Andrzej Zoll przywraca konserwatyzmowi jego właściwe oblicze, zawłaszczone przez populistyczne partie rzekomo odwołujące się do konserwatywnego światopoglądu, w istocie zniekształcające go i proponujące jego deformację.

W książce „Od dyktatury do demokracji. I z powrotem. Autobiograficzna rozmowa o współczesnej Polsce” prof. Andrzej Zoll mówi Markowi Bartosikowi o walce o prawa fundamentalne niezależnie od zmieniających się okoliczności.

Wyrażone w tej rozmowie oceny winny skłonić nas do przemyślenia naszego rzekomego przywiązania do wartości chrześcijańskich, praw człowieka, demokracji, czy wreszcie „europejskości” – rozumianej jako konstrukt określonych przekonań i sposobów postępowania, lecz także jako poszanowanie spuścizny pokoleń oraz czerpanie nauki z najtragiczniejszych wydarzeń historii (który to aspekt europejskiej integracji prof. Zoll wyraźnie podkreśla).

Prof. Zoll ze smutkiem odsłania polskie wady i zaniedbania nie po to, by ganić, ale by ocalić prawdziwe wartości wynikające z naszego dziedzictwa, a zdobyte i obronione choćby podczas solidarnościowego zrywu. Jest krytyczny wobec siebie – już we wprowadzeniu przyznaje, że wydawało mu się, „że w takim państwie [mowa o III RP u kresu transformacji ustrojowej] wystarczy już tylko „podlewać kwiatki”. To znaczy udoskonalać mechanizmy, dbać o bezpieczeństwo zewnętrzne, a spokojna praca, sensowna organizacja wspólnego wysiłku i poszanowanie praw jednostki doprowadzą kraj do grona najbogatszych i najszczęśliwszych”. Świadomość własnego uśpienia czyni ukazane w książce świadectwo autentycznym i przekonywającym.

Marek Bartosik prowadzi rozmowę przez trzysta stron, porusza zarówno wątki autobiograficzne, jak i sprawy o wymiarze uniwersalnym, pytając o oceny polityczne, społeczne, historyczne; pyta o państwo i prawo, a nawet wiarę.

Warto stopniowo wybierać poszczególne rozdziały do lektury. Mnie szczególnie ujęły dzieje rodziny opowiedziane w rozdziale I trzeciej części, ale też osobiste losy powojenne profesora opowiedziane w rozdziale II czy studenckie swawole wspomniane w rozdziale VI. Natomiast opowiadane w wielu miejscach szerzej nieznane sprawy (np. kulisy wyboru Lecha Kaczyńskiego na ministra sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka czy wspomnienie dylematów związanych z orzekaniem o konstytucyjności części ustaw składających się na plan Balcerowicza) mogą być nie lada gratką dla czytelnika zainteresowanego szczegółową historią polskich przemian. Z tej perspektywy ciekawe będą też wątki dotyczące Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej czy niuanse mozolnego i trudnego (o czym często zapominamy) procesu budowy III RP jako demokratycznego państwa prawa (w tym w szczególności nadzieje i obawy, jakie wiązały się z kolejnymi wyborami Polaków, o których mowa w rozdziale IV).

Kluczem do opisu rozmowy z profesorem Zollem jest godność człowieka

 Jednakże wśród wielu poruszonych tematów (czasem odnosi się wrażenie, że jest ich nawet za wiele jak na jedną książkę, i do części przynajmniej – mam nadzieję – jej bohater powróci i poszerzy udzielone odpowiedzi w odrębnych miejscach), postanowiłem odnieść się do jednego, przenikającego w zasadzie całą książkę. Kluczem do opisu rozmowy z profesorem Zollem jest godność człowieka. Z uznaniem tejże godności za najwyższą wartość w organizacji państwa, prawa i społeczeństwa korespondują także służebna wobec człowieka rola prawa (nigdy odwrotnie) oraz podkreślanie roli etosu prawnika – inteligenta, który niezależnie od pełnionych funkcji (nauczyciela, sędziego, rzecznika praw obywatelskich, działacza społecznego, politycznego czy nauczyciela akademickiego) stoi na straży głęboko humanistycznego wymiaru prawa. Jak stwierdza prof. Zoll: „Czuję się człowiekiem, którego zadaniem jest chronienie konstytucji, pokazywanie politykom żółtej kartki, gdy przekraczają reguły państwa prawnego. Czerwoną, niestety nie dysponuję”.

