Uważam, że jedną z przyczyn obojętności na problem uchodźców jest fakt, że nie mamy już osobistego doświadczenia wojny. „Śmierć wrogom ojczyzny” może niechybnie stać się własną śmiercią. Nie daj, Boże, by była nam potrzebna wojna, aby to zrozumieć.

Swoją młodość przeżyłem w PRL-u. Pamiętam, że styczeń i luty każdego roku naznaczony był wspominaniem kolejnych rocznic „wyzwolenia” Polski spod okupacji niemieckiej: od 17 stycznia – Warszawa, po 14 lutego – Zielona Góra, gdzie mieszkam. Nikt nie mówił wówczas, że jedna okupacja ustąpiła miejsca drugiej, a Sowieci zajęli miejsce Niemców. Nikt też nie mówił zbyt głośno o tym, co działo się Niemcami, którzy uciekali przed Sowietami albo stali się ofiarami tzw. dzikich wypędzeń, co stało się z ludnością cywilną, która nie zdążyła uciec, o Polakach, którzy po przejściu frontu zasiedlali opustoszałe wsie i miasta, o gonionych do Rzeszy ostatnich więźniach obozów. Trudno sobie nam wyobrazić, co działo się w pierwszych miesiącach 1945 roku na drogach tzw. Ziem Odzyskanych. Jak pisze Beata Halicka, „Zbliżający się do Odry front wprawił w ruch miliony ludzi i błędem byłoby sądzić, że dotyczyło to tylko Niemców. Oprócz […] polskich i rosyjskich robotników przymusowych w drogę udali się także więźniowie obozów pracy i obozów koncentracyjnych”. O tej gehennie ucieczki i przesiedlenia chciałbym dzisiaj przypomnieć.

Nie wpaść w ręce Rosjan

Pierwsi – jeszcze w styczniu 1945 r. – w tym korowodzie śmierci szli więźniowie z ewakuowanych obozów koncentracyjnych. „Był to pożałowania godny pochód złożony z wózków i taczek, przeciskający się wśród samochodów ciężarowych, kolumn wozów i uciekających chłopów, angielskich, francuskich, rosyjskich i żydowskich więźniów, dozorowanych przez żołnierzy SS. Żydzi przyszli aż z Auschwitz i szli, powłócząc odmrożonymi, owiniętymi w szmaty stopami. Kto się załamywał, zostawał zastrzelony i porzucony po drodze. Ale wszystkich nagliła jedna myśl: oby dalej na zachód i oby nie wpaść w ręce Rosjan” – wspominał mieszkaniec Nowego Bytomia na Śląsku, przez który ciągnęły się marsze wycieńczonych więźniów.

Potem przyszła kolej na uciekających przed radzieckim frontem Niemców. Jeden z czerwonoarmistów tak wspomina krajobraz początku 1945 r.: „Przemierzyliśmy kilkanaście miast, setki wsi – wszędzie ten sam obraz. Każdą drogą ciągną grupy Niemców, niemieckich kobiet, dzieci, mężczyzn, prowadzący wózki z jakimś dobytkiem, który schwycili w ostatnim momencie. W większości przypadków dobytek ten musieli wyrzucić albo zostawić w domach, w których jeszcze przed paroma godzinami spokojnie sobie żyli, nie przeczuwając, że fala wojny zaleje ich również, w wierze, że ta wojna to taki wypad w obce kraje, siejący spustoszenie wśród innych narodów, przynoszący cierpienie kobietom i dzieciom dowolnej narodowości poza niemiecką”. Podobno w niektórych poniemieckich domach stały jeszcze na stołach talerze z ciepłą zupą. Uciekać trzeba było nagle i w pośpiechu.

Niestety, nie wszyscy zdołali przed Sowietami uciec. Ich przyjście oznaczało grabież i gwałt. Wielu powodowanych strachem przed Armią Czerwoną wybierało śmierć. Inni popełniali samobójstwo, nie chcąc żyć w zhańbieniu. W Lęborku na Pomorzu jednej nocy 600 osób wybrało śmierć, a we wsi Dębica koło Elbląga 62 osoby zażyły truciznę, powiesiły, utopiły się w jeziorze albo kazały się zastrzelić leśniczemu. Wiele kobiet popełniało samobójstwo, aby uniknąć wielokrotnych gwałtów. Ale nie tylko zgwałcone kobiety odbierały sobie życie. Pastor Georg Gottwald z Zielonej Góry pisze w liście z 15 czerwca 1949 r.: „Jak straszne były to okrucieństwa, może unaocznić fakt, że z około 4 tys. pozostałych w Zielonej Górze mieszkańców w pierwszych czternastu dniach [po wkroczeniu Armii Czerwonej] 500 popełniło samobójstwo (były to całe rodziny, mężczyźni, kobiety, dzieci), między innymi lekarze, wysoko postawieni urzędnicy sądowi, fabrykanci i zamożni mieszkańcy”. Śmierć wydawała się lepsza niż zdanie się na pastwę Armii Czerwonej, której obecność oznaczała gwałt, grabieże, podpalenia.

