Demony, które Jarosław Kaczyński uwalniał dotąd w drodze na szczyt, prędzej czy później dałyby się opanować. Z wyjątkiem jednego. Antysemityzmu.

Jak należało się spodziewać, prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Znowelizowana ustawa stała się przedmiotem zażartych polemik polityków, publicystów i użytkowników mediów społecznościowych w Polsce, skonfliktowała nas z Izraelem, Ukrainą i Stanami Zjednoczonymi. Zawdzięczamy jej zarówno popularyzację – na skalę masową – pojęcia „polskie obozy zagłady”, jak i zauważalny wzrost nastrojów antypolskich w Izraelu, diasporze żydowskiej i na Ukrainie. Jednym słowem: błyskawiczne przyjęcie wyjętej z parlamentarnej „zamrażarki” ustawy nie tylko dramatycznie pogłębiło podziały w naszym społeczeństwie, lecz także drastycznie obniżyło ranking marki „Polska” na arenie międzynarodowej.

Decyzję o penalizacji dyskusji dotyczącej postaw i zachowań członków narodu polskiego wobec Zagłady Żydów i wydarzeń na Ukrainie Zachodniej (od 1925 roku!) ze zrozumieniem przyjęła Moskwa. Entuzjastycznie odniósł się do niej czeczeński prezydent Ramzan Kadyrow, znany dotąd przede wszystkim z bezwzględnego przestrzegania w republice praw szariatu i prześladowań środowisk LGBT.

Prezydent Duda wszakże zdecydował też o przekazaniu znowelizowanej ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Zwolennicy tezy, że wywołany 25 stycznia kryzys w relacjach Polski z USA i Izraelem (o Ukrainie w tym kontekście raczej się nie wspomina) nie tylko trzeba, ale i można zażegnać bez uszczerbku dla wizerunku rządzącej partii, są przekonani, że nastąpi to już za chwilę.

Oto Trybunał Konstytucyjny – organ formalnie przecież niezależny od PiS – zakwestionuje konstytucyjność ustawy i przedstawi nową jej wersję (wynegocjowaną wcześniej bez świadków z Izraelem). Ambasador Izraela podziękuje polskim władzom za okazaną empatię, a rzecznik Departamentu Stanu pochwali Warszawę za demokratyczną dojrzałość. I po sprawie.

Pierwsza reakcja premiera Benjamina Netanjahu, który wyraził nadzieję, że uda się wypracować kompromis zadowalający obie strony, może wskazywać na przyjęcie takiego właśnie scenariusza. Tym bardziej, że rządowi prowadzenie operacji „wychodzimy z twarzą” niezmiernie ułatwił niemiecki MSZ. W przyjętym w zeszłym tygodniu oświadczeniu nie tylko potwierdzono „wyłączną winę narodu niemieckiego” za realizację Zagłady – zadeklarowano także, że Niemcy zdecydowanie odpowiedzą na każdą próbę obarczania nią Polski. Niezadowolonym z jakichkolwiek zmian wyborcom zostawi się „na pożarcie” Ukraińców bo: po pierwsze, nikt na Zachodzie się o nich nie upomni, a po drugie, i tak nie mogą sobie pozwolić na otwarty konflikt z Warszawą.

Wydawałoby się, że lepszej sytuacji do przezwyciężenia politycznego klinczu nie można sobie wyobrazić. Doskonale rozumiem nadzieje pragmatycznie myślących polityków i publicystów: niezależnie od tego, jakie poglądy reprezentują, zdają sobie sprawę z tego, że obecna sytuacja jest dla Polski skrajnie niekorzystna i sama się nie rozwiąże. Też bardzo bym chciała, żeby tak się ten kryzys w wymiarze międzynarodowym zakończył. I żeby ktoś przytomny – może minister spraw zagranicznych – pojechał jeszcze i do Kijowa.

