Nie ma wprawdzie takiego precedensu, ale nie ma też państwa członkowskiego Unii Europejskiej, które wygasiłoby mechanizmy demokratyczne w równym stopniu jak Polska. Ostatnio w ferworze sporu o aborcję prawie niepostrzeżenie przeszły zmiany w Kodeksie wyborczym.

Nie, zawarte w tytule pytanie nie mówi o kolejnych sankcjach na polskie państwo przygotowywanych przez Komisję Europejską lub inną unijną instytucję. To potencjalna konsekwencja „ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu zwiększenia udziału obywateli w procesie wybierania, funkcjonowania i kontrolowania niektórych organów publicznych”, którą parlament przyjmował w okresie świąteczno-noworocznym.

Mimo protestów Polskiego Stronnictwa Ludowego („nie do przyjęcia” – mówił o ustawie prezes partii Władysław Kosiniak-Kamysz) i Pawła Kukiza (jego zdaniem ustawa „w znacznym stopniu narusza prawa obywatelskie”), prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę 16 stycznia, nawet bez wcześniejszego skierowania jej do fasadowego Trybunału Konstytucyjnego. Podczas burzy wokół aborcji nowelizacja Kodeksu wyborczego – bo takie określenie zmian dobrze odzwierciedla treść ustawy – przeszła prawie niepostrzeżenie, choć wstrząsa ostatecznym (a właściwie ostatnim) mechanizmem demokratycznym w Polsce.

Wybory potrzebują demokracji

Przypomnijmy, że od ponad dwóch lat wszelkie prowadzone „zmiany” – włącznie z tymi naruszającymi Konstytucję i prawo unijne – koalicja Zjednoczonej Prawicy uzasadnia argumentem, że wygrała wybory i ma demokratyczny mandat, by realizować „wolę narodu” (nazywanego także suwerenem). To prymitywne rozumienie demokracji, która zostaje sprowadzona do periodycznego organizowania „wolnych wyborów”.

Tymczasem wolne wybory mają sens tylko wtedy, gdy otwierają realną szansę na zmianę kierownictwa politycznego – to znaczy, kiedy nie faworyzują aktualnie rządzących, którzy i tak już na starcie są na uprzywilejowanej pozycji. Dysponują zasobami państwa (administracja, policja, sądy, budżet, media publiczne…) nieporównywalnie większymi niż polityczni rywale. Innymi słowy, bez pewnych mechanizmów korekcyjnych same wybory, nawet uczciwe (niesfałszowane), nie tworzą realnej możliwości zmiany rządów, więc nie stanowią wystarczającego warunku do sprawnego funkcjonowania żadnej demokracji.

Z tego wynika, że ustrój polityczny, który wprawdzie przewiduje periodyczne organizowanie wolnych wyborów, ale nie wyrównuje szans między ugrupowaniami konkurującymi o władzę, de facto daje nadmierną przewagę partii rządzącej i nie może być nazywany demokracją. Tak jest np. w Turcji, w Rosji i w wielu republikach poradzieckich. A w Polsce?

Nowelizacja Kodeksu wyborczego wstrząsa ostatecznym (a właściwie ostatnim) mechanizmem demokratycznym w Polsce

Nad Wisłą bez wątpienia trwa proces, który systematycznie wyłącza lub usuwa owe mechanizmy korekcyjne, czyli krok po kroku demontuje polską demokrację. Proces ten został rozpoczęty w listopadzie 2015 roku, gdy w ekspresowym trybie parlament w nowym składzie uchwalił, a prezydent podpisał „ustawę o zmianie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym”, unieważniając dokonany wcześniej wybór sędziów i wygaszając przedwcześnie mandat prezesa i wiceprezesa Trybunału. Zaledwie kilka tygodni później PiS przyjął kontrolę nad mediami publicznymi i służbą cywilną.

Kolejnym kamieniem milowym akcji przywłaszczenia sobie instytucji publicznych stała się tzw. reforma sądownictwa, która właściwie jest niczym innym jak tylko podporządkowaniem sądów ministrowi sprawiedliwości (pełniącemu jednocześnie funkcję prokuratora generalnego), prezydentowi i większości parlamentarnej.

Już wtedy zaczęło się materializować zagrożenie, że obecna władza będzie chciała wpływać na wybory nie tylko w sposób pośredni, np. poprzez propagandę w tzw. mediów narodowych, lecz także bezpośrednio – ponieważ Sąd Najwyższy ma za zadanie m.in. rozpoznawanie protestów wyborczych i stwierdzanie ważności wyborów parlamentarnych i prezydenckich oraz „rozpoznawanie protestów wyborczych w wyborach do Parlamentu Europejskiego”.

Pod nadzorem ministra Brudzińskiego

Pod pozorem „zwiększenia udziału obywateli w procesie wybierania, funkcjonowania i kontrolowania niektórych organów publicznych”, podpisana w tym miesiącu nowelizacja Kodeksu wyborczego zwiększa wspomniane zagrożenie przez powierzenie ministrowi spraw wewnętrznych wyboru szefa Krajowego Biura Wyborczego oraz komisarzy wyborczych.

