„Atak paniki” to nie tylko najbardziej brawurowy debiut naszej kinematografii, ale też jedna z najlepszych tragedii i komedii jednocześnie, jakie zdarzyły się polskiemu kinu w ostatniej dekadzie.

To nie jest komedia jak inne. Ba, uważam nawet, że promowanie tego filmu jako komedii spłaszcza jego przesłanie. Broń Boże, nie twierdzę, że komedia to gorszy – przepraszam za wyrażenie – „sort filmowy”. Wręcz przeciwnie, to bardzo szlachetny gatunek wymagający profesjonalizmu reżysera, scenarzysty i aktorów.

„Atak paniki” Pawła Maślony to jednak coś więcej – apokaliptyczny film o nas samych i o otaczającej nas rzeczywistości. Rechotu podczas seansu nie ma, bo być nie może. A że jest w filmie dużo inteligentnego humoru, ironii, kpiny, szyderstwa – to tylko podnosi jego wartość. Bardzo smutno-śmieszny film, albo odwrotnie: śmieszno-smutny, jak kto woli. Tragikomedia? Chyba to słowo najlepiej określa gatunek debiutu Maślony. Albo jeszcze inaczej – nieprzyzwoicie śmieszna, przepełniona rozpaczą komedia.

Reżyser „Ataku paniki” lubi Witolda Gombrowicza. I tak samo jak autor „Operetki” sądzi, że początkujący artysta to zjawisko dość pretensjonalne. W rozmowie z Piotrem Czerkawskim powiedział: „Debiutancki film zawsze jest jakimś manifestem, próbą zwrócenia na siebie uwagi, odpowiednikiem sytuacji, w której wchodzisz do wypełnionego ludźmi pomieszczenia i krzyczysz «Słuchajcie!»”.

Co wykrzyczał Maślona w swoim debiucie? Opowiedział historię o lęku niszczącym ludzkie odruchy, strachu zabijającym relacje, o paraliżu, o irracjonalnym lęku przed życiem, o samotności w tłumie. Pozornie wszyscy są ze sobą, a tak naprawdę pozostają indywidualnymi koczownikami, wędrującymi w poszukiwaniu swojego miejsca, własnego „pastwiska”. Szukają i nie znajdują. Oto strach zrodzony z niespełnienia. Nomadowie, którzy mogą być w jednej chwili całkowicie unicestwieni lub stworzeni, zagubieni w faryzejskiej rzeczywistości, nienawidzący jej, ale poddający się jej biegowi. Nie ma już nic?

W artykułach krytyków mnożą się porównania: a to do „Magnolii” Paula Thomasa Andersona, a to do argentyńskich „Dzikich historii” Damiána Szifrona, nawet do filmu Roberta Altmana „Na skróty”. Kreacyjność „Ataku paniki” przywodzi na myśl „Pulp Fiction” Quentina Tarantino. Nie od dziś wiadomo, że kreacjonizm lepiej i prawdziwiej oddaje prawdę o świecie, niż opowiadanie o rzeczywistym „tu i teraz”. Pod warunkiem, że ta fikcja jest perfekcyjnie wymyślona, napisana i wyreżyserowana.

Wszystkie wymienione filmy łączą w sobie autorski „charakter pisma” reżysera z gatunkowym rysem, charakterystycznym śladem wyżłobionym ostro i bezkompromisowo, świadczącym o poszukiwaniu przez twórcę swojego niepodrabialnego stylu. Sam Paweł Maślona we wspomnianym wywiadzie nawiązał jeszcze do jednego reżysera: „Wyolbrzymienie pewnych zjawisk nadaje ich istnieniu większą intensywność. Dzieje się tak na przykład w filmach Todda Solondza. Uwielbiam scenę w «Happiness», w której bohater opowiada o tym, jak w swoim śnie idzie do parku i zaczyna strzelać do ludzi. To samo, pokazane w kluczu realistycznym, niespecjalnie mnie interesuje, bo nie przepadam za kinem, które chce sprowokować u widza traumę. Kiedy jednak reżyser mruga do widza okiem, ujmuje swój świat w nawias, robię się bardziej odporny i pozwalam mu na więcej”.

Tragikomedia? Debiut Maślony to nieprzyzwoicie śmieszna, przepełniona rozpaczą komedia

Najtrafniejszego porównania dokonał Michał Cichy. Dostrzegł niewątpliwy związek „Ataku paniki” z „Tonim Erdmannem” Maren Ade. Twórcy tych filmów stawiają nas w sytuacji podglądania ludzi, którzy z jakichś powodów znaleźli się w bardzo uwierającej sytuacji.

Po kolei zatem: Amadeusz, „Mrówka” i „Dziku”, trzej nieletni chłopcy z „dobrych” domów, którzy po raz pierwszy w życiu spróbują narkotyków. „Jarają” marihuanę i doświadczą jej niszczącego działania. Przy okazji plotą zasłyszane opowieści o powracającej karmie, co u jednego z chłopaków powoduje wyrzuty sumienia. Już zepsuci, a jednocześnie wystraszeni, bo sytuacja wymyka się spod ich kontroli.

