Jak słyszę w Polsce, że imigrantów nakręca Soros, to pytam się, kto będzie jechał dobrowolnie przez piekło Libii? Nie wierzę, że ci ludzie nie muszą uciekać – mówi siostra Fides Kalka, nazaretanka pracująca z migrantami na Sycylii. 

Marta Titaniec: Powiedziała Siostra, że jako Polka wolałaby pracować w Polsce z uchodźcami. Dlaczego zatem wyjechała Siostra do Włoch i co Siostra tam robi?

– Do naszego Zgromadzenia zwrócono się z prośbą o pomoc w pracy z migrantami na terenie Sycylii w ramach projektu „Migranti” prowadzonego przez Międzynarodową Unię Wyższych Przełożonych Zakonnych. Zgłosiłam się. Przez pięć miesięcy przychodziłam do ośrodka bezpośredniego przyjmowania migrantów w okolicy Agrigento. Uczyłam chłopców z Afryki subsaharyjskiej pisać i czytać, bo bez tej umiejętności skazani są na kolejną formę wykluczenia. Obecnie m.in. uczę migrantów języka włoskiego w parafii pw. Piusa X w Caltanissetta, w sercu Sycylii. W ostatnim czasie zapoznaję ich z przepisami ruchu drogowego i przerabiamy wspólnie podręcznik. Zdobycie prawa jazdy jest jednym z warunków szansy na pracę dla wielu migrantów. Czuję, że jestem na swoim miejscu, tu mam większą przestrzeń, żeby pomagać tym ludziom. Ta praca łączy mnie również z Polska, bo Polacy też byli migrantami, szukali swojego miejsca. Tak samo jest z tymi ludźmi. Chciałabym jednak pracować w swoim kraju z uchodźcami, uczyć ich języka, kultury, historii, przygotowywać do zawodu. Myślę, że prędzej czy później takie ośrodki powstaną w Polsce. Jako Polka powinnam pracować w Polsce, bo Polska potrzebuje teraz więcej świadomości na temat migracji niż Włosi.

Na czym polega praca w parafii?

– W parafii od 23 lat proboszczem jest Don Alessandro Giambra, który wprowadza w czyn ekstremalną gościnność. Najpierw dał mieszkanie siostrom, które pracują z uchodźcami. Przyjmuje wszystkich. Ludzie przytulają się do parafii, znajdują dach nad głową, bo często mieszkają pod mostami, nielegalnie albo w kilkanaście osób wynajmują jeden pokój. Proboszcz powiedział „chcecie się modlić, to się módlcie”. Parafia liczy 1500 osób, są cztery msze w niedziele, w tym jedna dla Nigeryjczyków po angielsku i kościół jest pełen. Nikt tu nie pyta, kto jest katolikiem. Wszyscy się modlą, słuchają kazań. Tu się realizuje zjednoczenie chrześcijan. Na msze przychodzą też muzułmanie. Do salek parafialnych przychodzą uczyć się muzułmanie z Pakistanu, Afganistanu, Bangladeszu, Nigerii, Afryki subsaharyjskiej. Vera, nasza współsiostra z Indii, organizuje im jedzenie, odzież, koce, namioty, bo wielu śpi pod mostami, a teraz jest zimno. Dostają też kamizelki odblaskowe do poruszania się po zmroku brzegiem drogi, bo nie ma chodników. Tutaj realizuje się prawdziwa integracja, ludzie przychodzą, rozmawiają, otrzymują pomoc medyczną, bo nie mają ubezpieczenia medycznego, trwa przygotowanie do sakramentów… Dzięki proboszczowi cała parafia jest zaangażowana w pomoc migrantom.

Jakie jest zadanie proboszcza?