Pominąwszy inne istotne zmiany w zakresie wyborów samorządowych i składu Państwowej Komisji Wyborczej, wyjaśniamy, że obecna nowelizacja doprowadza do sytuacji, w której „sprawowanie nadzoru nad przestrzeganiem prawa wyborczego” oraz „zapewnienie warunków organizacyjno-administracyjnych, finansowych i technicznych związanych z organizacją i przeprowadzaniem wyborów” zależą od nominatów ministra spraw wewnętrznych.

Już sam tryb powoływania szefa Krajowego Biura Wyborczego oraz komisarzy wyborczych budzi wątpliwości z punktu widzenia ich bezstronności i niezależności względem kierownictwa politycznego. Obawy są tym większe, że stanowisko ministra spraw wewnętrznych piastuje Joachim Brudziński, jednocześnie przewodniczący Komitetu Wykonawczego partii rządzącej, odpowiedzialny za jej organy terenowe.

Polski rząd nie jest dysponentem mandatów przydzielonych Polsce jako państwu członkowskiemu

Jaki to ma związek z wyborami do Parlamentu Europejskiego? Oczywiście, w traktatach nie jest napisane czarno na białym, że wybory do europarlamentu muszą być uczciwe. Jednak w artykule 14 traktatu o Unii Europejskiej czytamy, że „członkowie Parlamentu Europejskiego są wybierani na pięcioletnią kadencję w powszechnych wyborach bezpośrednich, w głosowaniu wolnym i tajnym”. Artykuł 10 precyzuje, że „podstawą funkcjonowania Unii jest demokracja przedstawicielska”, a wśród wartości podstawowych wymienionych w art. 2 znajdujemy m.in. demokrację i praworządność.

Nawet jeśli – zgodnie z prawem unijnym – „w każdym państwie członkowskim, procedura wyborcza podlega krajowym przepisom”, owe przepisy muszą być zgodne z zasadami, w tym z demokratycznym charakterem wyborów. Zatem, tak samo jak w przypadku wymiaru sprawiedliwości (o tym pisaliśmy prawie rok temu), nie można odmówić kompetencji Unii w dziedzinie wyborów.

Europosłowie nie są przedstawicielami rządu

Tak samo jak polskie sądy stanowią integralną część unijnego wymiaru sprawiedliwości niezbędną do jego prawidłowego funkcjonowania, odbywające się w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego są ewidentną częścią unijnego systemu politycznego, gdyż głosy polskich europosłów mają wpływ na skład Komisji Europejskiej, na ustawodawstwo oraz na budżet Unii. Gdyby zaistniały poważne wątpliwości dotyczące rzetelności wyborów polskich europosłów, mogliby oni nie być dopuszczeni do uczestnictwa w pracach Parlamentu.

Wynika to z faktu, że polski rząd nie jest dysponentem mandatów przydzielonych Polsce jako państwu członkowskiemu (51 na 751 miejsc). Po pierwsze dlatego, że – wyraźnie stanowi to prawo unijne – „członkowie Parlamentu Europejskiego są wybierani na pięcioletnią kadencję w powszechnych wyborach bezpośrednich, w głosowaniu wolnym i tajnym”; nie mogą łączyć tego mandatu np. z mandatem sejmowym, głosują „osobiście i we własnym imieniu” i „nie mogą być związani instrukcjami ani nie otrzymują mandatu wiążącego”. Innymi słowy, nie są przedstawicielami polskiego rządu.

Po drugie, w wyborach do Parlamentu Europejskiego w danym państwie mogą głosować, a nawet kandydować obcokrajowcy, jeśli stale zamieszkują terytorium tego państwa i jeśli sami są obywatelami innego państwa członkowskiego. W praktyce oznacza to, że „polscy” europosłowie nie są wybierani wyłącznie głosami Polaków (sam głosuję w Polsce, mimo że nie mam polskiego obywatelstwa), a teoretycznie do „polskiej” delegacji w Brukseli mógłby należeć Niemiec lub Litwin (przykład Francuzki Evelyne Gebhardt wybranej w Niemczech).

Ten prawdziwie europejski charakter mandatu europosła byłby lepiej rozumiany, gdyby polski ustawodawca prawidłowo wprowadził unijne przepisy dotyczące wyborów do Parlamentu Europejskiego. Traktat o UE stanowi bowiem, że „w skład Parlamentu Europejskiego wchodzą przedstawiciele obywateli Unii”, podczas gdy w polskim Kodeksie wyborczym czytamy, iż „posłowie do Parlamentu Europejskiego są przedstawicielami narodów państw Unii Europejskiej”.

Ne tej istotnej różnicy opiera się oczekiwanie ze strony wszystkich obywateli Unii, nie tylko z Polski, by polscy europosłowie byli wybierani zgodnie z traktami, czyli w sposób demokratyczny. Jeśli przy następnych wyborach do Parlamentu Europejskiego w przyszłym roku ten warunek nie będzie spełniony, nie można wykluczyć, że w przyszłym składzie Parlamentu w Strasburgu nie będzie już posłów z Polski.

Nie ma wprawdzie takiego precedensu, ale nie ma też państwa członkowskiego, które wygasiło mechanizmy demokratyczne w równym stopniu jak Polska. Nie wiem, czy zdajemy sobie z tego sprawę.