W najnowszym dziele Martina McDonagha śmierć jest absurdalna, ale nie ma ostatniego słowa. Ostatecznie triumfuje nie ten, kto zadaje ból, ale ten, kto potrafi żyć dalej. Wielkie, uniwersalne kino.

Sezon Oscarowy w pełni: znamy już nominowanych, w najbliższych tygodniach na ekrany polskich kin wejdzie większość tytułów, uroczysta, 90. gala odbędzie się 4 marca.

Wróżenie, który film wygra w najważniejszej kategorii, zapewne mija się z celem. Trudno przewidzieć werdykt, tym bardziej, że często Akademia bierze pod uwagę względy pozaartystyczne (kontekst obyczajowy, zapotrzebowanie społeczne itd.). W pierwszą niedzielę marca triumfować może zatem niemal każdy z nominowanej dziewiątki tytułów. Mam jedynie cichą nadzieję, że docenione zostaną „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” Martina McDonagha.

Każdy, kto oglądał wcześniejsze dzieła brytyjskiego reżysera, wie, że autor „In Bruges” to obecnie jeden z najciekawszych twórców we współczesnym kinie. Dramatopisarski rodowód sprawia, że podpisane przez niego scenariusze iskrzą się od niebanalnych interakcji między bohaterami, ciętych dialogów i ripost. Wszystko to zostaje zaś podlane czarnym humorem i podane w klimacie przypominającym nieco mieszankę westernu, filmu czarnego, najlepszych dzieł braci Coen i klasyków Tarantino.

Ameryka bez lukru

Oto małe prowincjonalne miasteczko gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych. Nastoletnia córka Mildred Hayes zostaje brutalnie zamordowana, zaś lokalna policja nadal, po siedmiu miesiącach, nie wpadła na trop sprawcy. Zdeterminowana kobieta decyduje się na intrygujące posunięcie: wynajmuje tablice reklamowe na drodze wiodącej z jej domu do miasteczka i umieszcza na nich prowokacyjny przekaz, skierowany do szanowanego przez lokalną społeczność szefa policji.

Londyński filmowiec przekonująco oddaje klimat amerykańskiej prowincji, na której prostacko pojęta solidarność i chęć uniknięcia rozgłosu wygrywa z empatią i współczuciem wobec jednostki.

W Ebbing zresztą jak w soczewce widoczne są demony Ameryki, które – wydawałoby się – należą już do przeszłości: matka jednego z policjantów wzdycha, że „Południe się zmieniło”, bo dopuszcza, by czarnoskóry kierował posterunkiem; w jednej ze scen szeryf Willoughby wyznaje, że „gdyby wyrzucić z policji wszystkich o rasistowskich poglądach, zostałoby trzech funkcjonariuszy i każdego z nich trzeba by zamknąć za homofobię”; z dialogów dowiadujemy się, że Hayes żyła z damskim bokserem, który pozostał bezkarny.

Żyć na „tak”

Choć opowieść pełna jest wulgaryzmów i wybuchów brutalności, na ekranie nie oglądamy jedynie banalnej historii o kobiecie, która dokonuje zemsty na złym świecie.

Główna w tym zasługa konstrukcji postaci i zaangażowania obsady. Frances McDormand zagrała w „Trzech billboardach…” rolę życia i powinna zgarnąć tegorocznego Oscara dla najlepszej aktorki. Mildred w jej wykonaniu to nie tylko zdesperowana matka, która walczy z otoczeniem o znalezienie mordercy dziecka. Szorstki sposób bycia kobiety to jedynie kamuflaż, skrywający wewnętrzny ból po stracie, poczucie winy, nieumiejętność przeżycia żałoby i świadomość, że przerwanych nagle relacji nie będzie już można naprawić. Aktorce partneruje fantastyczny drugi plan. Woody Harrelson (ujmujący szeryf Willoughby) i Sam Rockwell (niejednoznaczny posterunkowy Dixon) słusznie będą rywalizować ze sobą o nagrodę Akademii w kategorii „najlepszy aktor drugoplanowy”.

„Przez ostatnie lata umacnia się we mnie przekonanie, że trzeba patrzeć i żyć na «tak»” – mówił w 2006 roku Krzysztof Krauze, reżyser „Mojego Nikifora”. Podobne przeświadczenie zdaje się wyrażać McDonagh. Zdobywca Oscara za krótkometrażowego „Sześciostrzałowca” w swoim najnowszym filmie nieco zaskakująco przesuwa akcenty w stosunku do wcześniejszych dzieł. W Edding śmierć co prawda dalej panoszy się i jest absurdalna, ale – mówiąc językiem biblijnym – nie ma ona ostatniego słowa. Ostatecznie triumfuje nie ten, kto zadaje ból, ale ten, kto potrafi żyć dalej.

„Trzy billboardy…” to nie tylko zgrabna i bezkompromisowa satyra na hipokryzję społeczeństwa żyjącego według „prawa silniejszego”. Jest tam także dyskretna diagnoza zachowań ekranowych postaci i czułość względem nich. Cierpią one bowiem z powodu braku miłości. Okazuje się, że nikt nie jest do końca zepsuty. Wszyscy noszą w sobie zranienia i lęk przed otoczeniem, odgrywają określone role, zakładają maski. McDonagh zdaje się uparcie wierzyć w to, że każdy może być bohaterem, wystarczy tylko dać sobie szansę.

Uniwersalnie, w rytm folk

Siłą filmu brytyjskiego twórcy jest to, że opowiada on o kwestiach fundamentalnych i trudnych w formie absorbującej widza. McDonagh idealnie wyważa proporcję między czarną komedią a dramatem. Dodatkowo pokazuje, że ma niebywałego nosa do doboru ścieżki dźwiękowej – talentem w tym obszarze dorównuje samemu Martinowi Scorsesemu z jego najlepszych obrazów.

Błyskotliwy scenariusz (nagroda podczas MFF w Wenecji; faworyt do Oscara) i umiejętne wykorzystanie soundtracku sprawiają, że na ekranie oglądamy nie tylko świetnie wyreżyserowaną, atrakcyjną historię, ale też pojedyncze sceny – perełki. Wzruszająco wypadają sekwencje z offowymi monologami umierającego na raka szeryfa, szczególnie zapada w pamięć scena pożaru posterunku z piękną arią z opery „Martha” w tle i wybuch brutalnej złości posterunkowego przy akompaniamencie folkowej ballady „His master’s voice”.

W „Trzech billboardach…” Martin McDonagh udanie próbuje ocalić wartości. Portretując współczesny świat nie stara się zanurzać w publicystycznych tematach (one jedynie stanowią interesujące tło) i tworzyć politycznych manifestów. Skupiając się na mikroskali i pojedynczych losach odtrąconych jednostek udowadnia, że można nakręcić wielkie, uniwersalne kino bez popadania w moralizatorstwo. W idealnym świecie to wystarczyłoby do zdobycia najważniejszych filmowych laurów…