Problem w tym, że w takie akurat zakończenie trudno mi uwierzyć. Nie sądzę bowiem, że taki jest cel Jarosława Kaczyńskiego. Odpowiedź świata na przyjęcie ustawy, która najprawdopodobniej miała po prostu przykryć „wpadkę”, jaką była reakcja – także wyborców PiS – na reportaż TVN z „urodzin Hitlera”, zdają się go wręcz cieszyć. Oto Polska, wreszcie suwerennie broniąca swojego dobrego imienia, staje się celem ataków zewnętrznych i wewnętrznych sił, które za wszelką cenę usiłują zachować narracyjne status quo, wpojone Polakom wcześniej z użyciem „pedagogiki wstydu”. – Nasi przeciwnicy są potężni – mówi prezes nie bez satysfakcji. – Musimy wytrzymać i obronić polską suwerenność i polskie dobre imię – dodaje. A była premier wzywa wszystkich, z opozycją włącznie, do prowadzenia tej obrony pod skrzydłami PiS. Kto by w takim momencie miał jeszcze czas, by dyskutować o polskich faszystach? „Larum grają”! Oto już nie tylko Bruksela czy Paryż, już nawet nie Kijów i nie Jerozolima – macki wrogów polskiej wolności sięgnęły Waszyngtonu!

Chciałabym się mylić, ale sądzę, że Jarosław Kaczyński nie zaryzykuje nawet 2 proc. poparcia, które mógłby stracić „układając się z wrogiem”. Zwłaszcza, że to „wróg”, którego sam wykreował. On chce wysoko wygrać wszystkie nadchodzące wybory. I rządzić „przynajmniej trzy kadencje”. Nie może sobie zatem pozwolić na liczenie się „ze światem”. Świat zewnętrzny nie jest zdolny zagrozić jego władzy. Odtrąceni zwolennicy nacjonalistów, faszystów i antysemitów to zupełnie co innego. Z nimi będzie można policzyć się już po uzyskaniu większości konstytucyjnej. Wtedy nadejdzie czas, by stali się naprawdę „marginesem marginesów”.

Prezes PiS z całą pewnością nie jest ani faszystą, ani antysemitą. Myślę, że nie jest nawet nacjonalistą. I z przyjemnością się tego – tolerowanego z konieczności, w imię zwycięstwa „dobrej zmiany” – balastu pozbędzie. Tyle, że może być już na to za późno. Demony, które Kaczyński uwalniał dotąd w drodze na szczyt, rzeczywiście prędzej czy później dałyby się opanować. Z wyjątkiem jednego. Antysemityzmu.

Prezes PiS z całą pewnością nie jest ani faszystą, ani antysemitą. Myślę, że nie jest nawet nacjonalistą. I z przyjemnością się tego – tolerowanego z konieczności, w imię zwycięstwa „dobrej zmiany” – balastu pozbędzie. Tyle, że może być już na to za późno

Uchodźcy? Jeszcze w 2015 większość Polaków nie była im przeciwna. Z pomocą Kościoła, szkoły i propagandy można by zmieniać obecne nastroje i przyjąć setkę syryjskich chrześcijan. Europa? Polacy wciąż ją kochają i wciąż boją się otwartej wojny z Brukselą. Spór z nią można – z pomocą tej setki uchodźców i nowych kontraktów wojskowych – próbować wyciszyć. Gorszy sort? Niech sobie dyskutuje w wyznaczonych granicach – limitowanych forach i płatnych kanałach telewizyjnych, których suweren i tak nie ogląda. Ukraina? Po pierwsze, patrz wyżej; po drugie, zawsze można przypomnieć cele polityki śp. Lecha Kaczyńskiego i wykonać jakiś gest tonujący nastroje.

We wszystkich wymienionych przeze mnie sprawach powrót do jakiejś formy „normalności” jest możliwy. W przypadku antysemityzmu – już nie. Bo to jest i był prawdziwy polski demon. Choroba nigdy naprawdę niewyleczona. Przekazywana z pokolenia na pokolenie. Drzemiąca nawet w „ludziach łagodnych i dobrych”. Nieustannie karmiąca się wirusem wypieranej ze świadomości winy i wstydu. Bezwiednie lub cynicznie zasłaniająca się wykreowanym przez władze mitem Narodu Sprawiedliwych.

Akcje stosowania przeciw tej chorobie szczepień ochronnych – przynajmniej w najmłodszych pokoleniach, prowadzone w ostatnich kilkunastu latach przez organizacje pozarządowe, a także, co ważne, polski episkopat – wciąż nie objęły, niestety, statystycznej większości społeczeństwa. Nie towarzyszyła im też przemyślana, spójna i skoordynowana polityka któregokolwiek rządu.

W przypadku tego demona nie trzeba było wielu słów, wystarczyło leciutko uchylić drzwi. Nie wiem, kiedy i czy w ogóle zdołamy je zamknąć.