Jeśli dokona się pewnego wysiłku, to zza olbrzymiej i bezosobowej cyfry ludzi, których zgromadzono w getcie i skazano na śmierć, zaczynają wyłaniać się twarze. Różnili się wykształceniem, niektórzy zapewne nie umieli czytać i pisać, inni znali literaturę w kilku językach, kończyli słynne uniwer­sytety.

I. Próbuję się zdobyć na odwagę. Próbuję nie myśleć, że ta historia mnie nie dotyczy. Że dokonała się między ludźmi, z którymi nic nie mam i nie będę miał wspólnego. Że jest to epizod w dziejach ludzkości, jeden z tych, które zdarzają się od czasu do czasu, ale przecież nie wyznaczają nurtu historii.

Można sądzić, że dosyć zostało już powiedziane o ofiarach i ich cier­pieniach. Wyrok na zbrodniarzy też już wielokrotnie został wydany w Norymberdze i we wszystkich innych miejscach, gdzie byli sądzeni. Historycy ustalili przyczyny, które doprowadziły Hitlera do władzy, a Niemcy do szaleństwa wojny światowej. Socjologowie znają już wiele mechanizmów, tłumaczących uległość społeczeństwa wobec haseł Ein Volk, ein Reich, ein Führer! i Judenfreimachung. I psychologowie dołą­czyli swoje wyjaśnienia. Naukowe studium przedmiotu przynosi rozumne uspokojenie, świat jest dla niego obiektem badań, ja, czytający te książki, obserwatorem wydarzeń gromadzących wiedzę, która pozwala z dy­stansu oglądać historię.

Tylko literatura burzy ten dystans. Tego dokonuje „Chleb rzucony umarłym”[1]. Prawem naiwnego odruchu identyfikowania się z bohaterem czytanej książki, prawem odszukiwania archetypu, odnajdywania siebie w micie, staję się raz ofiarą, raz winnym zbrodni, raz bezsilnym, naocz­nym świadkiem. Tak rozpoczynam dialog z nimi wszystkimi i staje przede mną człowiek, którego zabijają dlatego, że Europa miała być Judenrein i przychodzi mi na myśl strofa Miłosza: „Cóż powiem mu ja, Żyd Nowego Testamentu / Czekający od dwóch tysięcy lat na powrót, Jezusa? / Moje rozbite ciało wyda mnie jego spojrzeniu / I policzy mnie między pomocników śmierci. / Nieobrzezanych”. Zostało to zapisane w powstałym w latach 1943-1944 tomie „Głosy biednych ludzi”[2]. W wierszu, który ma tytuł „Biedny chrześcijanin patrzy na getto”.

II. Ludzi, których zgromadzono w getcie i skazano na śmierć, było bardzo wielu. W samej Warszawie prawie pół miliona. Jeśli dokona się pewnego wysiłku, to zza tej olbrzymiej i bezosobowej cyfry zaczynają się wyłaniać twarze. Ludzi młodych i starych, mężczyzn i kobiet, a także dzieci. Różnili się wykształceniem, niektórzy zapewne nie umieli czytać i pisać, inni znali literaturę w kilku językach, kończyli słynne uniwer­sytety.

Kiedy Anna Frank pisała, że „pani van Daan jest zarozumiała, egoistka, chytra i wyrachowana[3]”, odnotowywała w ten sposób fakt zdumiewający: pospolitość, powszechność tej osoby.

Samolubstwo i chytrość nie są ani cnotami zdobiącymi męczenników, ani zbrodniami karanymi przez prawo. Tak samo jak fakt posiadania bogactw czy życie w skrajnej nędzy, głupota, uczoność, przeciętność.

Ludzie w getcie nie umierali dlatego, że popełnili jakieś występki, ani nie dlatego, że byli gotowi poświęcić życie dla jakiejś sprawy. Umierali nie dla takich czy innych racji, ale dlatego, że umiera się z głodu, od kul, z uduszenia, że zabijają płomienie i choroby. Niezwykłość tej sytuacji wynikła z tego, że w obliczu śmierci stanęło naraz całe miasto. Kiedy czytałem „Chleb rzucony umarłym” Wojdowskiego, na obraz getta na­kładał mi się opis miasta nawiedzonego epidemią. Śmierć przybliżyła się do wszystkich, jak w „Dżumie” Alberta Camusa.

