Dla uratowania chrześcijaństwa w Polsce nie wystarczy gromki, taki czy inny, list episkopatu. Nie wystarczy – o co prosi ojciec Ludwik Wiśniewski – żeby biskupi „wkroczyli na publiczną arenę”.

W minioną niedzielę rano, gdy zaczynał się właśnie gorący 26. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, jednoczącej Polaków w działaniu dla wspólnego dobra, a w kościołach (niektórych) obchodzono Światowy Dzień Uchodźcy, słuchałem jak zwykle w radiu „Familijnej Jedynki”. To dobrze robiona audycja Redakcji Katolickiej Polskiego Radia. Słucham w niej ciekawych rozmów Jana Pniewskiego, lubię też mówione zabawną polszczyzną felietony Jonathana Luxmoore’a, publicysty tygodnika „The Tablet”. Tym razem opowiedział o swojej rozmowie ze współpasażerem pociągu z Warszawy do Krakowa. Usłyszał od niego: „bo wy tam na Zachodzie macie cywilizację śmierci”. To odpychające, wyższościowe stwierdzenie naszego rodaka wzbudziło w brytyjskim katoliku stanowczy sprzeciw. Wiadomo, że w encyklice „Evangelium vitae”, w kontekście aborcji i eutanazji, Jan Paweł II użył raz terminu „kultura śmierci”. Nazywanie jednak „cywilizacją śmierci” całej cywilizacji zachodniej jest absurdem i ma niewiele wspólnego z myślą papieża.

Ale co się dziwić szeregowemu polskiemu katolikowi, skoro terminem „cywilizacja śmierci” niczym obuchem posługują się przedstawiciele aktualnej władzy? W tę samą niedzielę, 14 stycznia, w programie „Kawa na ławę” w TVN24, wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, by oczernić Jurka Owsiaka, wyraził insynuację, że pieniądze z corocznej zbiórki na WOŚP trafiają na Przystanek Woodstock, a więc – dodał – „promują cywilizację śmierci”. Takie oskarżenie rzucone pod adresem akcji charytatywnej nastawionej na ratowanie życia to wyjątkowa podłość. A sugestia, że organizatorzy (w domyśle: także uczestnicy) masowej imprezy rockowej zapewne nie są zwolennikami restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej, przez co eo ipso „promują cywilizację śmierci”, odsłania jeszcze inny, szerszy, problem. Patryk Jaki jest tu pojętnym uczniem Kościoła w Polsce, który ze stosunku do aborcji uczynił papierek lakmusowy katolickości. Wystarczy więc, gdy ktoś głośno deklaruje, że jest przeciw, aby był uznany za dobrego katolika – niezależnie od tego, kim jest poza tym jako człowiek i jako polityk.

Jan Paweł II strywializowany

Obie przywołane wyżej kontrowersyjne wypowiedzi nawiązują niestety do strywializowanych słów Jana Pawła II. Czy tylko to utrwaliło się w powszechnej świadomości z nauczania naszego świętego papieża?…

W podobny sposób, udając wierność nauce Kościoła, a faktycznie jawnie jej przecząc, skomentowała posłanka Krystyna Pawłowicz kazanie kardynała Kazimierza Nycza z Mszy za uchodźców. „Księże Kardynale – napisała na Facebooku – proszę nie stosować wobec Polaków uporczywej moralnej przemocy przy użyciu takiej interpretacji zasad naszej wiary, byśmy wbrew jasnemu nakazowi obrony Krzyża, wbrew naszej instynktownej niezgodzie i uzasadnionemu strachowi o nasze życie i bezpieczeństwo sprowadzali do chrześcijańskiego kraju – broniącego się właśnie przed lewacką agresją kulturową – migrantów i uchodźców z Afryki, Azji i Bliskiego Wschodu…”. Nie mylę się chyba, znajdując w pierwszych podkreślonych słowach aluzję do apelu Jana Pawła II z Zakopanego: „Brońcie krzyża”… Słowa o „lewackiej agresji kulturowej” żadną miarą nie są już wzięte z papieża – on nigdy nie używał pogardliwego terminu „lewactwo” – padają za to często z ust arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, nie mówiąc o szeregowych kaznodziejach i publicystach katolickich.