Ten podstawowy paradygmat prawa rozumianego jako nośnik określonych wartości, którym służy „prawnik – humanista”, a nie tylko sprawny „prawnik – rzemieślnik” (by przywołać znane porównanie użyte przez prof. Jerzego Zajadło), zdaje się być źródłem postaw i poglądów wobec działań rządzących, polityków, politycznego uwikłania części hierarchów Kościoła, wreszcie poglądów opinii publicznej. Szczególnie w kontekście wyrażonej w książce krytyki obecnej władzy, co godne odnotowania, Andrzej Zoll podkreśla przywiązanie do wartości konserwatywnych (szczególnie rozdział I książki), podobnie jak Adam Strzembosz czy Aleksander Hall (obydwaj wspomniani przez prof. Zolla). Niesie to obecnie dodatkową wartość. Przywraca konserwatyzmowi jego właściwe oblicze, zawłaszczone przez populistyczne partie rzekomo odwołujące się do konserwatywnego światopoglądu, w istocie zniekształcające go i proponujące jego deformację. Dość w tym miejscu wspomnieć smutną konstatację prof. Zolla, że dla obecnie rządzącej partii „godność człowieka nie jest wartością naczelną. To dlatego z taką łatwością przychodzi jej ograniczanie praw obywatelskich, dlatego tak nonszalancko odnosi się na przykład do pomocy imigrantom”.

Troska o ochronę praw jednostki wyraża się najpełniej w poglądach Zolla jako profesora – karnisty. W rozdziale „W gąszczu wartości” przypomina on: „trudno mówić, że powieszenie, rozstrzelanie, otrucie czy posadzenie kogoś na krześle elektrycznym to kara. To raczej eufemizm. Bo to nie jest kara, lecz likwidacja człowieka, to jest zabójstwo, które ubieramy w pozory wymiaru sprawiedliwości. Kara powinna coś zmieniać w człowieku. Egzekucja nie jest załatwieniem sprawy”. I dalej: „śmierć nie jest karą. To tylko zlikwidowanie problemu”. Jak odniosą się do tych słów, jeśli w ogóle, wszyscy piewcy kary zabijania w majestacie prawa, którzy raz po raz raczą nas pomysłami na populistyczne deformacje prawa karnego?

Godność każdego człowieka jest nadto argumentem rozstrzygającym w sporze o kształt regulacji dotyczących aborcji, w którym prof. Zoll konsekwentnie i z odwagą zajmuje stanowisko personalistyczne: „Bo jeżeli będziemy prowadzili selekcję osób, którym z różnych powodów – społecznych, eugenicznych czy kryminalnych na przykład – dajemy prawo do życia albo do ochrony przez normy prawne, to zabrniemy w ślepy zaułek” – stwierdza. W innym miejscu przypomni oczywistość, że zgodnie z Konstytucją RP „»Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka jest źródłem wszelkich wolności i praw«. Czyli w Polsce, jeżeli godność jest w konflikcie z jakimś dobrem, to musi ono ustąpić”.

Andrzej Zoll, Marek Bartosik, „Od dyktatury do demokracji. I z powrotem. Autobiograficzna rozmowa o współczesnej Polsce”

Andrzej Zoll, Marek Bartosik, „Od dyktatury do demokracji. I z powrotem. Autobiograficzna rozmowa o współczesnej Polsce”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018

Wreszcie, wydaje się, że to właśnie z perspektywy rzeczywistej troski o ochronę praw człowieka prof. Zoll formułuje przestrogi przed totalitarną formą rządów, ponieważ „w totalitaryzmie prawo jest traktowane wyłącznie jako instrument sprawowania władzy. A prawo powinno mieć inną podstawową funkcję: ograniczanie władzy”. Jak to się stało, że z „państwa prawa w budowie” przeszliśmy tak szybko do „państwa prawa w ruinie”? Czego, poza brakiem prawdziwej edukacji obywatelskiej młodych pokoleń, zabrakło? Jaką winą za obecny stan rzeczy można i należy obarczyć negatywne skutki transformacji i nieprawidłowości funkcjonowania demokracji liberalnej nad Wisłą? Czy Polacy są niejako in gremio immunizowani na demokrację liberalną czy też raczej brakuje nam po prostu doświadczenia i przyswojenia sobie jej mechanizmów? Czy rzeczywiście, jak stwierdza prof. Zoll, „wartości państwa demokratycznego przestały ludzi interesować”? Sądzę, że z pewnością wielu rodaków uwiodły populistyczne hasła, przekonujące, że da się urzeczywistnić prawdziwe wartości za pomocą niemoralnej polityki. A może po prostu brakuje kogoś, kto obnażałby populistyczne sztuczki? Może właśnie dlatego lektura recenzowanej książki winna przypaść w udziale w równej mierze krytykom, jak i  zwolennikom „dobrej zmiany”?