III. Getto było otoczone murem. Z getta wychodziło się pod konwo­jem, z opaską na ręku, do pracy po drugiej stronie muru, albo ryzykując życie czasami za cenę olbrzymiego okupu, na fałszywe papiery, na stronę aryjską. Najczęściej jednak wychodziło się na Umschlagplatz do tran­sportu, który oznaczał śmierć. Mur getta dzielił ludzi często przymierają­cych głodem od ludzi masowo umierających z głodu. Ludzi zagrożonych łapankami, od ludzi zagrożonych systematycznymi obławami. Po stronie aryjskiej śmierć chodziła ścieżkami, w getcie szeroką drogą.

W relacjach z getta, które się zachowały, uderza często opis okupacji po aryjskiej stronie, tak niepodobny do tego, jaki znamy z innych świadectw. Można czytać, że po tamtej stronie jest świat ludzi wolnych, że tam spokojnie toczy się życie codzienne, że z okien słychać dźwięki radia. Nie żądajmy od skazańca, żeby w czasie śmiertelnej jazdy był jeszcze rygorystycznie sprawiedliwy, żeby jeszcze umiał rozważać i rozróżniać. Raczej pamię­tajmy, że skazaniec ten w swojej godzinie przedśmiertnej znał jeszcze uczucie osamotnienia.

Ludzie w getcie nie umierali dlatego, że popełnili jakieś występki, ani nie dlatego, że byli gotowi poświęcić życie dla jakiejś sprawy. Umierali nie dla takich czy innych racji, ale dlatego, że umiera się z głodu, od kul, z uduszenia, że zabijają płomienie i choroby.

Pierwszy krok w tym kierunku został zrobiony, gdy wyłączono go spośród innych współobywateli, każąc mu założyć opaskę z gwiazdą Dawida na ramię i zabroniono poruszać się tymi sa­mymi ulicami, a kolejne zarządzenia ograniczały możliwość wchodzenia do tych samych sklepów, pociągów i restauracji. Jeśli się idzie ulicą i ma się fałszywe papiery, ani dziesięciu ludzi pomocnych, ani stu obo­jętnych nie przykuwa uwagi w takim stopniu i nie utrwala się w pa­mięci tak, jak jeden, który grozi denuncjacją.

Na tę atmosferę zagrożenia składało się jeszcze i to, że podczas gdy każdy akt wrogości mógł się wyrażać otwarcie, to wszelka pomoc musiała być w tych czasach z konieczności ukryta, zakonspirowana, dyskretna[4]. A nauka nienawiści, niechęci, pogardy nie jest trudna. Dla ludzi – którym rysy ich własnych twarzy albo akcent, albo rytualny znak przymierza, albo brzmienie nazwiska groziły śmiercią – kontrast z in­nymi wydawał się nie do zniesienia. Takie jest prawo skazanych na śmierć. „Mur dzielił ludzi i po to był postawiony; nie umiem tego krócej wyrazić”[5].

IV. Solidarność jest mądrością, której przychodzi się uczyć z trudem. Solidarność opiera się na wiedzy o tym, że zalegalizowana lub tolero­wana dyskryminacja jednostek albo mniejszości może zwracać się w każdym kierunku przeciwko każdemu, zwiększając zagrożenie powszechne. Kłamstwo otwiera drogę kłamstwu, przemoc otwiera drogę przemocy. Zanim zbudowano do końca mur, zaczęto budować jego fun­damenty. Wykonawca wyroku „uszy miał wypełnione nacjonal-bełkotem: Żydzi rządzą światem, śmierć im. Banki Wall Street i Komintern służą posłusznie ich brudnym interesom. A dolar jest ich Bogiem. Przekupili ludzkość i rozciągnęli władzą na wszystkie kontynenty. Mają w kieszeni Rosję i obie Ameryki. Hańba cywilizacji. Żydokomuna na Wschodzie, na Zachodzie finansjera już dawno oddały rządy w pacht rabinom”[6].