Oto Miłosz (Bartłomiej Kotschedoff), kelner uzależniony od gier komputerowych i w ogóle żyjący bardziej w świecie wirtualnym niż rzeczywistym, mieszkający z matką (mistrzyni Małgorzata Hajewska-Krzysztofik). Kobieta jest psiarą, nic więc dziwnego, że sympatyczni czworonożni domownicy – największy z nich nazywa się Kapsel – rządzą w domu, co doprowadza chłopaka do szału. Miłosz trafia na cyberwroga, który niszczy mu wirtualne „statki kosmiczne” i „surowce”. Na dodatek dzieje się to akurat w czasie imprezy weselnej, którą musi obsługiwać.

Mama staje się dla niego niejako możliwością ustawicznej gry na komputerze, która nigdy się nie kończy i którą na samym końcu trzeba jednak przegrać, nie ma innej możliwości. Dyktuje matce telefonicznie stosowne polecenia, zaniedbując obowiązki kelnerskie wobec gości weselnych. Gra, bo nie chce utracić kontaktu z „nierzeczywistością”. Jest w nim ogromny lęk, że jak przegra wojny, straci wszystkie „porty”, „statki”, „surowce”, to zostanie sam, bez niczego i nikogo. Jego życie to obłęd bezsensu, ale on nawet o tym nie wie.

Kamila (Aleksandra Pisula), siostra Miłosza, e-pornogwiazda, seksworkerka, symulująca przed kamerką orgazmy. Najbardziej tragiczna postać filmu. Wielkie przestraszone oczy dziewczyny, która zagubiona w życiu niemiłosiernie się samoponiża. Ale ona to wie, ma świadomość upodlenia. Przeraża ją strach i wstyd, że mogliby jej tajemnicę odkryć najbliżsi czy koleżanki. Przeżywa najazd przyjaciółek, próbujących pocieszyć ją po samobójstwie Witka (Daniel Guzdek), chłopaka z czasów licealnych, którego ona sama prawie w ogóle już nie pamięta i którego los nic a nic jej nie obchodzi. Kamila ma dość swoich koleżanek, ich nadopiekuńczości, ich udawanej rozpaczy i fałszywego smutku po śmierci zapomnianego dawno kolegi. Ma dość ich „filozofowania”, ich pseudomądrości życiowych, wypowiadanych ze śmiertelną powagą, i przez to bardzo śmiesznych.

Widz kibicuje Kamili: tak, wyrzuć wreszcie dziewczyno te kompletne idiotki z domu. Ale paradoksalnie może kontakt ze światem jej koleżanek, martwym duchowo, płytkim, światem rozmów „o niczym”, pozwoli jej wyzwolić się z bezsensu, w którym żyje i który jej doskwiera. Zapakować wszystko w jeden plecak i uciec.

Elżbieta (Dorota Segda) i Andrzej (Artur Żmijewski), dobrze sytuowane, korporacyjne małżeństwo wracające z wakacji w Egipcie. Siedzą w samolocie, obok nich przy oknie siada Oskar – Anglik, może Duńczyk, nieważne – w każdym razie obleśnie gruby obcokrajowiec, który zamęcza Elżbietę opowieściami – i znowu – „o niczym”. Aż w pewnym momencie zdarzy się coś piorunującego… Bez obaw, nic nie zdradzę.

Sceny samolotowe są chyba najśmieszniejsze, a Segda i Żmijewski wspaniali. Ktoś zażartował: „Siostra Faustyna i ojciec Mateusz w sytuacji eschatologicznej”. W roli grubego Oskara występuje Nicholas Bro, duński aktor znany z filmów Larsa von Triera, jest przezabawny. Na dodatek po przeciwnej stronie siedzi w samolocie Sebastian Kamil (mistrzowski Adam Nawojczyk), behawiorysta (a może tylko weterynarz?), próbujący wyczytywać z twarzy innych znaki zodiaku i zgadywać ich imiona; śmieszny prowokator, tak jakby swoją pustkę próbował pokrywać wygłupem i imitowaną inteligencją. Komizm scen samolotowych demaskuje obcość Elżbiety i Andrzeja; łączy ich tylko strach przed rozpadem, i niewiadomymi jego konsekwencjami.

Monika (Magdalena Popławska), neurotyczna pisarka kryminałów, spotyka się w luksusowej restauracji ze swoim byłym mężem. Dawid (Grzegorz Damięcki) organizuje to spotkanie, bo ma konkretną sprawę. Ona natomiast walczy, naiwnie sądząc, że da się odwrócić przeszłość; przerażona i wystraszona perspektywą samotności, uświadamia sobie, że przegrała kawał życia.

Popławska fenomenalnie oddaje upadek Moniki. Bartosz Staszczyszyn tak pisze o tej kreacji: „ Bohaterka przez cały film siedzi przy kawiarnianym stoliku, prowadząc dialog, który prawdę skrywa pod powierzchnią banałów, a ból maskuje dowcipem. Jest tylko ona i kamera. Żadnego ruchu, żadnych efektownych zdarzeń. Popławska pokazuje tu swoją aktorską wielkość, porusza, uwodzi, tworząc przy tym postać z krwi i kości”. Dodam, że aktorka w sposób dawno niewidziany w kinie oddaje bezradność człowieka, który mając świadomość swojej winy, chce wszystko zacząć od nowa. Taka reaktywacja nie jest jednak możliwa. Łza w jej oku nie pozostawia złudzeń. Popławska za swoją kreację otrzymała zasłużenie w Gdyni nagrodę dla najlepszej aktorki drugoplanowej.

