Ja też się boję krzyża, ale wiem, że Ofiarowanie to nie tylko kolejna zapowiedź Męki, lecz także gwarancja Jezusowego światła.

Ta scena miała szansę stać się sielankowym obrazkiem: młode małżeństwo, kilkutygodniowe dziecię, dwoje starców biorących je kolejno w ramiona, gołąbki w koszu i ta monumentalna sceneria świątyni. Niestety, sielanka szybko ustąpiła miejsca niepokojowi, a na radosny dzień ofiarowania położył się smutny cień przyszłości. Słowa o znaku, „któremu sprzeciwiać się będą” i o mieczu, który przeniknie serce Maryi, musiały niepokoić. „A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono”. Dziwili się, bo niewiele z tego rozumieli. Wciąż uczyli się tego, kim jest ich Syn. I będą się tego uczyć jeszcze długo, najpierw w Nazarecie, gdzie „Dziecię [będzie] rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża [będzie] spoczywała na Nim”. A Matka będzie się uczyć jeszcze dłużej, bo aż do wypełnienia się proroctwa o mieczu przeszywającym serce, aż do krzyża.

Symeon wiedział o Nim wiele więcej niż Jego Rodzice. Św. Łukasz pisze, że „Duch Święty objawił, że [Symeon] nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego”, ale chyba objawił mu nie tylko to, ale więcej, dużo więcej – całą przyszłość Mesjasza, a nawet jeszcze więcej – zbawienie, które stanie się światłem dla narodów i chlubą dla Izraela. Zobaczył Mesjasza, ale czy chciał zobaczyć więcej? Czy chciał zobaczyć Jego przyszłość? T.S. Eliot w „Pieśni dla Symeona” maluje obraz proroka, który nie chce przeżyć tego, co widzi oczyma swej natchnionej duszy. Chce odejść

„Nim nadejdzie czas sznurów i biczowania, i lamentów, […]
Nim nadejdzie czas krzyżowych stacji na wzgórzu opuszczenia,
Nim nadejdzie godzina matczynego smutku […]”.

Jak w „Homiliach na Ewangelię dzieciństwa” pisze Ryszard Przybylski, „Symeon boi się dramatu Krzyża. Nie chce być świadkiem tragedii na Golgocie. W pewnym sensie jest szczęśliwy, że śmierć wybawi go od tego strachu i uwolni od tego smutku. W proroczym widzeniu widzi męczarnie Pomazańca i Jego Matkę Stojącą pod krzyżem”. Wie, że ofiarowanie w świątyni to tylko początek, zapowiedź, bezkrwawa antycypacja tego, co stanie się na Golgocie, owego Ofiarowania, które dokona się na krzyżu. Ale – jak w tym przypadku – łaska widzenia przyszłości czasami staje się przekleństwem. Symeon patrzy na niczego nieświadomych Jezusowych Rodziców, którzy „dziwili się temu, co o Nim mówiono”. I przyjdzie im w tym tajemniczym zadziwieniu trwać wiele lat, aż na jaw wyjdą zamysły serc wielu, zamysły, które zaprowadzą Go na Miejsce Czaszki, „aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła” – jak mówi autor Listu do Hebrajczyków. On, Symeon, o tym wie. Józef i Maryja – nie. Na długie lata zwiedzie ich serca nazaretańska sielanka, gdy będą z radością patrzeć na Dziecię – jak rośnie, nabiera mocy, napełnia się mądrością i – choć o tym nie wiedzą – jak przygotowuje się do czegoś okrutnego, z czego nie zdają sobie jeszcze sprawy. Ale to dobrze, że nie wiedzą. To bardzo dobrze. Bo jak wychować dziecię, o którym wiadomo, że będzie skazane na śmierć? Jak je chronić, gdy się wie, że się go nie ustrzeże?

Widzenie Symeona wykracza jednak poza miecz, krzyż i znak, „któremu sprzeciwiać się będą”. Są w tym proroctwie wszystkie narody, dla których Jezus stanie się światłem na oświecenie. Gdy kilka wieków wcześniej prorok Izajasz pisał: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło”, to myślał nie tylko o ówczesnym Izraelu, ale myślał o każdym narodzie, o każdym ludzie, o każdym człowieku, który pozwoli się oświecić światłem przyniesionym przez Mesjasza. O nas. O mnie. Wezmę więc dzisiaj za swoje słowa Ernesta Brylla, który pisał: „W ciemność, nieznaną dokładnie nikomu / Wyszliśmy ze światełkiem wiary z naszych domów”. I jak dalekośmy z ty światłem, z tą wiarą doszli? Jak daleko jeszcze dojdziemy? Jak wysoko?

Eliot w swoim wierszu-pieśni Symeon tak mówi o pokoleniach, które przyjdą po Mesjaszu:

„Będą cię chwalić i tracić w każdym pokoleniu,
Sławiąc i szydząc,
Światłość ponad światłości, wchodząc po drabinie świętych”.

Obraz drabiny świętych jest zaczerpnięty ze słynnego dzieła św. Jana zwanego Klimakiem (VI/VII w.) pt. „Drabina do raju”. Drabina ta liczy trzydzieści szczebli oznaczających kolejne stopnie świętości, które trzeba pokonać, by dostąpić zbawienia. Jest taka syryjska ikona – ilustracja dzieła św. Jana, która ukazuje drabinę i ludzi wchodzących po niej, a także – niestety – z niej spadających. Jak pisze przywołany już Ryszard Przybylski, „najbardziej przejął mnie ten człowiek, który dobrnął już do dwudziestego czwartego szczebla i tutaj pozwolił szatanowi zarzucić sobie sznur na głowę i runął do piekła. Najbardziej zaś rozradował ten, który z dwudziestego szóstego szczebla pcha się od razu na dwudziesty ósmy, ponieważ Jezus już jest blisko i wyciągnął do niego rękę”. Jak pisze dalej Przybylski, „Symeon już wie, że jest za późno, że nie stanie nawet na pierwszym z tych schodów. Ominie go bohaterstwo i męczeństwo wyznawców Chrystusa”. Odejdzie przed Jezusem. Uprzedzi Jego śmierć.

Nie wiem, na którym szczeblu drabiny świętych jestem. I nie trzeba tego wiedzieć. Może wciąż na pierwszym. Trzeba się po prostu po niej wspinać ze „światełkiem wiary”. Jednej zakonnicy, która pytała swego ojca duchownego, na którym stopniu doskonałości już jest, mądry kapłan powiedział: „Siostra to się jeszcze trzyma diablego ogona”. Można – jak widać – uchwycić się go jeszcze na cztery szczeble przed szczytem. To taka przestroga dla tych, co się mają za świętych. A poza tym każdy ma swoją drabinę i chyba nikt nie wie, co go czeka na kolejnym stopniu. „Nie dla mnie męczeństwo, ekstaza myśli i modlitwy” – zarzekał się Symeon w poemacie Eliota. I ja go w tym lęku przed męczeństwem rozumiem, a przecież nie ma innej drogi, by pójść za Jezusem, niż zostać Jego naśladowcą. Ja też się boję krzyża, ale wiem, że Ofiarowanie to nie tylko kolejna zapowiedź Męki, lecz także gwarancja Jezusowego światła. Nie wiem, kiedy i jak potoczy się moje własne ofiarowanie. Nie wiem, czy dopiero wnieśli mnie do świątyni, czy wciąż jeszcze rosnę i nabieram mocy w swoim Nazarecie, czy może gdzieś już zbijają mi jakiś krzyż. Nie wiem. Tylko tego światła jestem pewien.