– Ksiądz proboszcz stworzył przestrzeń. Jest przede wszystkim gościnny. Wita się ze wszystkimi, sprawdza czy się odbywają zajęcia, zna wszystkich po imieniu. Nie mówi, co ludzie mają przynieść albo zrobić. Nie nakazuje przyjmowania migrantów. Oczkiem w głowie proboszcza jest stołówka dla bezdomnych, do której przychodzą wszyscy – i biedni mieszkańcy, i uchodźcy. Teraz organizujemy dla nich wigilie, których będzie z siedem, bo wszyscy się nie zmieszczą. Proboszcz sam usługuje biednym. Od proboszczów w Polsce nie wymagajmy niczego więcej prócz prawdziwej, szczerej gościnności, która wymaga przede wszystkim obecności, poświęcenia czasu ludziom oraz wysiłku organizacyjnego włączania świeckich. Kapłani powinni też sami zaangażować się w pomoc. Chciałabym, żeby proboszcz, który chce przyjąć uchodźców, angażował się osobiście. Jeśli sprowadzimy wszystko do struktur i zatrudnionych ludzi, to nie jest to gościnność. To jest przyjmowanie bez integrowania i jeszcze bardziej szkodzi. Pierwsza rzecz to gościnność, a ona nie zakłada tylko pytania o to, dlaczego tu jesteś i postawienia miski z jedzeniem na stół. To coś głębszego. To obecność. Wtedy można mówić, że zaczyna się integracja. 

Dlaczego integracja jest ważna? Siostra bardzo często wraca do tego słowa w swoich wypowiedziach.

– Chodzi o to, by nie tworzyć grup ludzi wykluczonych. Jeżeli nie ma integracji, to będą getta, jak możemy to zobaczyć w krajach Zachodu. A tam, gdzie są getta, tam są problemy i agresja. Ci ludzie czują się naznaczeni, napiętnowani, bo nie znają języka, bo mają akcent, bo nie mają papierów, bo są nielegalnie. Integracja jest ważna, by ci ludzie nie czuli się wykluczeni, bo inaczej będą wrogo nastawieni jedni przeciw drugim. Musi być wymiana. Ci, co dają, też otrzymują, ci co otrzymują, też dają. Jedynym warunkiem jest wymiana, przenikanie się wartości w obydwie strony. Oni też mają nam coś do zaoferowania, ale my tego nie widzimy, pakując ich do ośrodków w lesie, daleko od miasta. Jeśli będą daleko, tym bardziej nie będą się integrować.

Co oni mogą nam dać?

– Pytam chłopaka z Mali, co jest dla niego najważniejsze. Odpowiedział, że rodzina. Z kimkolwiek rozmawiam z tych chłopaków, najważniejsza jest rodzina. Pytają mnie, ile mam dzieci, sióstr, braci. Są zszokowani, że tylko jednego brata. Oni nie wyobrażają sobie małej rodziny. Pytają, co robiłam kiedyś. Kiedy mówię, że zajmowałam się dziećmi, którymi się nikt nie interesował, są w szoku, że istnieją takie dzieci. Nie rozumieją, jak można się rozwieść, jak można zostawić dziecko. Niektórzy nie dowierzali, jak słyszeli w Afryce, że w Europie są małżeństwa, które nie mają dzieci. Oni kochają rodzinę. Pokazują nam, że rodzina jest wartością. Europa będzie taka, jacy będą tu ludzie. Przychodzą muzułmanie, a oni kochają dzieci. Pokazują nam wartość rodziny, świętowania, dzielenia się. Lubią biesiadować, jeść, gotować. Oni od nas mogą się z kolei uczyć dokładności w pracy, bo pracują byle jak, nie są dokładni, mają inne poczucie estetyki. Mogą się uczyć odpowiedzialności za czas. Bo u nich czas jest rozciągnięty. Nie ma zegarków. Ale trzeba chcieć i się otworzyć.

Jak Siostra opisałaby tych ludzi którzy przypływają z Afryki?

