Łatwo narzekać, że znowu świat Polaków nie rozumie – tyle że najpierw należałoby coś zrobić, żeby temu światu pomóc nas zrozumieć.

Oczywiście to prawda, że „Auschwitz-Birkenau to nie jest polska nazwa, a Arbeit macht frei to nie jest polskie zdanie” – jak napisał na Twitterze premier Mateusz Morawiecki. To akurat kwestia na poziomie elementarza. Podobnie jak oczywistością jest, że nie było polskich obozów śmierci. Słusznie zatem rząd Prawa i Sprawiedliwości kontynuuje (rozpoczęte przez poprzedników z Platformy Obywatelskiej) działania w skali międzynarodowej mające uświadamiać te oczywistości zagranicznym mediom, publicystom i społeczeństwom. Bo w dzisiejszym świecie wiele spraw oczywistych – również te powyżej – dla niektórych, a czasem i dla wielu przestaje być oczywistymi.

„Więzi” do tego przekonywać nie trzeba. Byliśmy pod tym względem pionierami, gdy już ponad 20 lat temu zaprzestaliśmy używać – powszechnego wówczas – określenia „obóz w Oświęcimiu”. Takim pojęciem posługiwali się masowo Polacy, bo przecież wiele polskich rodzin wciąż miało w swoim gronie kogoś, kto przez ten obóz przeszedł. Zorientowaliśmy się jednak w redakcji, że – w trosce o świadomość następnych pokoleń – należy jasno mówić po prostu o obozie Auschwitz-Birkenau. Bo tę machinę śmierci stworzyli i kierowali nią Niemcy, działając w imieniu swojego, totalitarnego wówczas państwa.

Gdyby zapis ustawowy miał dotyczyć tylko określeń typu „polskie obozy śmierci”, to trzeba było tak właśnie napisać w ustawie

Czyżby zatem aktualny spór polsko-izraelski toczył się o oczywistości? Bynajmniej. Zresztą nie tylko o „polskie obozy śmierci” tu chodzi – i to po obu stronach. Reakcja izraelskiego rządu jest, rzecz jasna, przesadna i znacznie nadmierna, wyraźnie poczyniona na użytek polityki wewnętrznej, rywalizacji z opozycją na radykalizm. Zupełnie skandaliczne są zaś opinie głoszone przez Jaira Lapida, być może przyszłego premiera (pisał on m.in., że „były polskie obozy śmierci i żadne prawo nigdy tego nie zmieni”). To kolejny dowód, że również izraelska polityka ulega populistycznym tendencjom, niestety coraz bardziej powszechnym we współczesnym świecie.

Ale warto zobaczyć, że źródło problemu leży w tym przypadku po polskiej stronie. I że łatwo teraz narzekać, iż świat znowu Polaków nie rozumie (ewentualnie: prześladuje czy spiskuje przeciwko nam). Tyle że najpierw należałoby coś zrobić, żeby temu światu pomóc nas zrozumieć. Tymczasem większość sejmowa wykazała się w tej kwestii nadgorliwością.

Nieprecyzyjna ustawa

Wątpliwy jest sam pomysł kryminalizowania sporów na temat historii. Sięganie do prawa karnego powinno być w takich sytuacjach ostatecznością – a o wiele ważniejsze są (tak jak było do tej pory!) edukacja i, kiedy trzeba, moralne napiętnowanie nieuków. Jeśli już jednak zabierać się za prawo karne, to trzeba to robić przede wszystkim precyzyjnie. Gdyby zapis ustawowy miał dotyczyć tylko określeń typu „polskie obozy śmierci”, to trzeba było tak właśnie napisać w ustawie. A uchwalony zapis jest dużo szerszy i wysoce niejasny. Wiadomo zaś, że przepisy nieprecyzyjne są niedobre, gdyż pozostawiają zbyt dużą dowolność interpretacyjną.

Czy przypadkiem nie objęto by tą ustawą także bp. Rafała Markowskiego, który w Jedwabnem przepraszał za udział „synów narodu polskiego, zwłaszcza katolików” w tej zbrodni?

