Nie jest to stricte komedia, raczej optymistyczny melodramat o zwyczajnych ludziach stawianych wobec sytuacji nie tyle zwyczajnych, co dość powszechnych.

Kinga Dębska, autorka przebojowego filmu „Moje córki krowy”, połączyła siły ze współautorką scenariusza pierwszych „Listów do M”, Karoliną Szablewską. Jakkolwiek refleksja pierwszego tytułu kłóci się z użytkowością drugiego, takie zestawienie ciągle brzmi obiecująco. Nawet wówczas, gdy na początku seansu wyjdzie na jaw, że „Plan B” to tzw. kino walentynkowe.

Czy film walentynkowy musi być głupawą komedią romantyczną, której istota zasadza się na tym, że para, która ma się ku sobie, najczęściej ma problemy z komunikacją, bo nie umie wyraźnie mówić lub też nie potrafi słuchać? Otóż nie musi. Dębska i Szablewska proponują wprawdzie opowieść, która rozgrywa się w czasie okołowalentynkowym, ale jej wymiar jest znacznie szerszy, by nie powiedzieć – uniwersalny.

Nie jest to też stricte komedia, raczej optymistyczny melodramat o zwyczajnych ludziach stawianych wobec sytuacji nie tyle może zwyczajnych, co dość powszechnych.

Bohaterów tej opowieści jest pięcioro – cztery panie i jeden pan, którzy żyją obok siebie w tym samym mieście. Mijają się niemal codziennie, ale ich drogi raczej się nie skrzyżują, jakkolwiek w ich otoczeniu pojawiają się osoby, które przenikają z jednego wątku do drugiego.

Panie są w różnym wieku i mają różne doświadczenia emocjonalne, jakkolwiek ich status społeczny – klasa średnia – jest podobny (co może być poczytane za wadę, ale nie zmienia meritum podejmowanych wątków). Jedna, Janula (świetna Małgorzata Gorol), jest gwiazdą agencji reklamowej, żyjącą pełnią korporacyjnego życia – robota „do zdechu”, a potem równie intensywne odreagowanie. Na chwilę przed walentynkami dopada ją pragnienie stabilizacji, ale akurat partner na jedną noc, który wydał się wymarzonym materiałem na stały związek, odpłynął w siną dal. Jej sąsiadka Agnieszka (wracająca na duży ekran Edyta Olszówka) wykłada na polonistyce, jest asystentką i zarazem bliską sympatią profesora, żonatego – niestety – z inną panią. Uczony jedzie na konferencję, obiecuje wrócić na walentynki, ale nie wraca, bo jego pociąg zderza się z innym. Trzecia pani, Natalia (Kinga Preis), wysyła córkę do Stanów na studia, ale zanim dziewczyna zdąży wsiąść do samolotu, mąż oświadcza, że to właściwy moment, by się wyprowadził. Pani zostawiona w pustym wielkim domu zapada się w nicość, na szczęście, jeszcze tli się w niej instynkt samozachowawczy. Pani czwarta, Klara (Roma Gąsiorowska) jest nieźle prosperującą plastyczką, ale nie ma życia osobistego, bowiem przez cały czas opiekuje się ojcem – samotnym, jak się jej wydaje, po śmierci żony. Toksyczne uzależnienie prowadzi kobietę do psychoterapeutki, ale – jak się okaże – niepotrzebnie. Jedynym w tym gronie panem jest Mirek (bezbłędny Marcin Dorociński), który właśnie wychodzi z więzienia (siedział za wyłudzenie kredytu) i spieszy do domu, żony (?) i dziecka. Zastaje puste mieszkanie – partnerka uciekła, a dziecka nigdy nie było. Pozostaje tylko się powiesić…

Czy film walentynkowy musi być głupawą komedią romantyczną? Otóż nie musi. Dębska i Szablewska proponują uniwersalną opowieść

Każdy z bohaterów – każdy z nas, chciałoby się powiedzieć, zważywszy szerokie spektrum i powszedniość ukazanych na ekranie zdarzeń – dochodzi do ściany, na skraj depresji. Pojawiają się samooskarżenia, poczucie krzywdy, myśli samobójcze… W tym momencie można uderzyć w mocne tony: trzeba się otrząsnąć, wziąć za siebie, jesteśmy jeszcze młodzi, życie przed nami, poszukajmy w nim na nowo sensu. Owszem, można – są dziesiątki filmów, powieści, relacji znajomych i przyjaciół, że narzucenie sobie samodyscypliny i wykonanie kilku kroków pod wiatr pomogło ocalić siebie, nie mówiąc o swojej godności. Ale do tego potrzeba siły i determinacji, które – jakkolwiek mogą się pojawić w momencie próby – są na co dzień materiałem deficytowym. Jaką więc drogę wybrać?

Dębska i Szablewska podpowiadają metodę refleksji i drobnych gestów. Należy zacząć choćby od obiektywizacji sytuacji – na ile doznana przez nas krzywda jest wielka i bolesna? Jedną z najlepszych scen w filmie jest moment konfrontacji bólu Januli i Agnieszki – młodsza otrząsa się niemal natychmiast, wiedziona instynktem otacza sąsiadkę pomocą jak męskim ramieniem, pomaga przywrócić równowagę emocjonalną, prowadzi za rękę, by Agnieszka mogła stawić czoło nie tyle sytuacji, ile ludziom ze swego otoczenia. Mirek znajduje kogoś równie jak on opuszczonego – włóczącego się za nim kundelka, wkrótce między nimi zawiązuje się szczególna więź, co zaowocuje bajkową niemal perspektywą dla mężczyzny po przejściach. Natalia spotka inną porzuconą żonę, dla której okaże się pożądanym wsparciem (ze wzajemnością), zaś Klara odkryje, że ojciec jest dorosły i samodzielny, więc ona może zająć się swoim życiem.

Film Dębskiej i Szablewskiej nie podsuwa rozwiązań nowych i zaskakujących, wręcz przeciwnie – odnosi się do zachowań dobrze znanych, w zasadzie wręcz – naturalnych. Czasem jeden drobny gest potrafi zdziałać więcej niż jakiś mityczny „plan B”. A tak na marginesie: scenariusz „Planu B” wchodził do realizacji jako „Boski plan”. Czy nie warto się, choćby przez chwilę, zastanowić nad sednem tego tytułu?