Rządząca prawica, odwołująca się do katolicyzmu i narodowej tradycji, od dwóch lat straszy społeczeństwo uchodźcami islamskimi napierającymi na chrześcijańską Europę od południa, a prominentni ludzie Kościoła – „lewacką agresją kulturową” zagrażającą katolickiej Polsce ze strony Europy. Wspólnym mianownikiem tych dwóch strategii panowania nad społeczeństwem jest straszenie wrogiem. Władcy polityczni są w tym skuteczni – słupki poparcia dla nich nie tylko utrzymują się na wysokim poziomie, ale wciąż rosną (ostatnio osiągnęły aż 44 proc.). Przywódcy religijni też są skuteczni – liczba wiernych systematycznie się kurczy: w świetle najświeższych badań liczba Polaków chodzących w niedzielę do kościoła wynosi tylko 36 proc. – w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmniejszyła się o dwa i pół miliona! Niepokoi spadek wskaźnika praktyk religijnych, ale jeszcze bardziej niepokoi narastanie postaw wrogości wobec obcych, przy czym zmiana nastąpiła wyraźnie w ciągu ostatnich trzech lat. Przytłaczająca większość katolickiego podobno społeczeństwa jest dziś przeciwna – wbrew wyraźnemu stanowisku papieża Franciszka i czołowych naszych biskupów – przyjmowaniu przez Polskę jakichkolwiek uchodźców.

Polski Kościół przegapił moment

Ma rację o. Ludwik Wiśniewski, kiedy w dramatycznym apelu na łamach „Tygodnika Powszechnego”, pod nieco pretensjonalnym tytułem „Oskarżam”, podnosi alarm w sprawie dechrystianizacji Polski. „Oto na naszych oczach umiera w Polsce chrześcijaństwo. (…) Wprowadziliśmy w naszą religijność element, który ją rozsadza: wrogość. (…) A gdzie jest wrogość, tam prawo obywatelstwa ma nienawiść – wroga przecież należy zniszczyć. Można więc pluć, drwić i deptać ludzi, można bezpodstawnie oskarżać ich o niegodziwości, a nawet zbrodnie, i równocześnie powoływać się na Ewangelię, stroić się w piórka obrońcy chrześcijańskich wartości i Kościoła, odbywać pielgrzymki na Jasną Górę, składać świątobliwie ręce do modlitwy i ukazywać w mediach rozmodloną twarz”.

Ojciec Ludwik nazywa rzeczy po imieniu, co nie jest w ustach ludzi Kościoła takie częste, dlatego jego głos ma wielką wartość, ale – jak się wyraził jeden z moich trzeźwo myślących przyjaciół – spłynie pewnie jak woda po kaczce. Bo w jednej kwestii ojciec Ludwik niestety się chyba myli: biskupi nie są już w polskim społeczeństwie tak wielkim autorytetem, jak to było za czasów kardynała Wyszyńskiego, a potem w latach osiemdziesiątych. Nawet gdyby jakimś cudem zdobyli się dziś na jednomyślność i pryncypialnie zabrali głos, piętnując sprzeczne z Ewangelią poglądy i postawy w Kościele i społeczeństwie, czy to by tak wiele zmieniło? Ojciec Rydzyk zwróciłby się pewnie do swoich wyznawców, jak kiedyś, z obłudnym apelem: „Módlmy się za naszych biskupów”, a większość społeczeństwa wzruszyłaby ramionami, powtarzając za niektórymi przedstawicielami rządzącej partii: „szanujemy księży biskupów, ale w kwestii uchodźców jesteśmy innego zdania”. Too late. Za późno.

Polski Kościół przegapił wielki historyczny przełom roku 1989. Nie docenił wolności – będącej wyzwaniem nie tylko dla „grzesznego człowieka”, ale też dla… pasterzy Kościoła

Niewątpliwie coś niedobrego dzieje się z polskim chrześcijaństwem… Śmiem jednak twierdzić, że nie zaradzi temu potępienie teraz jednego kościelnego uzurpatora i watażki, który obrósł w finansowe i polityczne piórka. Moim zdaniem obecny kryzys, którego przejawem jest odchodzenie wiernych od praktyk religijnych, spadek liczby powołań, a nade wszystko łatwość, z jaką rzekomo katolicki naród wchłania różne ideologiczne trucizny, jest z jednej strony skutkiem przemian kulturowych i cywilizacyjnych, od nas niezależnych, z drugiej zaś – skutkiem błędów i zaniedbań Kościoła hierarchicznego w Polsce.