Nienawiść i pamięć

Kiedy już wygnano i wysiedlono prawie wszystkich Niemców, na tzw. Ziemie Odzyskane zaczęły przyjeżdżać pierwsze transporty polskich osadników. 13 maja 1945 roku pierwszy taki transport złożony z bydlęcych wagonów przybył do Głogowa. Jeden z pierwszych mieszkańców miasta wspomina: „[…] rodziny mieszkały w ruinach i piwnicach. Miasto nie posiadało wody, energii elektrycznej i gazu świetlnego. Ludzie mieszkający w nim prowadzili tryb życia po prostu pierwotny – potrawy przyrządzano na sztucznie zbudowanych paleniskach, wodę pobierano ze strumyków, a drzewo względnie węgiel odgrzebywano z zasypanych piwnic. Główną bazą żywnościową były ogródki obfitujące w soczyste owoce. Chleb nabywano w polskich wsiach, mięsa dostarczały zdziczałe króliki, mnożące się masowo w ruinach miasta. A jednak pozostałem tam – przepełniony wiarą w możliwość odbudowy tego miasta – pełnego kwiatów i zieleni”. Wojna się skończyła. Śmierć pomału ustępowała miejsca życiu.

Instruktorka oddziału medycznego Armii Czerwonej pisała: „Tyle nienawiści nagromadziło się w sercu! Dlaczego miałabym oszczędzić jego dziecko, skoro on zabił moje? Dlaczego miałabym oszczędzić jego matkę, skoro on powiesił moją?”

W tej zawierusze wojennej bardzo łatwo było o nienawiść – zwłaszcza przeciwko pozostałym czy uciekającym Niemcom. I niełatwo było jej się oprzeć. Ale nie znaczy, że było to niemożliwe. „W duszy wypełnionej przez nienawiść – wspominał jeden z przymusowych polskich robotników – mogłaby zrodzić się «Schadenfreude», że śmiertelny i odwieczny wróg zaczyna doznawać takiej samej doli, która dotąd była udziałem narodów napadniętych przez Niemców. Gdy jednak wpatrzyłem się w oczy umęczone ludzi zagnanych w matnię przez megalomańską politykę Hitlera, nie radość z niemieckiej niedoli, ale raczej litość wypełniała mi serce”.

I jeszcze jedno świadectwo, tym razem instruktorki oddziału medycznego Armii Czerwonej: „Tyle nienawiści nagromadziło się w sercu! Dlaczego miałabym oszczędzić jego dziecko, skoro on zabił moje? Dlaczego miałabym oszczędzić jego matkę, skoro on powiesił moją? Dlaczego miałabym nie tknąć jego domu, skoro on podpalił mój? Jak oni chcą spojrzeć nam w oczy? […] Wszystko to przeszło mi przez myśl i pomyślałam: Co ze mną będzie? Co będzie z naszymi żołnierzami? Będziemy to wszystko pamiętać. […] Wchodzimy do wsi. Wokół biegają dzieci, głodne, nieszczęśliwe. A ja, która przysięgłam, że ich wszystkich nienawidzę, oto ja zbieram po naszych chłopakach wszystko, co jeszcze mają, co im zostało z ich racji, każdą kostkę cukru, i daję to niemieckim dzieciom. Oczywiście, że niczego nie zapomniałam, pamiętam wszystko, ale patrzeć ze spokojem w głodne oczy dziecka nie mogłam”. Dobrze, że znajdowali się tacy, dla których najpierw jest się człowiekiem, potem dopiero Niemcem, Polakiem, Rosjaninem.

Niech żyje wojna?

W orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy papież Franciszek napisał: „W pierwszych latach mojego pontyfikatu wielokrotnie wyrażałem szczególny niepokój z powodu smutnej sytuacji wielu imigrantów i uchodźców uciekających od wojny, prześladowań, klęsk żywiołowych i ubóstwa”. Ta kolejność jest nieprzypadkowa. Wojna i prześladowania pozostają wciąż najpoważniejszym powodem migracji, uchodźctwa i ucieczek. Dzięki rozwojowi technologii i ogólnemu bogaceniu się świata, z klęskami żywiołowymi i ubóstwem radzimy sobie coraz lepiej. Ale z nienawiścią radzimy sobie wciąż tak samo źle. Stąd ten naturalny odruch wynikający z troski o własne życie, z konieczności przetrwania: migracja spowodowana wojną, politycznymi prześladowaniami, zagrożeniem utraty życia z powodu wewnętrznego bądź zewnętrznego nieprzyjaciela. Jeśli nie można mu się skutecznie przeciwstawić, przed wrogiem, który niesie śmierć, trzeba uchodzić, ratując przede wszystkim najsłabszych: kobiety, dzieci, starców, chorych.

Wielu z nas „nie wierzy” w żadnych uchodźców

Tej migracji już nie znamy, nie z własnego doświadczenia. Tych, którzy pamiętają wojnę, jest wśród nas coraz mniej: tych, co wiedzą, co to znaczy uciekać przed frontem, zostać wygnanym z własnego domu, z politycznego przymusu zostać przesiedlonym. Nie z chęci, ale z konieczności. Dorastają pokolenia, dla których takie wyrażenia jak „pożoga wojenna” znane są – i dzięki Bogu! – wyłącznie z literatury, filmu, kina, ewentualnie przekazanych opowieści. Nie, nie wiemy, co to wojna – owa „rzeź”, jak o wojnie pisał Tadeusz Różewicz. I nie wiemy już, jak się przed taką rzezią ucieka. Właśnie dlatego przywołałem świadectwa ludzi, którzy takich migracji z konieczności doświadczyli. Nie są to świadectwa ze współczesnych wojen toczących się wciąż na Bliskim Wschodzie. Mam bowiem wrażenie, że tym świadectwom nie zaufalibyśmy. Oceny tego, co się tam dzieje, a także ocena wywołanej tamtymi wojnami migracji dzielą nas wszystkich. Wielu z nas „nie wierzy” w żadnych uchodźców.

Pomyślałem więc, że nie będę nikogo przekonywał ani do tego, kto jest współczesnym uchodźcą wojennym, ani do ich przyjmowania. Uważam, że jedną z przyczyn obojętności na problem uchodźców jest fakt, że nie mamy już osobistego doświadczenia wojny. Nie znamy już tego strachu w oczach, tego lęku przed wrogiem, który gwałci, grabi, zabija. Może dlatego wciąż niektórzy gotowi są krzyczeć „Niech żyje wojna!”, bo nie znają jej śmiercionośnego potencjału, który nie omija nikogo i ostatecznie nie ma względu na narodowość. A „śmierć wrogom ojczyzny” może niechybnie stać się własną śmiercią. Nie daj, Boże, by była nam potrzebna wojna, aby to zrozumieć.

W obu przytoczonych powyżej świadectwach, osoby, które zmagały się wewnętrznie z rodzącą się w ich sercach nienawiścią do Niemców, mówiły o oczach, o oczach umęczonych ludzi i głodnych dzieci. Oboje dostrzegli w tych oczach to, co najbardziej ludzkie, bo niezależne od narodowości, wyznania, miejsca na barykadzie czy od tego, po której stronie frontu się stoi. Dostrzegli nędzę ludzkiego żywota. Jest coś tragicznego w tym, że niektórych takiego spojrzenia uczy dopiero wojna. A może jest inaczej? Może zdolni do takiego spojrzenia w czasie wojny są jedynie ci, co i w czasach pokoju potrafią przekroczyć granice, które dzielą ludzi – granice koloru skóry, religii, języka przynależności państwowej i rozpoznać to, co łączy, a nie to, co dzieli, a więc wspólne nam wszystkim człowieczeństwo? Może nas dzielić wszystko, ale łączyć nas będzie zawsze jedno – conditio humana. Odbierając komuś prawo do bycia człowiekiem, odbieramy je ostatecznie samym sobie.

Korzystałem z książki B. Halickiej, „Polski Dziki Zachód. Przymusowe migracje i kulturowe oswajanie Nadodrza 1945-1948”, Kraków: Univeristas 2015.