Wbrew powszechnej opinii obciążającej przede wszystkim europejskich biurokratów, to głównie rządy narodowe kreślą perspektywy rozwoju na forum Rady Europejskiej.

Z dużym zainteresowaniem przeczytałem tekst, w którym Agnieszka Magdziak-Miszewska polemizuje z dokumentem Niemieckiej Komisji Justitia et Pax. Odnosi się on do wielu ważnych zagadnień, a zarazem jest bardzo symptomatyczny dla problemów, o których tu dyskutujemy.

Nieco przejaskrawiając, autorka konkluduje, że brukselskie elity porzuciły autentyczne nauczanie o Europie – czyli idee ojców integracji europejskiej – i teraz należy starać się przede wszystkim o ich nawrócenie. Choć nie da się zaprzeczyć, że w brukselskiej „bańce” można zauważyć wiele negatywnych zjawisk, nie mogę się pozbyć przekonania, że w omawianym tekście mamy do czynienia przynajmniej z częściową projekcją, która bardziej zaciemnia niż rozjaśnia problem.

Wbrew powszechnej opinii, że decyzje bez udziału społeczeństw podejmują przede wszystkim europejscy biurokraci, to głównie rządy narodowe kreślą strategiczne perspektywy rozwoju na forum Rady Europejskiej. Choć w ostatnich dziesięcioleciach rola Komisji bardzo wzrosła, to musi ona współdziałać z Radą, a w coraz większym stopniu również z Parlamentem Europejskim.

Słynne „wartości europejskie” trzeba przede wszystkim przekonująco realizować, a nie głosić jak z ambony

Przypisywanie sobie pozytywnych efektów współpracy europejskiej i obarczanie winą za trudne problemy „Brukseli” jest częścią ulubionej gry rządów narodowych. Choć spostrzeżenia na temat niepokojących tendencji w obrębie brukselskich elit są w zupełności słuszne, to czy sytuacja na szczeblu państw narodowych wygląda lepiej? Pomyślmy choćby o Warsaw Gate, jak w Niemczech nazywamy aferę podsłuchową za rządów Platformy Obywatelskiej… Czy nie mamy tutaj do czynienia z problemem bardziej generalnym, o charakterze ogólnoeuropejskim? Próby odnoszenia go wyłącznie do Brukseli przy pomijaniu podwójnej gry narodowych elit politycznych byłyby ucieczką od odpowiedzi na to ważne pytanie.

To prawda, że bez silniejszej integracji elit społecznych, politycznych, a także gospodarczych nie ma szans na zacieśnianie więzi w Europie w sposób akceptowalny dla społeczeństw, a tym samym i trwały. Skoro jednak społeczeństwa coraz mniej chętnie słuchają starej, rozbrzmiewającej już od dziesiątków lat pieśni ojców założycieli, to czy wystarczy, że będziemy ją śpiewać po prostu głośniej?

Nie, chodzi o to, aby razem z ludźmi i społeczeństwami znajdować przekonujące odpowiedzi na współczesne wyzwania. „Ustrój normatywny” okaże się koniec końców równie nieprzekonujący co „ustrój polityczno-biurokratyczny”. Słynne „wartości europejskie” trzeba przede wszystkim urzeczywistniać w sposób przekonujący, a nie głosić jak z ambony.

Ważnym punktem odniesienia mogą się tu stać konstruktywne doświadczenia poprzednich dziesięcioleci. Pojęciem-kluczem jest przekonywanie w sensie ponownego uzasadniania oraz interpretacji, która przynajmniej częściowo nadaje rzeczom sens. Poszczególne społeczeństwa narodowe nie mogą jej dokonać wyłącznie na własny użytek; wtedy ugrzęźlibyśmy w koleinach dawnych stereotypów i wzajemnych oskarżeń za doprowadzenie do obecnej sytuacji. Zamiast stać się przestrzenią wspólnego działania, Europa pozostałaby polem dokonywania projekcji.

W swoim tekście Agnieszka Magdziak-Miszewska polemizuje z pojęciem „społeczeństwa europejskiego”. A przecież to tu właśnie kryje się sedno sprawy. Pozostańmy przy obrazie wspólnego europejskiego domu: z różnych względów obdarzyliśmy administrację (Komisję Europejską) bardzo dużym zakresem uprawnień. Przez długi czas taki system się sprawdzał. Teraz jednak administracja niekiedy zachowuje się tak, jak gdyby to ona była właścicielem domu. Mieszkańcom o największych wpływach za bardzo to nie przeszkadza, bo mogą oni wyartykułować swoje interesy w dwustronnych rozmowach z administracją. Jednak większości lokatorów taka sytuacja coraz bardziej uprzykrza życie. Tym, czego im brakuje, jest zdecydowanie wzmocnienie roli zgromadzenia mieszkańców, którzy poprzez dialog i solidarną wymianę doświadczeń mogliby osiągnąć porozumienie w sprawach dotyczących dobra ogółu, a zarazem określić reguły działania administracji. Za problem odpowiada zatem nie tylko administracja, ale i lokatorzy, którzy w swojej bierności i wygodnictwie zrezygnowali z podejmowania decyzji w istotnych sprawach – bo po prostu łatwiej jest komuś, kto zamiast wciąż zmagać się z trudnymi wyzwaniami, może ponarzekać, iż ktoś inny robi to źle.

Bez zbudowania społeczeństwa europejskiego nie będziemy w stanie przerwać szkodliwej gry Europą

Bez bardziej intensywnej wymiany między społeczeństwami Europy nie będziemy w stanie sformułować zadowalających, czyli długofalowych odpowiedzi politycznych na współczesne wyzwania. Bez niej nie będziemy zapewne w stanie porozumieć się nawet co do tego, przed jakimi wyzwaniami stoimy. Bez zbudowania społeczeństwa europejskiego przez tworzenie ściślejszej sieci dialogu i współpracy w naszych narodowych kontekstach raczej nie będziemy w stanie przerwać szkodliwej i nieuczciwej podwójnej gry Europą, która wciąż dostarcza nowej amunicji populistom. Ponadto prawdopodobnie nie wytworzymy również ciśnienia niezbędnego do powstania nowej kultury elit.

Oczywiście idea społeczeństwa europejskiego nie może opierać się na wizji homogeniczności kulturowej czy też zastąpienia narracji narodowych jedną narracją europejską. Nie, celem jest jedność w różnorodności, połączona z konstruktywnym ścieraniem się różnic. Likwidacja różnorodności kulturowej oznaczałaby zniszczenie jednego z fundamentalnych źródeł, z których Europa czerpie energię. Jednak z kolei ucieczka od konfrontowania naszych złożonych odniesień narodowych i kulturowych w praktycznym dialogu prowadzić będzie do ich zawężania, a tym samym wyrządzi im szkodę.

Tożsamość kształtuje się w relacjach z innymi. To od nas zależy, czy na dźwięk pojęcia „tożsamość” nasze serca będą się kurczyć jak skóra na mrozie, czy też otwierać na wielkość człowieczeństwa. Sposób kształtowania przez nas wzajemnych relacji zadecyduje o tym, czy w przyszłości będziemy zdolni do wspólnego działania oraz do utworzenia społeczeństwa europejskiego, które będzie zasługiwało na tę nazwę. Nie ma wątpliwości, że proces ten będzie trudny, żmudny i pełen konfliktów. Mimo to już najwyższy czas, by porzucić błogi spokój naszych narodowych kokonów, dążyć do dialogu otwartego na wiele perspektyw i przestać pozostawiać ideę europejską anonimowym eurokratom.

Tłum. Kamil Markiewicz