I chociaż wydane ostatnio publikacje, których bohaterowie upominają się o imponderabilia, przypominają obecnie początek biblijnej walki Dawida z Goliatem (profesor walczy słowem i argumentami wobec całego aparatu władzy wykonawczej), to wiemy przecież (może czasem zapominamy), kto w niej ostatecznie zwyciężył. Nie inaczej przecież było kilkadziesiąt lat temu, podczas obrad Okrągłego Stołu: „Rozmawialiśmy z władzą. Domagaliśmy się konkretnych rozwiązań, stawialiśmy warunki, szukaliśmy kompromisów. Dyskutowaliśmy o demokracji, prawach człowieka. Jak niemal dziesięć lat wcześniej robotnicy Gdańska, Szczecina, Jastrzębia. Tyle że za nami nie było strajkujących milionów ludzi. Przetrąceni stanem wojennym, stali w kolejkach po zwyczajną kiełbasę i najzwyklejszy papier toaletowy. (…) Nieliczne protesty nie potrafiły ludzi zjednoczyć, porwać. Władza z kolei musiała przyznać, że na takich zasadach, jak dotąd, nie jest w stanie rządzi. Zaczął się pasjonujący dla mnie proces budowy państwa, w którym decydującą rolę odgrywa prawo, Monteskiusz wygrywa ze Stalinem i nie wola władzy, ale prawo staje się gwarantem obywatelskich praw i wolności”.

„W totalitaryzmie prawo jest traktowane wyłącznie jako instrument sprawowania władzy. A prawo powinno mieć inną podstawową funkcję: ograniczanie władzy”

Najgłębsza nadzieja płynąca z lektury tej książki opiera się zatem na tym, że każda władza, która rości sobie pretensje do wszechwładzy nad ludzką jednostką, prędzej czy później obraca się w pył. Nie dzięki argumentowi siły, ale poprzez siłę argumentów. Także dzięki jednostkom – często znajdującym się w mniejszości – które poświęcają się w imię słusznej sprawy, zmieniając bieg historii.

Andrzej Zoll w końcowych zdaniach podkreśla: „Oby nie okazało się, że demokrację przespaliśmy, bo pozwoliliśmy, żeby jej mechanizmy stały się fasadowe. I tu jest miejsce na odrobinę mojego optymizmu. Potrzebujemy tego pisowskiego wstrząsu, aby demokrację nie tylko obronić, lecz także docenić. Ja nie bronię tylko demokracji, ale tak naprawdę swojej drogi od totalitaryzmu do demokracji, czyli sensu swojego życia”. Co ma zrobić czytelnik, zapewne nieco zdezorientowany w gąszczu opinii i propozycji? Wydaje mi się, że książka jest także swego rodzaju zobowiązaniem. Konfrontuje nas z rzeczywistością, bo może nie do końca chcemy wierzyć, że lwia część polskiego społeczeństwa pozostaje obojętna, jeśli nie wroga, wobec demokracji i wynikających z niej wartości. Lub też po prostu nie chce najzwyczajniej w świecie myśleć o długofalowych skutkach wprowadzanych doraźnie rozwiązań, łudząc się, że demokracja obroni się sama.

I jeszcze jedno. W rozdziale czwartym prof. Zoll zastanawia się, co ma powiedzieć studentom o konstytucyjnych podstawach prawa karnego, w sytuacji, gdy wszystkie one są kwestionowane przez rządzących. Przyznam szczerze, że podczas prowadzonych przeze mnie zajęć z prawa karnego sam miewam podobne dylematy. Co gorsza, z moich obserwacji wynika, że systematycznie z roku na rok młodsze pokolenia adeptów prawa są bardziej radykalne, a wielu studentów (sic!) bez zażenowania podziela hasła populizmu penalnego, a nawet podejmuje się ich obrony, co jeszcze ledwie kilka lat temu należało do absolutnych wyjątków. Na szczęście, gdy zaczynamy ze sobą rozmawiać, absurdy populizmu zostają zdemaskowane, a młodzi chętnie sięgają po wartościowe treści. Dzięki prof. Zollowi otrzymałem kolejną – po wywiadzie Stanisława Zakroczymskiego z prof. Adamem Strzemboszem – książkę, która może, i powinna mieć, przełożenie na edukację współczesnych prawników. Odpowiada ona na pytanie, w jaki sposób mówić o potrzebie ochrony najważniejszych wartości i dlatego w największym stopniu jest potrzebna tym, którzy szukają prawdziwych autorytetów, wymagających i mówiących nawet niepopularną prawdę.