Tak jest właśnie w przypadku nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Nowy art. 55a stanowi, że karze grzywny lub pozbawienia wolności do lat 3 podlega ten, kto „publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie określone w art. 6 Karty Międzynarodowego Trybunału Wojskowego […] lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni”. Nie mielibyśmy do czynienia z przestępstwem jedynie wtedy, gdy sprawca „dopuścił się tego czynu w ramach działalności artystycznej lub naukowej”.

Wyliczmy po kolei niejasności:

1. Kto będzie sprawdzał, czy konkretna opinia o wydarzeniu historycznym została wygłoszona „wbrew faktom”? Czy prokuratura jest organem kompetentnym do decydowania o prawdzie historycznej w przypadkach, w których historycy wciąż się spierają o przebieg wydarzeń, rozkład odpowiedzialności i winy sprawców?

2. Mowa jest w przepisie nie tylko o zbrodniach niemieckich nazistów, lecz o wszelkich „zbrodniach przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodniach wojennych”. Te ostatnie (w przeciwieństwie do zbrodni III Rzeszy) nie zostały jednak w żaden sposób dookreślone – co zwłaszcza w przypadku kategorii „zbrodni przeciwko pokojowi” nasuwa mnóstwo wątpliwości i pozostawia olbrzymi margines interpretacyjny.

3. Ustawa mówi o przypisywaniu odpowiedzialności lub współodpowiedzialności za te zbrodnie narodowi polskiemu lub państwu polskiemu. Co to oznacza? Czym jest współodpowiedzialność? Co z relacjami osób ocalałych z Zagłady, które często wspominają, że bały się Polaków? Czy wypełni znamiona przestępstwa stwierdzenie, że sprawcy zbrodni byli Polakami? Bo, owszem, Bogu możemy dziękować, że zbrodni nie dokonywano w imię narodu polskiego czy państwa polskiego (także Podziemnego Państwa Polskiego), lecz były zbrodnie dokonane przez Polaków.

4. Na przykład według ustaleń IPN spalenia Żydów w Jedwabnem „dokonali Polacy z inspiracji Niemców”. Głoszenie takiego stanowiska to zapewne jeszcze nie karalna współodpowiedzialność (IPN musiałby wtedy ścigać sam siebie). Może jednak karalna – za „pomniejszanie odpowiedzialności rzeczywistych sprawców” – będzie taka interpretacja tego wydarzenia, która bardziej podkreślać będzie rolę polskich bezpośrednich morderców niż niemieckich inspiratorów? Kto jest w takim razie „rzeczywistym sprawcą” – ten pośredni czy ten bezpośredni?

5. Dodatkowo w prawie uchwalonym przez Sejm stwierdzono, że „ustawę stosuje się do obywatela polskiego oraz cudzoziemca”, i to „niezależnie od przepisów obowiązujących w miejscu popełnienia czynu”. Pomysł stosowania polskiego prawa karnego wobec obywateli innych państw za to, co mówią o Polsce, wydaje mi się prostym sposobem na wywołanie międzynarodowej awantury przy pierwszej możliwej okazji. Współczuję ambasadorowi Polski w kraju, wobec którego obywatela po raz pierwszy przepis ten zostanie zastosowany.

Biskupa już ocenzurowano

Przywołałem wyżej przykład zbrodni w Jedwabnem. Czy przypadkiem nie objęto by tą ustawą także przeprosin, jakie wygłosił 10 lipca 2017 r. bp Rafał Markowski, występując w Jedwabnem w imieniu Konferencji Episkopatu Polski? Czy jakiś nadgorliwiec nie uznałby, że przewodniczący Rady Episkopatu ds. Dialogu Religijnego, przepraszając za udział „synów narodu polskiego, zwłaszcza katolików” w tej zbrodni, tym samym pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców?