Zaczęło się to bardzo dawno, jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II. Wielokrotnie powtarzano tezę, że jego nauczanie nie zostało przez Polaków należycie zrozumiane i przyjęte. Myślę, że to tylko część prawdy. Owszem, w pierwszym okresie, jeszcze za czasów PRL-u, osoba i nauczanie papieża Polaka były przez nas przeżywane głównie w kontekście politycznym – jako inspiracja i umocnienie, względnie pocieszenie, w zmaganiach z komunizmem. Ale potem, w czasach wolności, błędem było nadmierne oglądanie się na papieża przez polskich hierarchów. Polski Kościół przegapił wielki historyczny przełom roku 1989. Nie docenił wolności, która przyszła wraz z obaleniem komunizmu. Wolności jako wspaniałego, ale i trudnego daru. Wolności – będącej wyzwaniem nie tylko dla „grzesznego człowieka”, ale też dla… pasterzy Kościoła.

Czy można się dziwić?

Czy nie było tak, że biskupi, a także księża, łudzili się, iż katolicyzm niejako „siłą rozpędu” utrzyma u nas dominującą rolę w życiu społecznym, że wszystko będzie dalej gładko szło: rozentuzjazmowane tłumy, jak gromadziły się wokół „naszego papieża”, tak teraz będą obdarzały miłością swoich arcypasterzy? A tymczasem wraz z wolnością polityczną przyszły zmiany kulturowe – pluralizm, laicyzacja, kryzys tradycyjnej pobożności ludowej. Trzeba było zakasać rękawy i wziąć się do roboty: rozeznać nową sytuację, szukać nowych form działania, postawić na edukację i formację młodych księży, zapraszać do udziału świeckich. A personel Kościoła oglądał się cały czas na papieża w Rzymie…

Zamiast wielkiej odnowy duszpasterskiej przyjęto postawę „od pielgrzymki do pielgrzymki”. A papież był schorowany, coraz słabszy. Mówił podobno: „Ja tej waszej Polski już nie rozumiem”. Kiedy szykował się do kolejnej pielgrzymki (w końcu objechał chyba wszystkie polskie diecezje?) i przyjeżdżali do niego biskupi, prosił: „powiedzcie, co mam mówić waszym wiernym?”. „Ojciec Święty sam wie najlepiej” – usłyszał raz szczerą odpowiedź. Sam więc zgłaszał pomysły, nie zawsze fortunne – na przykład ten, by reaktywować przedwojenną Akcję Katolicką. Co z tego wyszło? A rady parafialne – zalecane przez Sobór Watykański II – nigdy nie zostały u nas naprawdę wprowadzone w życie. Księża nie chcą stworzyć świeckim pola działania i odpowiedzialności, nie chcą wypuścić z rąk władzy nad praktycznym organizowaniem parafialnego życia. Kiedyś zostaną z pustymi rękami.

Inny przykład zaniechania to katechizacja. Powrót religii do szkół, urzeczywistniony przez rząd Tadeusza Mazowieckiego w roku 1990 jako akt sprawiedliwości, został potraktowany jako powrót do status quo ante. Ale społeczeństwo było już zupełnie inne niż w dwudziestoleciu międzywojennym, zmieniła się diametralnie rola rodziny; okazało się w praktyce, że nauczanie religii w szkole, nawet gdy jest dobrze prowadzone, ma niepokonalny brak: nie wprowadza młodzieży w liturgię i życie parafii. Mówiło o tym wielu mądrych katechetów, teologów i hierarchów (bp Czaja, kard. Nycz), był konkretny pomysł, by jedną z dwóch godzin nauki religii w tygodniu odbywać nie w szkole, lecz w kościele – i co? Nic. Czy można się dziwić, że kwiat polskiej młodzieży garnie się do marszów niepodległości pod hasłem „My chcemy Boga”, wykrzykując jednocześnie „Wielka Polska katolicka” i „Nie chcemy uchodźców”?…

Dlatego uważam, że dla uratowania chrześcijaństwa w Polsce nie wystarczy gromki, taki czy inny, list episkopatu. Nie wystarczy – o co prosi ojciec Ludwik – żeby biskupi „wkroczyli na publiczną arenę”. Potrzebna jest wielka praca u podstaw.

„Dobra zmiana” prędzej czy później przeminie, bo władcy zawsze przemijają. Ustrój prawny państwa da się jakoś naprawić. Ale stan umysłów i postaw moralnych, zepsuty populistyczną propagandą podszywającą się pod chrześcijaństwo, będzie nam ciążył długie lata. Może to nieunikniona lekcja pokory dla nas, Polaków, którzyśmy nie umieli docenić i należycie wykorzystać czasu wielkiego pokojowego zwycięstwa nad komunizmem i daru wolności?