Zamiast zwalczać rzekomy „sojusz niemiecko-rosyjsko-izraelski”, który wyśledził Jan Żaryn, polska dyplomacja powinna jak najszybciej zorganizować wspólne spotkanie szefów rządów Izraela, Niemiec i Polski w celu podpisania wspólnej deklaracji.

Czytam wypowiedzi i komentarze dotyczące olbrzymiej międzynarodowej afery, jaka wybuchła wokół nowelizacji ustawy o IPN. Z rosnącym przerażeniem widzę, jak błyskawicznie niszczone są – tak mozolnie, przez długie lata budowane – mosty porozumienia i dialogu.

Zatrzymałem wzrok na wywiadzie senatora Jana Żaryna dla internetowej telewizji wPolsce.pl (tej właśnie, co to już pierwszego dnia swego działania miała darmową reklamę w telewizji publicznej, która nieoczekiwanie postanowiła na żywo przejąć z tej raczkującej prywatnej inicjatywy na własną ogólnopolską antenę wywiad z premier Beatą Szydło). Opowiada tam senator-historyk o potrzebie „rozbicia fatalnego sojuszu historycznego niemiecko-rosyjsko-żydowskiego” zniekształcającego prawdę. Oto bowiem te trzy potężne państwa sprzymierzyły się przeciwko Polsce. Żaryn dwukrotnie stanowczo podkreśla, że mamy w tej sprawie do czynienia z wojną (z kontekstu wynika, że polsko-izraelską). A wybuchła ona, ponieważ: „Wybijamy się na niepodległość; praktycznie jest to widoczne i widoczne są też tego skutki”.

W polityce międzynarodowej sojusznicy są niezbędni. A skoro wszyscy są przeciwko nam, to osamotniona Polska sama nic nie zdoła osiągnąć

Doprawdy nie rozumiem, dlaczego Żaryn polityk wypowiada słowa tak jątrzące w skali międzynarodowej i tak nieodpowiedzialne; dlaczego Żaryn historyk twierdzi, że Polska dopiero teraz wybija się na niepodległość; dlaczego Żaryn żarliwy katolik widzi wojnę tam, gdzie jest tylko spór – i jeszcze podsyca ten spór swymi wypowiedziami zamiast gasić rozprzestrzeniające się niebezpiecznie pożary. Jeśli nasz rząd będzie słuchał takich „ekspertów”, to kryzys i osamotnienie Polski na arenie międzynarodowej będą się jedynie pogłębiać.

Jak z tego wyjść…

Fantazje Jana Żaryna o sojuszu przeciwników Polski uświadomiły mi jednak, że w sumie przecież nawet w obecnej sytuacji nie jest niemożliwe umiejętne i szybkie rozwiązanie problemu, jaki rozpętała nowelizacja ustawy o IPN. Wyobraziłem sobie bowiem, że sprawna polska dyplomacja – zamiast zastanawiać się nad tym, jak skutecznie zwalczać ów rzekomy „sojusz niemiecko-rosyjsko-izraelski” – mogłaby po prostu zorganizować równie szybko, co precyzyjnie wspólne spotkanie szefów rządów Izraela, Niemiec i Polski (kolejność alfabetyczna, gdyby ktoś coś podejrzewał…).

Mogłoby się ono odbyć na przykład na terenie obozu zagłady w Treblince. Rząd polski mógłby tam dyskretnie podkreślić przy okazji, że to właśnie jego decyzją rozpoczęto w ubiegłym roku procedurę utworzenia samodzielnego, współfinansowanego z budżetu państwa „Muzeum – miejsca pamięci po niemieckim obozie zagłady i obozie pracy w Treblince”. Poprzednie rządy bowiem, mimo apeli społeczników i różnych instytucji, przez lata tolerowały skandaliczną sytuację, w której to straszne miejsce okrutnej, przemysłowo zadawanej śmierci ponad 900 tysięcy Żydów, największe cmentarzysko Warszawy, było… niedofinansowanym oddziałem Muzeum Regionalnego w Siedlcach, pozbawionym minimalnej infrastruktury!

Kanclerz Niemiec, premier Polski i premier Izraela mogliby właśnie tam (albo w Muzeum Historii Żydów Polskich Polin) podpisać wspólną deklarację i wygłosić krótkie przesłania. Po obecnej awanturze mamy pewność, że odbiłyby się one silnym echem w całym świecie.