Początki nie od razu zapowiadały zbrodnię morderstwa, ukrywały się w żądaniach „Żydzi na Madagaskar”, maskowane programem wy­siedleń, koniecznych ograniczeń. „Na Węgrzech w czasie krwawego mordobicia usunięto posłów żydowskich z parlamentu, zabroniono surowo używać języka hebrajskiego. (…) W Szwajcarii (…) zabroniono prasie słowem pisnąć o tym, co Niemcy wyrabiają z Żydami. (…) Parę tygodni później Portugalia, mniszka zakwefiona, wydała ścisły zakaz wpuszcza­nia uchodźców. Judenrein. Potem Luksemburg (…) też poczuł nagle obrzydzenie do Żydów. (…) Na Łotwie, w Czechach, w Rumunii, wszędzie Judenrein. (…) W Belgii…”[7].

Niewiele lat potem w Polsce Tadeusz Borowski zapisał gorzkie słowa: „A ja myślę, że po aryjskiej stronie też będzie getto. (…) – Tylko że nie będzie z niego wyjścia[8]”. Niedługo potem przyszło się uczyć, że ciosy spadające na Żydów pisały przyszłość również i dla Polaków. Że dzisiaj wam, a jutro nam.

V. Mechanizm zbrodni. O tym, czym było getto, decydowali ludzie winni uczestnictwa w tej zbrodni. Fakt ich funkcjonowania w systemie totalnej przemocy, racjonalnego szaleństwa Endlösung przesuwa na dalszy plan ich osobiste mniej lub bardziej bezwzględne okrucieństwa. Zamknięty w murach getta naród był nie tylko skazany na śmierć. Śmierć jego miała być poprzedzona konaniem, w czasie którego miały zostać zerwane wszelkie więzy społeczne, unicestwione wszelkie moż­liwości oporu, pohańbione wszelkie ideały. Ludzkie reakcje miały zostać zdegradowane do panicznego lęku przed głodem i śmiercią, ludzie mieli utworzyć bezbronny tłum wywożonych do obozów zagłady. Żaden inny naród jako całość nie był w podobnym położeniu, żaden inny nie przeszedł tego doświadczenia.

Wszystkie słowa kłamały: systematycznie realizo­wany plan zbrodni ludobójstwa nazywano „ostatecznym rozwiązaniem”, wywożenie na śmierć i rabunek mienia nazywał się Aussiedlungsaktion, akcją wysiedleńczą. Skazani na śmierć mieli znać tę groźbę i jednocześnie łudzić się, że ochroni ich Ausweis, legitymacja. Ciągle inny Ausweis miał być tą ceną wykupu, ciągle inne zarządzenie stwarza­ło pozory bezpieczeństwa raz zdolnym do pracy, raz starcom, raz kobie­tom, raz mężczyznom, przeprowadzając wciąż wszystkich przez wszelkie stany od skrajnej rozpaczy do nadziei. Getto było dla większości jego mieszkańców obcym terenem. Ciągłe przesiedlenia uniemożliwiały czło­wiekowi tę resztkę poczucia bezpieczeństwa, jakie daje dom, w którym się mieszka, nawet cela. Konfiskaty i wędrówki pozbawiały dobytku ruchomego. Obecność dzieci, starców, chorych kładła na zdrowszych i silniejszych odpowiedzialność, jakiej nie niósł codziennie nawet wię­zień obozu. Zabronione było zbieranie się na modlitwy, zabroniony kult religijny. Za to wszyscy musieli brać udział w poniżających rytuałach rewizji, przeglądów, rejestracji, nosić upokarzające oznaczenia, czytać, że oni są winni za wszy, za choroby, za robactwo. Temu wszystkiemu towarzyszył głód. Nieprawdopodobny, nie znany w Europie. I śmierć grożąca wszędzie. „Codziennie myśleliśmy, że dla wszystkich koniec. W domu nie wolno było zostać, na ulicy nie wolno było się pokazać”[9].

