskiego przeszła do historii. W Sejmie PRL do­tychczas nikt tak nie przemówił

Lektura sejmowego stenogramu potwierdza wrażenia Zawieyskiego. Podobnej orgii chamstwa, złośliwości, wulgarności, wrzasków z sali i z galerii nie było w Sejmie od czasu, gdy posłowie PPR-u niszczyli Mikołajczyka i jego kolegów z PSL.

Wieczór Zawieyski i inni posłowie Znaku spędzili u Mazowieckich. Później pisarz zanotował w swym diariuszu: „Dzień dany mi przez Boga i Bogu zawdzięczam odwagę wypowiedzenia swojej mowy z pamięci, mowy, która dała satysfakcję całemu narodowi, nie tylko naszemu środowisku. Za ten dzień Bogu gorąco dziękuję”.

Dni następne przyniosły satysfakcję, jaką były dowody uznania. W tym właśnie celu odwiedzili Zawieyskiego Zdzisław Szpakowski, Gus­taw Gottesman, Bohdan Cywiński, Krzysztof Byrski i Krzysztof Śliwiń­ski. „Otrzymałem setki listów od różnych ludzi znajomych i nieznajomych. Najpiękniejszy list od ks. Kardynała” – zapisał pod koniec miesiąca.

Dni te przyniosły też jednak gorycz i obawę o własną przyszłość. W okręgu wyborczym Zawieyskiego zorganizowano akcję słania depesz o odebranie mu mandatu poselskiego. „W ten sposób wykończą mnie całkowicie mate­rialnie” – notował. Tymczasem odebrano mu auto, którym dysponował od 1957 roku i bez którego nie umiał się już obyć. Najbardziej bał się przymusu milczenia. Czuję się wykolejony, bezradny, a także przerażony myślą, że „jeśli będę pisał, to do szuflady” (9 V 1968). Do trosk wyni­kających z działalności publicznej doszedł dramat osobisty – choroba i śmierć szwagra Aleksandra Styczyńskiego.

Umieranie Jerzego Zawieyskiego trwało długo. Najpierw była to śmierć publiczna, która czekała każdego, kto ośmielił się rzucić jawne wyzwanie rządzącej partii. Owa śmierć publiczna nie przyszła od razu. Widać istniały jeszcze jakieś wahania. Może w Gomułce drgała resztki sympatii dla katolickiego pisarza, który przez lata go odwiedzał, cierpliwie znosił wszystkie pretensje, wybuchy gniewu i ze spokojem, skromnością, niezłomnie, starał się budować mosty do dialogu szefa partii z kardynałem Wyszyńskim.

Ucieszył się więc, gdy w końcu maja cenzura puściła do druku jego artykuł w „Tygodniku Powszechnym”. „Oznacza to chyba, że nie jestem na indeksie i że być może będą mnie drukować i może grać?” (28 V). Starał się intensywnie pracować. Pisał opowiadanie „Między plewą i manną”, którego bohaterami uczynił Rejtana i Stanisława Augusta. Mimo przejrzystej aluzji do ostatnich wypadków miał nadzieję na wydanie, a utwierdził go w tym dyrektor PIW Andrzej Wasilewski.

Na przełomie maja i czerwca otrzymał zaproszenie na posiedzenie Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu, do którego prezydium wciąż należał. „Postanowiłem usiąść gdzieś blisko, ale nie przy stole prezydialnym. Będzie rzeczą okropną spotkać się z wodzami partii”. Na ze­braniu usiadł naprzeciwko prezydium, słuchał długiego i drętwego – jak zapisał – przemówienia Spychalskiego. Po przerwie podszedł do Zawieyskiego sekretarz FJN i powiedział: „prosimy Was do stołu Prezydialnego, bo jest nam przykro i nieprzyjemnie. Więc wstałem i usiadłem w Prezydium obok Prezesa Akademii [Nauk] J. Groszkowskiego”. Wkrótce jednak wyszedł. (4 VI).