– Od razu widzę, kto przeszedł przez piekło Libii. Są strasznie przybici, upokorzeni więzieniem, torturowaniem, są odzierani ze skóry, siedzą w klatkach, są przykuwani łańcuchami jak niewolnicy. Nikt dobrowolnie tu nie przyjechał, ale został zmuszony sytuacją. Jeden chłopak, adwokat, był pięć razy sprzedawany. Gratuluję im, że udaje im się przejść przez Libię. Całym sercem ich popieram. Jak słyszę w Polsce, że nakręca ich Soros, to pytam się, kto będzie jechał dobrowolnie przez piekło Libii, jeśli nie ma motywacji. Są zdesperowani. To co się dzieje w Afryce, jest straszne, aktualnie trwa tam 40 konfliktów. Nie wierzę, że ci ludzie nie muszą uciekać. Opowiadają o prześladowaniach przez Boko Haram, o wojnach plemiennych, trudnej sytuacji ekonomicznej, gdzie małe dzieci pracują w kopalniach wolframu albo kopią doły za dolara dziennie… Są rozczarowani korupcją, brakiem rządów, chaosem. Dowiedzieli się od członków swoich rodzin, że pracują, że mają mieszkanie, że nikt im nie grozi. Pierwsza bym wsiadła do pontonu, nawet gdybym nie umiała pływać. Ziemia należy do wszystkich, jestem przekonana że spokojny skrawek ziemi należy się wszystkim bez wyjątku.

Jak reagują na Europę?

– Wiedzą, że w Europie muszą się dobrze zachowywać. Jak chłopak przychodzi na lekcję z rękoma w kieszeniach, to go inni upominają: „Pamiętaj, że jesteś w Europie, musisz się zachowywać, mieć maniery”. Często mi mówią: „Siostro, mi nikt tam nie powiedział, że się nie chodzi z rękami w kieszeni”. Sami się pouczają i wychowują. Większość jest niepiśmienna. Chłopcy nie chodzili do szkoły, nie znają nawet liter. Po kilku tygodniach wielka radość, bo mogą coś odczytać. Chwalili się jeden przez drugiego, że potrafią przeczytać napisy na T-shirtach. Jedzenie im nie smakuje, bo codziennie jedzą makaron. Chudną w oczach. Nie mają apetytu. Jeden mówi – to nie są smaki mojego kraju. Chłopcy mówią, że się cieszą, że tu są, chociaż strasznie tęsknią, niektórzy nie wytrzymują i wracają. Jeden się dowiedział, że jego mama zmarła i poprosił o powrót. W niektórych jest duma, poczucie godności, nie są nachalni. Jestem tu sześć miesięcy i nie doświadczyłam żadnej przykrości, nawet palcem mnie nikt nie tknął. Wobec drugich sióstr też są mili i grzeczni. Będę stawać w ich obronie.

Czego się boimy?

– Panują wśród nas stereotypy. Ci, którzy podróżują, mają szersze spojrzenie, są bardziej otwarci, ale przeciętny Polak boi się. Ludzie boją się odmienności, narosłych wyobrażeń – czarni przyniosą nam choroby, okradną. Zdarzyło mi się zostawić dwa razy komórkę, chłopaki przynieśli mi. Zapytałam, dlaczego oddali. Bo jesteśmy muzułmanami, usłyszałam.

Skąd się biorą lęki?

– Z nieznajomości, z braku więzi, z odgradzania się. Kto nie podróżuje, jest bardziej na nie narażony i będzie się posługiwał wyobrażeniami. Wszelkie mosty, przyjaźnie, znajomości powodują, że te lęki zanikają. Bo się okazuje, że są to tacy sami ludzie jak i my, mają te same potrzeby, tęsknoty, marzenia. Jeśli jest się zamkniętym, człowiek jest skazany na swoje własne wyobrażenia i zaściankowość. Widzę też dużą odpowiedzialność mediów, które kształtują obraz, a my stamtąd czerpiemy swoje informacje. Jednocześnie Polacy są strasznie niedoinformowani. Nie wyjaśnia się kontekstu sytuacji, puszcza w obieg informacje bez wyjaśnienia.

Jaki najsmutniejszy obraz ma Siostra przed oczami?

– Mam kilka, ale najsmutniejszy, kiedy wchodzą do autokaru, wywoływani numerami. Stoi kobieta z dużymi, szarymi kopertami, gdzie wypisane są miejscowości, do których jadą uchodźcy… Katania, Bari, Roma… Wyczytuje się numer, właściwa osoba idzie ze swoim tobołkiem albo zielonym plecakiem otrzymanym na Lampedusie, albo ma tylko reklamówkę z ręcznikiem. Pamiętam, jak jednemu chłopakowi rozerwała się reklamówka, zbierał rzeczy w biegu. Niektórzy mają łzy w oczach. Pytałam, czy wiedzą, dokąd jadą. Nie wiedzą, ale byleby jechać, mówią. Nie wiedzą, gdzie są przenoszeni. Do środka autokaru nic nie mogą wziąć, wszystko zostaje w bagażniku, a do Rzymu jedzie się ok. 20 godzin. Wyjeżdżają nagle, często też nawet nie możemy się pożegnać. Przemieszczani są z jednego ośrodka do drugiego. Są numerami, płaczą, nie mogą się o nic zapytać z powodu nieznajomości języka. Jak w obozie, bo obóz to nie miejsce materialne, to sposób traktowania.