Odnotujmy też rolę Grzegorza Damięckiego. Ten wybitny aktor Teatru Ateneum nie miał dotychczas szczęścia do kina, teraz w wieku dojrzałym dostrzeżono go, powraca w wielkim stylu.

I wreszcie wesele: tak jak w „Demonie” Marcina Wrony (Maślona był współscenarzystą tego filmu) jest katalizatorem filmowych emocji, zwornikiem akcji. Na tej beznamiętnej, rytualnej imprezie, zorganizowanej według klasycznego, kiczowatego scenariusza nowobogackich wesel udających nawiązanie do tradycji, spotyka się większość postaci, wcześniej poznanych w splecionych i rozkawałkowanych scenach, ale temporalnie powiązanych. Maślona zbiorową scenę przy stole weselnym filmuje obracającą się kamerą, poznajemy wtedy rodzinę i przyjaciół Państwa Młodych, wymieniających między sobą jakieś zdawkowe zdania. Twarze szybko się zmieniają. Przypomniała mi się wtedy atmosfera „Wielkiego piękna” Sorrentino.

Alinearność akcji może sprawiać trochę trudności, nawet wspomniany Cichy musiał sobie „przesuwy akcji w czasie pracowicie rekonstruować już po wyjściu z kina”. Tak, bo film Maślony to szaleńcza żonglerka.

Julia Wyszyńska jako panna młoda to dziewczyna „uziemiona”, nie wiadomo czy kochana, nie wiadomo czy tak naprawdę chce tego małżeństwa. Wiadomo jedno: jest dziecko, musi je urodzić. Wystraszona i zagubiona. Jej krzyk, wrzask wydawany w czasie porodu odbieranego przez behawiorystę-weterynarza zostaje zagłuszony muzyką Chopina. Scena zupełnie odlotowa. Rodzi się nowy Polak, a może Polka. I co dalej? Apokalipsa?

Alinearność akcji może sprawiać trochę trudności, film Maślony to bowiem szaleńcza żonglerka

Zgadzam się ze Staszczyszynem, że ten brawurowy debiut to „pokaz znakomitego rzemiosła i dowód wrażliwości artysty, który już niedługo powinien stać się gwiazdą rodzimego kina”. A finał filmu to prawdziwe szaleństwo, łącznie z ostatnim zdaniem. Nie zdradzając jak brzmi, napiszę tylko, że nie będzie nam po nim do śmiechu. Tak jakby reżyser chciał powiedzieć: śmialiście się trochę, ale tak naprawdę z siebie samych się śmialiście. Tak, bo finał ma w sobie coś z katastrofy gogolowskiej. Wszystko było pozorem i zakłamaniem. Co zatem pozostaje?

„Atak paniki” został skrzywdzony przez jury ubiegłorocznego festiwalu w Gdyni w sposób niedopuszczalny. Nagroda dla Magdaleny Popławskiej była całkowicie zasłużona. Ale jak to możliwe, że laurów nie dostali autorzy scenariusza (Aleksandra Pisula, Bartłomiej Kotschedoff, Paweł Maślona)? Tekst perfekcyjny, dopracowany w każdym elemencie. W sytuacji, gdy poziom scenariuszy to największy problem polskiego kina, niedostrzeżenie „Ataku paniki” jest całkowicie niezrozumiałe. Dlaczego nagrody nie dostał sam Maślona za reżyserię, choć uważam, że film zasługiwał na najważniejsze trofea? Powiedział w jednym z wywiadów, że będzie łączył „autorski sznyt z gatunkowym kostiumem”, i to mu się doskonale udaje.

Dlaczego w końcu pominięto Bartłomieja Kotschedoffa, który zagrał Miłosza? Takiego aktorskiego debiutu nie było w polskim kinie od lat, niezwykły talent. Przewiduję, że po „Ataku paniki” rozpocznie się jego wspaniały czas. Nagroda dla niego za debiut dla wszystkich była oczywistością, tylko nie dla jury. A montaż Agnieszki Glińskiej? Przecież to „Oskarowa” robota. Podobnie jak świetna, toksyczna muzyka Radzimira Dębskiego (pseudonim: Jimek).

Zgadzam się z opiniami, że „Atak paniki” to nie tylko najbardziej brawurowy debiut naszej kinematografii, ale też jedna z najlepszych tragedii i komedii jednocześnie, jakie zdarzyły się polskiemu kinu w ostatniej dekadzie.

Życie może być „syfem”. Śmiech, przerażenie, napięcie, łzy, a na końcu refleksja: życie może być jednak inne, może mieć sens. Może trzeba zresetować to co było i zacząć od zera… Zawsze jest coś, bo nie jest tak, że nie ma już nic!