Trapił się konfliktem w ruchu Znak, także w Kole Posłów między większością a Januszem Zabłockim, z którym do niedawna łączyły go bliskie więzy. Wobec postawy Zabłockiego, pragnącego szukać jakiegoś porozumienia ze zwycięskim nurtem w partii, zajmował bardzo krytyczno stanowisko. Obawiał się jednak rozłamu.

Trochę nadziei na lepszą przyszłość wiązał z wydarzeniami Praskiej Wiosny w Czechosłowacji, ale notował też pełne obaw opinie: „Stryjkowski twierdzi, że Zw. Radziecki nie może zgodzić się na to, co jest w Czechosłowacji, bo byłaby to zła zachęta dla naszych. Być może” (22 VII).

Wyjaśnienie sytuacji przyszło wkrótce. 21 sierpnia armie Układu War­szawskiego dokonały inwazji. „Stała się rzecz zbrodnicza, ohydna a w tej zbrodni bierze udział wojsko polskie. Nie ma słów na tę hańbę! Wina za to spada na PZPR i osobiście na Gomułkę” (21 VIII). „Komunizm legł w błocie na ulicach miast Czechosłowacji” (22 VIII). „Przez świat i nieodwracalne prądy moralnego odrodzenia. Przykładem bunty młodych, a teraz Czechosłowacja. (…) Partia także wyciągnie wnioski z obłędu politycznego Gomułki, który nic nie rozumie z tego, co się w świecie dzieje, jest anachroniczny, miotany emocjami i szaleństwem, które godzą w dobro państwa i narodu polskiego” (27 VIII). „Nieraz ulegam pesymizmowi na dalszą metę. Ale równocześnie czepiam się potężnych sił, jakie się za­mierają w imponderabiliach. One zdecydują o przyszłości Czechosłowacji i o naszej przyszłości także” (28 VIII). A jednak: „Zabito nam nadzieję. Agresja obcych wojsk na Czechosłowację jest także zagrożeniem podobnej agresji w stosunku do Polski. Sowiety już nie wyjdą ze środkowej Europy. Nie wyjdą nigdy dobrowolnie. Może ich wygnać wojna światowa, ale wtedy dla wszystkich będzie to obojętne, ponieważ wylecimy w powietrze. Na ludzki rozum sytuacja jest bezgranicznie makabryczna” (3 IX).

11 września zanotował: „Za długo żyję. I boję się panicznie dalszego ży­cia”. Boleśnie odczuł kolejną różnicę poglądów z Prymasem Wyszyńskim, który 10 października radził posłom Znaku, aby działali rozważnie, ostrożnie, nie podejmowali gestów protestu w obronie Czechosłowacji, a skupili się na problemie autonomii dla kultury katolickiej. „Na tle tego, co Prymas mówił, moje wystąpienie z kwietnia wygląda na czysty rejtanizm, na coś bezpożytecznego i bez znaczenia dla naszej pracy w Parla­mencie. Doznałem ciosu w serce. Duch Boży mieszka teraz pod kamizelkami ateistów. Bo Prymas, który mówi o autonomii kultury ka­tolickiej nie zdaje sobie sprawy, że kultura w ogóle jest zagrożona. Czy to naiwność? Brak głębszego spojrzenia na sprawy wewnętrzne Polski? Jakieś polityczne rachuby? Po zebraniu w Laskach wróciliśmy do domu z Mazowieckim, który został u mnie do północy. Mówiliśmy z goryczą o stanowisku Prymasa” (10 X).

Dokładnie dziesięć dni później odczuł przykrość przegranego, gdy na pięćdziesięcioleciu KUL, jego – jako prze­wodniczącego Towarzystwa Przyjaciół KUL – posadzono gdzieś daleko, a honorowe miejsca zarezerwowano dla przedstawicieli Urzędu do Spraw Wyznań, PAX-u i ChSS. „Ponieważ nie mam funkcji państwowych, a tylko one się liczą, więc zostałem «ukarany». Przestałem być kimś, z kim się należy liczyć. Byłem do żywego dotknięty” (20 X).