VI. Tysiącami, dziesiątkami tysięcy szli na śmierć. Co może ludność cywilna postawiona wobec wojska, policji, przemocy? Co może czło­wiek wobec bezustannej tragedii złudzeń, tortury nadziei? Co może czło­wiek sam, wyrwany z życia społecznego, degradowany do roli przed­miotu? Co może człowiek, którego osłabił głód, wycieńczyły choroby?

W tym świecie odległym od realnego, bo zwyczajnego życia, jedni usiłowali prowadzić politykę odwlekania. Rady Żydowskie organizowały pracę produkcyjną – może Ausweis da prawo do życia? Przekupywali władze okupacyjne – może prawo do życia dadzą pieniądze? Podporządkowywali się zarządzeniom – może uległość jest wymaganym okupem? W tym świecie, w którym zburzono wszelkie normy społeczne, pojawili się tacy, którzy chcieli uratować się osobiście, za każdą cenę, za cenę współuczestnictwa w zbrodni – może tacy właśnie będą mieli prawo przeżyć? W tym świecie niepojętym, którego reguł zrozumieć nie można, oczekiwało się na cud – jesienią na cud Chanuka, zimą na cud Purim.

Zamknięty w murach getta naród był nie tylko skazany na śmierć. Śmierć jego miała być poprzedzona konaniem, w czasie którego miały zostać zerwane wszelkie więzy społeczne, unicestwione wszelkie moż­liwości oporu, pohańbione wszelkie ideały.

A prawda była taka, że w getcie nie można było przeżyć. Żyć można było po drugiej stronie muru. W ciągłej grozie, w śmiertelnym ryzyku, ale jednak z pewną realną nadzieją. Ta szansa wyjścia poza mur, do­stępna dla tak niewielu, zależna od znajomości języka, od lepszego lub gorszego wyglądu, wymagająca przyjaciół lub pieniędzy, ta szansa stawiała wobec pytań, na które nie ma odpowiedzi. Czy wolno ratować żonę, a zostawić matkę, czy wolno chcieć być wyjątkiem i wyłączyć się z losu braci i sióstr?

VII. Dla tych, którzy zostawali w murach, którzy mieli tę przenikliwość spojrzenia, jaką daje mądrość lub odwaga, pozostawało tylko jedno py­tanie: jak trzeba umierać?

Najwyraźniej powinność rysowała się w sytuacji ludzi bezpośrednio, ściśle i niezbywalnie odpowiedzialnych za najsłabszych, najmniejszych, najbardziej potrzebujących opieki. W sytuacji matek i lekarzy. Oznaczała pomnożenie własnego niebezpieczeństwa poprzez niebezpieczeństwo bez­bronnych. Oznaczała heroizm solidarności i miłości, odjęcie sobie tych resztek chleba, wody, które jeszcze się mogły znaleźć, odjęcie sobie resztek nadziei na przetrwanie. Oznaczała gest Korczaka, który stał się symbolem tej drogi.

Dla młodzieży umrzeć z godnością oznaczało podjęcie walki. W sy­tuacji straszliwego braku szans na jakiekolwiek zwycięstwo bunt był ostatecznym krzykiem protestu przeciwko nieludzkiej zbrodni. Przeciwko bezsilności wobec śmierci tysięcy. Prawie bez broni i amunicji, wyczer­pani ludzie nie chcieli oddać życia darmo. Żadna walka nie toczyła się przy tak straszliwej dysproporcji sił, jak to powstanie, które w Getcie Warszawskim wybuchło w kwietniu 1943. Ale powstanie to dawało uczucie włączenia się w powszechną walkę, która toczyła się na innych frontach. I ta walka miała szanse zwycięstwa.

Byli także w getcie ludzie, którzy stanęli wobec śmierci, odrzucając świadomie wszelki odruch oporu. Oddzielenie się całkowite od świata prześladowców oznaczało odrzucenie każdego czynu, który choćby w naj­mniejszym stopniu mieścił się w konwencjach tego świata. Oznaczało odrzucenie buntu sprawiedliwego, bo każda przemoc nazywała siebie usprawiedliwianą. Odrzucenie walki o swoje słuszne prawa, bo każdy walczący odwołuje się do swoich słusznych praw. Odrzucenie obrony siebie przed krzywdą, bo każda obrona zawiera w sobie możliwość wyrządzenia krzywdy komuś. Nawet tej, jaką może wyrządzić bezbronny starzec uzbrojonemu żołnierzowi.