Po raz pierwszy w niemal 30-letniej historii programów katolickich w TVP audycja przygotowana do emisji została ocenzurowana decyzją kierownictwa anteny

Powie ktoś, że przesadzam. Rzecz jasna, prokurator nie wytoczyłby takiego śledztwa w Polsce przeciwko katolickiemu biskupowi. Ale przecież bp Markowski – za te właśnie przeprosiny – padł już ofiarą nadgorliwych prorządowych propagandzistów. Otóż na wysokim szczeblu w TVP zapadła decyzja, żeby informacja o jego wystąpieniu w Jedwabnem 10 lipca 2017 r. nie pojawiła się na ogólnopolskiej antenie telewizji publicznej (choć oddział w Białymstoku przygotował relację i wyemitował ją w programie lokalnym – można ją tutaj zobaczyć). W następnych dniach posunięto się wręcz do wydania, po kolaudacji, administracyjnej decyzji zakazującej emisji gotowego materiału filmowego w jednej z audycji katolickich TVP. Tym samym – chyba po raz pierwszy w niemal 30-letniej historii programów katolickich w telewizji publicznej – audycja przygotowana do emisji została ocenzurowana decyzją kierownictwa anteny.

Przyznaję, że i sam jestem ograniczony tym zapisem ustawowym. Bo choć zajmuję się tematyką polsko-żydowską od 30 lat; choć jestem redaktorem naczelnym czasopisma, które zajmuje się nią od 60 lat; choć jestem chrześcijańskim współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów i członkiem Rady Fundacji Auschwitz-Birkenau; choć współprowadzę liczne działania na rzecz pamięci Żydów w moim rodzinnym mieście, badając dokumenty historyczne, w których znajduję i bohaterstwo, i podłość Polaków – to jednak nie zajmuję tą tematyką w ramach ani działalności naukowej, ani artystycznej. Mam zatem wprowadzić sobie wewnętrznego cenzora do głowy, gdy zechcę wypowiadać się na tematy kontrowersyjne? Co prawda, nie zamierzam lżyć narodu ani państwa polskiego, ale – jak widać wyżej – prokuratorzy otrzymają w ustawie szerokie pole do popisu, a ich polityczni mocodawcy mogą mieć różne dziwne pomysły interpretacyjne, kto stawia się już poza narodem polskim.

Działając od lat na rzecz pojednania między Polakami a sąsiednimi narodami, wiem doskonale, że porozumienie jest jak mosty – buduje się bardzo długo, ale za to bardzo szybko można je zniszczyć. Obecny kryzys polsko-izraelski jest akurat polskiemu rządowi zupełnie niepotrzebny. Ten bowiem rząd akurat dla pamięci o żydowskich ofiarach Zagłady na ziemi polskiej czyni bardzo dużo – więcej niż poprzedni rząd PO – ale może to wszystko zniweczyć jednym zdaniem w ustawie.

Drzewo dla Polski?

Wyraźnie jednak okazuje się, że upamiętnianie żydowskich ofiar nie jest dla rządu celem samym w sobie, lecz narzędziem do swoistej „kanonizacji” narodu polskiego. Najlepiej świadczy o tym przemówienie premiera Mateusza Morawieckiego w rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz. Wykorzystał on tę okazję do propagowania swojego pomysłu, że w ogrodzie pamięci jerozolimskiego Instytutu Yad Vashem brakuje jednego drzewka: dla Polski. Morawiecki mówił już o tym wcześniej. W obozie Auschwitz dodał nowy element, nazywając owo nieistniejące drzewko – nie wiadomo dlaczego – „najważniejszym”.

Teza to co najmniej wątpliwa. Bo gdyby rzeczywiście cały naród polski tak powszechnie i ochoczo ratował żydowskich sąsiadów, to po pierwsze, powinno się ich uratować dużo więcej, a po drugie (jak już pisałem), traci wówczas jakikolwiek sens honorowanie poszczególnych Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Ich bohaterstwo przestaje być bohaterstwem, jeśli uważa się je za postawę powszechną czy nawet tylko dominującą w społeczeństwie.

Ale w istocie rzeczy przecież nie o pamięć o Sprawiedliwych tu chodzi, lecz o podtrzymywanie mitu niepokalanego narodu polskiego, który zawsze był prześladowany, a nigdy nikogo nie skrzywdził. Fakty nie mogą więc mówić inaczej – wszak byłoby to „wbrew faktom”…