Uspokojenie, ale też inny rodzaj trudności i niepokojów odnajdywał w literaturze. W październiku ukończył opowiadanie „Pomiędzy perłą i głazem”, w grudniu trzy napisane w 1968 roku opowiadania złożył w wydawnictwie „Czytelnik” i usłyszał, że książka natychmiast idzie do druku. „Miałem rok wspaniały – zanotował 24 grudnia. – A wspania­łością jest to, że z przeżyć sejmowych z kwietnia wysnułem nową książkę. I to jest moralne zwycięstwo nad polityką i politykami”. Pod koniec grud­nia w radiu nadano słuchowisko opracowane na podstawie książki Zawieyskiego „Konrad nie chce zejść ze sceny”. Grali wspaniali aktorzy. Emisja świadczyła o tym, że Zawieyski nie znalazł się na czarnej liście pisarzy. Co więcej, na początku stycznia dowiedział się, że jedno z jego opowiadań ma być drukowane w ZSRR. Zaraz potem przyszła wiadomość zła. Cenzura zatrzymała druk „Między plewą a manną” w „Twórczości”. W marcu ciężko przeżywał zgon Anny Kowalskiej, z którą przyjaźnił się od dawna, a zbliżył jeszcze bardziej w czasie jej ciężkiej choroby.

Mimo wszystkich złych doświadczeń nie potrafił jednak definitywnie wycofać się z polityki. Przed nowym rokiem napisał listy z życzeniami do Gomułki i Kliszki oraz zaniósł je do KC. Gdy miał je wręczyć oficerowi dyżurnemu, usłyszał, że czeka na niego sekretarz Gomułki Walery Namiotkiewicz. Chwilę rozmawiali, Namiotkiewicz wziął listy i obiecał doręczyć adresatom.

Umieranie Jerzego Zawieyskiego trwało długo. Najpierw była to śmierć publiczna, która czekała każdego, kto ośmielił się rzucić jawne wyzwanie rządzącej partii

Wiosną 1969 r. miały się odbyć kolejne wybory do Sejmu. Zawieyski wahał się czy kandydować, obawiał się też możliwości skreślenia go z listy przez władze. Uległ jednak naciskom kolegów z Koła Poselskiego oraz namowom Prymasa Wyszyńskiego: „uważa, że jeżeli władze zechcą mnie widzieć w Kole «Znak», powinienem się na to zgodzić. Bez mojego udziału Koło «Znak» byłoby zubożone o wartości autorytetu, jaki tylko ja reprezentuję. Rzadko taką opinię z ust Kardynała słyszałem, dlatego, acz z zażenowaniem, tutaj ją notuję” – zapisał w dzienniku 24 marca 1969 r.

Z Prymasem toczył jednak spory. Bronił Turowicza, Mazowieckiego i „Więzi”, atakowanych przez Kardynała za krytykę stosunków w Koś­ciele i rzekomy nadmiar ekumenizmu. „Podkreśliłem, że ruch umysłowy, jaki się zrodził wśród inteligencji katolickiej jest zjawiskiem twórczym, bo świadczy o głębokim przejęciu się sprawami wiary. Tego ruchu umysło­wego nie można zadusić, przytłumić lub wręcz zniszczyć” (24 III 1969).

31 marca poseł Znaku Konstanty Łubieński został wezwany przez sekretarza Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu, który za­proponował mu wygłoszenie przemówienia na zbliżającym się posiedzeniu Frontu. Trzeba to było traktować jako votum nieufności władz dla Za­wieyskiego. Przecież to on, nie Łubieński, był członkiem Prezydium FJN. Zebranie odbyło się 9 kwietnia. Przemawiał Łubieński. Zawieyski wy­szedł przed końcem.

Tego samego dnia wieczorem przyszli do niego Stomma, Łubieński i Zabłocki. „Kliszko ze Stommą rozmawiał 5 minut i oświadczył, że partia godzi się na wszystkich posłów Znaku z wyjątkiem mnie. Na piątego posła ma wejść Tadeusz Myślik z Krakowa. Poczułem ulgę. Więc moją sytuację publiczną i życiową przecięła partia. (…) Po odejściu posłów, któ­rzy byli zakłopotani, zostałem sam. Mimo wszystko było mi bardzo smut­no. Tak oto w rocznicę mego wystawienia w Sejmie ustalił się mój los, zdany już teraz na bardzo niepewne perypetie” (9 IV 1969).