Pierwsza powinna zabrać głos Angela Merkel (ją wymieniam jako kanclerza, bo nawet Jarosław Kaczyński podkreślał, że życzy jej dalszego pełnienia tej funkcji, gdyż „to najlepszy z polskiego punktu widzenia wynik wyborów do Bundestagu”). Mogłaby tam stwierdzić, że obozy zagłady były oczywiście niemieckie, więc żadnego innego narodu nie można obarczać odpowiedzialnością za nie – co do tego wątpliwości nie mają sami Niemcy i nie może ich mieć nikt na świecie. Podkreśliłaby zapewne, że zrozumiałe jest, iż jej współcześni rodacy nie chcą być traktowani jako naród zbrodniarzy, ale jednak pamięć o zbrodniach popełnionych w imieniu Trzeciej Rzeszy musi na zawsze pozostać przestrogą dla przyszłych pokoleń narodu niemieckiego i całej ludzkości.

Premier Morawiecki mógłby podkreślić, że dla Polaków nie ma nic ciekawszego od prawdy – więc niczego nie mamy zamiaru ukrywać

Mateusz Morawiecki mógłby powiedzieć, że Polacy i Żydzi (w tym: szczególnie nam drodzy polscy Żydzi) byli wspólnie ofiarami niemieckiego nazizmu. Istniała jednak zasadnicza różnica, którą dobrze ujął kurier Polskiego Państwa Podziemnego Jan Karski, stwierdzając: „Dla nas, Polaków, to była wojna i okupacja. Dla nich, Żydów – koniec świata” (a my słowa te wypisaliśmy u wejścia do Muzeum Polaków Ratujących Żydów w Markowej). Premier podkreśliłby, że dla Polaków nie ma nic ciekawszego od prawdy – więc niczego nie mamy zamiaru ukrywać. Jesteśmy narodem dumnym z licznych Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Wiemy, że zdarzali się również niesprawiedliwi. Polska jednak nie boi się prawdy, w pełni szanuje wolność słowa i swobodę dyskusji, także co do szczegółów przebiegu Zagłady.

Z kolei Benjamin Netanjahu mógłby w emocjonalnym wystąpieniu zapewnić, że Szoa pozostaje wielką lekcją dla całego świata. Izrael zaś będzie zawsze umacniał pamięć o Zagładzie, bo jest to winien i licznym pomordowanym, i nielicznym ocalonym. Izrael będzie w tej dziedzinie współpracował z innymi narodami – na czele z Niemcami, którzy te obozy wymyślili, zbudowali i prowadzili, oraz z Polską, na której okupowanym terytorium przymusowo je zbudowano.

…i dlaczego się nie da

Takie spotkanie nie jest trudne do wyobrażenia. Nie jest też trudno napisać, co mogliby (i powinni) powiedzieć jego uczestnicy, aby spróbować odmienić dominujące obecnie nastroje społeczne. Powyższe hipotetyczne streszczenia wystąpień przywódców politycznych trzech państw w dużej mierze opierają się zresztą na tezach już przez nich wygłaszanych.

Mimo to takie spotkanie wydaje się obecnie politycznie niewykonalne – i to zwłaszcza z polskiej strony. Najbardziej gotowi są do niego Niemcy, o czym najlepiej świadczy specjalne oświadczenie niemieckiego ministra spraw zagranicznych Sigmara Gabriela, bliskie w treści słowom, które wyżej przypisałem szefowej rządu RFN.

Strona izraelska musiałaby zapewne przed spotkaniem uzyskać od Polski niepodważalną pewność, że – pomimo obecnego błyskawicznego przeforsowania przez obie izby parlamentu – nowelizacja ustawy o IPN będzie w najbliższym czasie poddana weryfikacji, tak aby nie było ŻADNYCH wątpliwości co do jej zakresu obowiązywalności i interpretacji.

Odpowiedzialni polscy politycy mogliby obecnie odtrąbić wielki sukces swojej kampanii – ogłaszając, że światowe media i politycy wielokrotnie właśnie potwierdzili, iż mówienie o polskich obozach zagłady jest niedopuszczalne

Największy kłopot z doprowadzeniem do takiego rozwiązania problemu miałby chyba polski rząd. Oto trzeba by bowiem podjąć odpowiednie działania, aby zmienić uchwaloną ekspresowo ustawę, której błędy były już dawno wskazywane nawet przez rządowych ekspertów, ale zapadła jednak polityczna decyzja, by jej bronić jak niepodległości. Merytorycznie upór ten jest dla mnie zupełnie niezrozumiały. Odpowiedzialni polscy politycy mogliby bowiem obecnie (odwracając kota ogonem) odtrąbić wielki sukces własnej kampanii – ogłaszając, że i w deklaracjach kluczowych zagranicznych przywódców, i w najważniejszych mediach światowych wielokrotnie potwierdzono to, o co najbardziej nam chodzi: iż mówienie o polskich obozach zagłady jest niedopuszczalne. Dlatego możemy już – z własnej inicjatywy, a nie pod czyimkolwiek naciskiem! – doprecyzować pewne zapisy ustawowe. Prowadzenie takiej polityki wymagałoby jednak więcej elastyczności, a mniej pryncypialności. Innym słowy: więcej troski o fundamenty ładu międzynarodowego, a mniej fundamentalizmu.

