„Lata szkolne Jezusa” można czytać jako uniwersalną narrację o poszukiwaniu harmonii wszechświata, a także o – częstokroć nieudanych – próbach przezwyciężania wyroków opatrzności.

Siłą pisarstwa południowoafrykańskiego prozaika i eseisty jest pozorna prostota. Książki, które wyszły spod jego pióra, zwłaszcza po 2003 roku, kiedy Coetzee został laureatem literackiej Nagrody Nobla, czyta się błyskawicznie, zaś lekturze towarzyszy przekonanie, że autor nie tylko rezygnuje z wszelakich eksperymentów kompozycyjno-formalnych, ale wręcz stara się świadomie tak uprościć styl, aby odbiorca mógł skupić się wyłącznie na relacjonowanej historii, nie zaś na kwestiach warsztatowych.

Prostota języka narracji jest tu zatem odwrotnie proporcjonalna do zagęszczenia materii treściowej, dzięki czemu opowieść otwiera się na indywidualne interpretacje. Przy czym żadna z nich nie jest skończona, ostateczna czy jedynie słuszna. Stąd właśnie zdradliwość stylu pisarza, który za fasadą prostej opowieści skrywa refleksję o najtrudniejszych problemach współczesnej cywilizacji.

Z tego również powodu powieści Coetzee’ego podszyte są jakimś rodzajem wewnętrznego smutku, który – jak się wydaje – jest po prostu integralną cechą ludzkiej egzystencji. W tym wymiarze jego książki przypominają do pewnego stopnia dokonania twórcze Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Nie są one zatem „dobrą nowiną”, ale raczej „nowiną o dobru” – o wpisanej w ludzką naturę potrzebie prawdy, piękna i miłości.

Trzynasta powieść Johna Maxwella Coetzee’ego w najoczywistszy sposób jest dalszym ciągiem historii, którą czytelnicy znają z kart książki „Dzieciństwo Jezusa”.

Bohaterowie „Lat szkolnych Jezusa” – Simón, Inés i sześcioletni Davíd – uciekają z miejsca swojego poprzedniego pobytu i przybywają do nieco ospałego, prowincjonalnego miasteczka, próbując uniknąć konsekwencji zaniechania obowiązku szkolnego wobec chłopca. Otrzymują pomoc w postaci tymczasowej, sezonowej pracy przy zbiorach winogron, zakwaterowanie i wyżywienie, a także nadzieję na szybką poprawę sytuacji materialnej i pozycji społecznej. Kluczową kwestią, która w jakimś sensie organizuje starania dorosłych o zadomowienie się w Estrelli, jest sprawa edukacji Davída. Ze względu na obawę przed wymiarem sprawiedliwości w grę wchodzi tu wyłącznie dyplomowany korepetytor lub – słynąca z niekonwencjonalnych środków nauczania i wychowania – prywatna Akademia Tańca. Dorośli, pomimo pewnych obaw i braku pełnego zaufania do zasad obowiązujących w Akademii, decydują się ostatecznie na drugie rozwiązanie. Od tego momentu dynamika opowieści ulega wyrazistej zmianie.

Powieści Coetzee’ego nie są „dobrą nowiną”, ale raczej „nowiną o dobru” – o wpisanej w ludzką naturę potrzebie prawdy, piękna i miłości

Specyficzna „filozofia tańca”, która legła u podstaw pedagogiki Akademii, przywodzi na myśl ezoteryczne roztrząsania pitagorejczyków z ich wiarą w rozumną podstawę wszechświata, harmonię opartą na wartościach numerycznych, metempsychozę. Jak powiada señora Arroyo, właścicielka Akademii, a zarazem główna nauczycielka:

„(…) dziecko, młody człowiek, nadal nosi w sobie głębokie ślady poprzedniego żywota, cienie wspomnień, których z braku słów nie potrafi nazwać. Z braku słów, ponieważ wraz ze światem, który utraciliśmy, utraciliśmy także język zdolny ten świat przywołać. Z tego pierwotnego języka pozostała tylko garść słów, które nazywam transcendentalnymi; należą do nich imiona liczb: uno, dos, tres – one przede wszystkim.

Uno-dos-tres: czy to jedynie śpiewka, której się̨ uczymy w szkole, bezmyślna wyliczanka, zwana rachowaniem, czy też istnieje jakiś sposób pozwalający przeniknąć poprzez i poza tę śpiewkę, do królestwa samych liczb – zarówno tych szlachetnych, jak i ich pomocnic, zbyt wielu, by je zliczyć, równie mnogich jak gwiazdy, a zrodzonych ze związków liczb szlachetnych? My, mój mąż i ja, a także nasi asystenci, wierzymy, że taki sposób istnieje. Misją Akademii jest prowadzenie dusz naszych uczniów ku temu królestwu, jednoczenie ich z wielkim, podskórnym rytmem kosmosu czy, jak wolimy mówić, tańcem wszechświata”.

Bytność Davída w Akademii szybko zaczyna przynosić rezultaty, chłopiec okazuje się wyjątkowo pojętnym i utalentowanym uczniem, który posiada tajemniczy dar pełni człowieczeństwa, przy czym ceną za rozwój wewnętrzny staje się konflikt z Inés i Simónem.

John Maxwell Coetzee, „Lata szkolne Jezusa”

John Maxwell Coetzee, „Lata szkolne Jezusa”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018. Tłum. Mieczysław Godyń

Opowieść obejmuje jeszcze inne postaci i wątki – dość powiedzieć, że akcja utworu prowadzi do okrutnej, skandalicznej zbrodni, publicznego procesu oraz wyroku, których skutkiem jest definitywne zamknięcie Akademii. Skąpo dozowane szczegóły biograficzne pozwalają spojrzeć na wszystkich bohaterów książki z perspektywy tragicznego splotu ich powikłanych losów. Simón, Inés i Davíd jako obcy i przesiedleńcy obarczeni są trudem pamięci o własnym doświadczeniu, ale nie tylko ich życie poddane tu zostało okrutnej i srogiej próbie.

Trudno ostatecznie rozstrzygnąć, czy za takim poprowadzeniem narracji skrywa się gnostycka w swej istocie sugestia, że wszyscy ludzie dzielą los wygnańców z innej, zapewne doskonalszej rzeczywistości. Tego typu interpretacja byłaby zresztą podatna na niezbyt wyrafinowane polityczne aktualizacje, co stało się poniekąd elementem recepcji poprzedniej książki Coetzee’ego.

Być może ciekawsza – zawarta w ostatniej scenie powieści – byłaby możliwość odczytania „Lat szkolnych Jezusa” jako homiletycznego exemplum o konieczności powrotu do fundamentów egzystencji – do ruchu, który jest źródłem wszelkiego życia oraz do dziecięcej ufności, która staje się bramą ocalenia. Zgodnie z wymową fragmentu Ewangelii wg św. Mateusza: „W owym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa, pytając: «Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?». On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: «Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. A kto by jedno takie dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje»” [Mt 18, 1-5].