Nazajutrz rano był u Prymasa, który przyjął Zawieyskiego od razu, mimo że nie był wcześniej zapowiedziany. „Zastałem go w ogrodzie. Wia­domość o nowym składzie poselskim wywarła na Prymasie duże wraże­nie. Powiedział mi, że powinienem być szczęśliwy, bo staję się postacią symboliczną. Mój autorytet ogromnie wzrośnie w społeczeństwie. Dla «Znaku» będzie to fatalne. I cała, ta grupa beze mnie traci sens. Później wiele razy mówił, jak bardzo się cieszy, że uwolniłem się od tej zmory” (10 IV 1969).

Utrącenie z list sejmowych było jednak powodem zgryzoty. „Gdyby Kliszko ze mną zechciał rozmawiać, na pewno bym się nie zgodził na kandydowanie, ale zachowane byłyby formy kulturalne wobec mnie. Tak się nie stało” (11 IV). Bolała go też zbyt defensywna postawa kolegów posłów, brak woli obrony jego kandydatury, pogodzenie się z wetem par­tii. Z wdzięcznością jednak przyjmował zapewnienia Mazowieckiego, Stommy, Zabłockiego, że jego rola w ruchu Znak będzie nie uszczuplona, a nawet wzrośnie.

Z „Czytelnika” odbierał niepokojące sygnały. Wydawnictwo zwlekało z drukiem tomiku opowiadań w obawie, że kluczowe z nich – o Rejtanie – zdejmie cenzura. Postępowały jednak prace nad tomem szkiców „Ko­rzenie” i w kwietniu pisarz zdążył zrobić korektę.

Pracował nad książką „Dobrze, że byli” – zbiorem sylwetek znaczą­cych postaci kultury, z którymi się zetknął. Ucieszył się z propozycji Mazowieckiego, by nawiązał stałą współpracę z „Więzią” i co miesiąc zamieszczał w niej „Bloc-notes”. Zaraz też wziął się do pisania, na czym spędził dzień 17 kwietnia, część zaś dnia następnego na analizowaniu i poprawianiu tekstu. 18 kwietnia wybrał się jednak na Wiejską, gdzie trwała debata nad nowym Kodeksem Karnym. Udał się tam również nazajutrz, wysłuchał przemówienia Stommy, rozmawiał z posłami, wie­czorem, po powrocie do Konstancina, dyskutował z przyjacielem Stani­sławem Trębaczkiewiczem o swej współpracy z „Więzią”. „Zgodziliśmy się, ze taką formą najwłaściwszą byłby dziennik. Dziennik jest worem, w któ­rym wszystko może się pomieścić, zarówno rzeczy obiektywne, jak i oso­biste. Jutro muszę o tym porozmawiać z Mazowieckim” (19 IV).

Jest to ostatni zapis w 31 zeszycie dziennika.

Następnej nocy pisarz uległ wylewowi krwi do mózgu. Przewieziony do szpitala konał przez prawie dwa miesiące.

18 czerwca podszedł do okna. Dusza uleciała ku niebu. Ciało upadło na ziemię.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2/1998.


[1] Pisałem o tym w artykule „Jerzy Zawieyski po Październiku ‘56”, zamieszczonym w tomie „Pośród spraw publicznych i teatralnych. Marcie Fik – przyjaciele, koledzy, uczniowie”, Warszawa 1998.
[2] Źródłem poznania osobowości Zawieyskiego, wydarzeń, w których uczestniczył, jego opinii o ludziach i sprawach, jest dziennik, który prowadził od 1955 roku do śmierci. W 1983 roku Wydawnictwo PAX opublikowało wyjątki z dziennika, nie zaznaczając skrótów, niekiedy przebiegających w obrębie akapitów. Inne fragmenty, z podobnymi opuszczeniami, a nawet przeinaczeniami tekstu, wydrukowano w „Kierunkach”. Podstawą niniejszego opracowania jest oryginalny rękopis przechowywany w dziale rękopisów Biblioteki Narodowej, Akc. 9292. Daty w nawiasach odpowiadają datom zapisów w dzienniku.