VIII. Zagłada getta włączona jest w dzieje narodu żydowskiego. „Kenan spłodził Mahalaleela, Mahalaleel spłodził Jareda, Jared spłodził Enocha, Enoch spłodził Matuzalema, Matuzalem spłodził Lamecha, a ten… aż na końcu zjawił się sam ojciec ojca, dziad”. Na końcu byli oni. Ich rozpacz sięgała też w historię. „Szlochała już tysiące lat, z pokolenia na pokolenie, od Mahalaleela do Jareda i od Jareda do Enocha, i od Enocha do Matuzalema, i od Matuzalema do Lamecha przenosił się ten szloch”[10]. Ich cierpienie, znowu jak za czasów Izajasza, mówiło: „Jahwe mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał”. I im odpowiadał prorok: „Czy może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta która kocha syna swego łona? A nawet gdyby one zapomniały. Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,15).

Biblijne dzieje Izraela rzucają światło na dzieje getta, bo rzucają światło na cierpienie, wobec którego trzeba stanąć w milczeniu. Albo szukać poprzez proroków Jego głosu. Wystawiając swój lud pod pręgierz świata miał cel inny niż ukaranie go i napomnienie. Przez ten przykład niesłychany i straszliwy chciał, aby doprowadzić do siebie wszystkie ludy, przedstawić swój lud jako świadka, akredytować go wśród innych przez obraz nieszczęścia, który miał godnie znieść przed wszystkimi – aby odpokutować także ich zbrodnie. Jedyną prerogatywą tego ludu była ta: został wybrany jako Sługa.

IX. „Ukryty w krzakach obserwowałem ich hałaśliwą wesołość (…) Przejeżdżając około przydrożnego krzyża, na którym zawisł wyrzeźbiony ręką chłopską Chrystus, nagłe zatrzymali wóz. Jeden z Niemców zesko­czył i zataczając się podszedł do Ukrzyżowanego. — Noch ein Jude, Juda verrecke!

Wyszarpnął pistolet i począł strzelać. Posypały się drzazgi najpierw z nóg Ukrzyżowanego, potem z ręki lewej, a wreszcie wraz z prawą ręką opadła głowa w cierniowej koronie”[11].

Noch ein Jude, to prawda. „Z nich pochodzi Chrystus wedle ciała, który jest ponad wszystkim” (Rzym 9, 5). Święty Paweł pisał także, że na tym korzeniu my zostaliśmy wszczepieni, i że „korzystamy wspólnie z innymi gałęziami z soków, jakie wydaje korzeń oliwki” (Rzym 11, 15).

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 4/1972.


[1] Bogdan Wojdowski: „Chleb rzucony umarłym”, Warszawa 1971, PIW.
[2] Czesław Miłosz, „Ocalenie”, Warszawa 1945, „Czytelnik”.
[3] „Dziennik Anny Frank”, Warszawa 1957, PIW.
[4] Por. „Ten jest z ojczyzny mojej”, opr. Wł. Bartoszewski i Z. Lewinówna, Kraków 1969, „Znak”.
[5] Wojdowski, dz. cyt.
[6] Wojdowski, dz. cyt.
[7] Wojdowski, dz. cyt.
[8] Tadeusz Borowski: „Pożegnanie z Marią”, cytuję za Andrzejem Wernerem „Zwyczajna Apokalipsa”, Warszawa 1971, „Czytelnik”.
[9] ,,Pamiętnik z warszawskiego getta”. Cytuję za: „Ruch podziemny w gettach i obozach. Materiały i dokumenty”. CŻKH, Warszawa 1946.
[10] Wojdowski, dz. cyt.
[11] Adam Polewka: „To boli”. CKŻP, Kraków 1946.