Po wtóre, realizacja przedstawionego tu pomysłu wymagałaby uznania dzisiejszych Niemiec za sojusznika, a nawet niezbędnego partnera do rozwiązania napięcia polsko-izraelskiego. A to by oznaczało zakwestionowanie linii polityki zagranicznej ministra Waszczykowskiego, której podstawowym założeniem było nakręcanie emocji antyniemieckich. Ale przecież obecny minister Jacek Czaputowicz przerasta swego poprzednika o kilka głów, jeśli chodzi o rozumienie dyplomacji i zasad współpracy międzynarodowej. Przypuszczam zresztą, że pomysły podobne do mojego chodzą mu po głowie. Czy jednak otrzyma on na takie działania pozwolenie od najwyższych czynników politycznych?

Kolejny kłopot jest taki, że potencjalne wspólne oświadczenie polsko-niemiecko-izraelskie na tak wysokim szczeblu musiałoby też oznaczać ograniczenie takich „harców”, jak wypowiedź senatora Żaryna czy najnowsza okładka tygodnika „Sieci”, na której przeciwko Polsce występują już nawet nie tylko Angela Merkel, Benjamin Netanjahu i Władimir Putin, lecz także Donald Trump. I wszyscy oni razem „chcą nas złamać” (a jeszcze pół roku temu ten sam tygodnik ogłaszał, że wraz z Trumpem zawiązaliśmy „sojusz w obronie cywilizacji”!)…

Taka wizja świata – jesteśmy ofiarą niesłychanej kampanii przeciwko Polsce, wszyscy są przeciwko nam, jesteśmy atakowani przez obce mocarstwa, nikt nas nie chce zrozumieć, podważają naszą suwerenność – jest nie dość, że nieprawdziwa, to przede wszystkim niepolityczna: w polityce międzynarodowej bowiem sojusznicy są niezbędni. A skoro wszyscy są przeciwko nam, to osamotniona Polska sama nic nie zdoła osiągnąć.

Uwolnione demony

Rozwiązanie kryzysu jest zatem możliwe, jest w zasięgu ręki, nie przekracza ani wyobraźni, ani intelektualnych możliwości premiera Mateusza Morawieckiego i jego ministrów. Wydaje się jednak, że przekracza ich możliwości polityczne.

Wizja szlachetnej Polski atakowanej przez wszystkich ma bowiem jedną niezaprzeczalną, z punktu widzenia rządzących, zaletę w wymiarze polityki wewnętrznej: rosnące słupki poparcia. Polacy bowiem nie lubią, gdy ktokolwiek nam coś narzuca. Dlatego właśnie Jarosław Kaczyński – człowiek najważniejszy w tej rozgrywce, zapewne doskonale świadom fatalnych błędów w ustawie wprowadzonych tam przez środowisko jego wewnętrznego konkurenta Zbigniewa Ziobry – nawołuje obecnie: „Trzeba się tutaj po prostu bronić, bronić i jeszcze raz bronić”.

Jak wiadomo, prezes PiS traktuje politykę zagraniczną jako służebną wobec polityki wewnętrznej. Nie sądzę więc, by zechciał udzielić błogosławieństwa na fraternizację polskiego premiera z szefami rządów Niemiec i Izraela. Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje teraz dodatkowego wzrostu poparcia społecznego – zbliżają się wybory samorządowe, a jeśli okażą się one zwycięskie, to można będzie „na fali” doprowadzić do przyspieszonych wyborów parlamentarnych i uzyskać upragnioną większość konstytucyjną…

A że dzieje się to za cenę uwolnienia – i to akurat w 50. rocznicę Marca ’68 – demonów, które pozostawały zasadniczo uśpione, to akurat w tej perspektywie dla kierownictwa partii mniej istotne. Ja natomiast uważam szukanie poparcia elementów antysemickich za moralnie niszczące. Polityczna skuteczność nie może stać ponad etyką życia publicznego. Obawiam się, że uwolnienie owych demonów i wpuszczenie ich do głównego nurtu polskiej polityki i debaty publicznej będzie w długiej perspektywie – podobnie jak pokłosie Marca ’68 – najbardziej tragicznym społecznym skutkiem obecnych rządów. I dla narodu, i dla państwa.