A jakiś wzruszający moment?

– Abubakar, jeden chłopiec, którego uczyłam włoskiego, który nigdy wcześniej nie chodził do szkoły, podbiega przed wejściem do autokaru i daje mi coś do ręki. Był to mały krokodyl wyrzeźbiony w drewnie. Pytam, jak to zrobił, bo mają tylko plastikowe noże. Pokazuje mi ręce pocięte żyletką, bo go wyrzeźbił żyletkami z maszynki do golenia. To jest symbol mojego kraju, mówi, bo jestem z Mali.

Ma siostra tego krokodylka?

– Mam.

Siostra uważa, że w pracy z uchodźcami brakuje dawnych wzorców – wychowania przez pracę. Co to znaczy?

– W ośrodkach jest dużo agresji, która wynika z nudów: śpią, jedzą i bawią się telefonami komórkowymi. Oni nic nie mają do pracy. Są to strefy „no go”, nikt tam z zewnątrz nie może wejść, oprócz personelu. W ośrodku, gdzie jest 3500 osób, jest 800 osób personelu. Wszystko podaje się im gotowe. A ci chłopcy nie mają wzorców. Nikt od nich nie wymagał. Jak się z nimi jest, oni miękną. Jak się z wspólnie pracuje, sprząta, jak się im pokaże, razem się robi, nie niszczą tego. Praca nadaje im godność, sprawia, że czują się przydatni, a nie że są wykorzystywani za kilka euro. Praca w sensie daru, promocji społecznej, a nie kary. Wśród nich są również ludzie zdolni, a niewykorzystany potencjał obraca się przeciwko społeczeństwu, które ich przyjmuje. Większość z nich chce pracować. Oszczędzają nawet te 13 euro, jakie dostają na miesiąc, by wysyłać rodzinom. Kolejna sprawa – nie ma programów integracyjnych. Upycha się ich do ośrodków, gdzie czekają wiele miesięcy na dokumenty albo na wydalenie. Jak się osobie nie pozwoli zapoznać z kulturą, językiem, nauką zawodu, to nie ma integracji.

Jaki jest klucz do integracji?

– Jeden chłopak, muzułmanin zapytał, kim dla mnie jest Bóg. Opowiedziałam mu wtedy o św. Maksymilianie Kolbem, który oddał życie za drugiego, który był dla niego obrazem Boga. Po dwóch dniach, chłopak biegnie za mną i krzyczy „ja też bym tak chciał jak Maksymilian”. Z tymi chłopakami da się rozmawiać i trzeba rozmawiać i to jest jedyna droga do integracji.

Nie boi się Siostra pracy z migrantami?

– Jak tu jechałam, wszyscy wysyłali mnie jak na wojnę, dawali obrazki i różańce. A tu jest spokojniej niż na ulicy w Warszawie. Jak się czegoś nie zna, to się człowiek boi. W Polsce brakuje rzeczowej informacji i wiedzy. Nic więcej. Sycylijczycy są bardzo gościnni. Parafia jest pełna ludzi. Jest wiele życzliwości na ulicy. Jeden rybak na targu poinformował mnie: „Niech siostra kupuje małe ryby, w dużych można znaleźć fragmenty ludzkich ciał”. Sycylia kojarzy się z pięknymi plażami, a zapominamy, że Morze Śródziemne jest wielkim cmentarzyskiem dla 30 tys. osób, którzy wybrali się po lepszą przyszłość.

Projekt Unii Wyższych Przełożonych Zakonnych „Migranti” zakłada prymat obecności przed działaniem, słuchania i towarzyszenia przed aktywnością. Więcej o projekcie