W dyskusji o uchodźcach zapominamy, że oni są ludźmi takimi jak my. Ale nie tylko: zapominamy sami być ludźmi.

Temat pomocy uchodźcom (osobom uciekającym przed wojną lub prześladowaniami) lub tym, którzy są zmuszeni do emigracji z innych przyczyn, budzi wielkie emocje. Wśród ludzi, którzy przybyli i przybywają do Europy, są tacy, którzy uciekają przed wojną lub prześladowaniami, tacy, których do migracji zmusza głód (co oznacza groźbę nie tyle niedożywienia, co śmierci głodowej), są też ludzie, którzy szukają perspektyw lub poprawy warunków życiowych. Nasze zobowiązania wobec nich są – z oczywistych powodów – różne. Niemniej rozróżnienie na bezpośrednie ofiary wojny i emigrantów ekonomicznych jest zbyt upraszczające. Podobnie jak przeciwstawianie sobie pomocy na miejscu i pomocy przybyszom.

Według raportu UNHCR w roku 2016 na świecie było 65,5 mln uchodźców i wypędzonych. Znaczna większość (40,3 mln) to tzw. osoby wewnętrznie przemieszczone, żyjące np. w obozach w Syrii. Osób, które opuściły swój kraj, było 22,5 mln, 2,8 mln poprosiło o azyl. KAI podawała dalej: „Najwięcej uchodźców, bo aż 2,9 mln, przebywało w 2016 roku w Turcji, natomiast proporcjonalnie do liczby ludności najwięcej ludzi znalazło schronienie w niewielkim Libanie, gdzie co szósty mieszkaniec jest uchodźcą. Pakistan udzielił schronienia 1,4 mln osobom, Iran i Uganda – po milionie, Etiopia – prawie 800 tys., Jordania prawie 700 tys. 84 proc. uchodźców pochodzi z krajów rozwijających się”.

65,5 mln to blisko 9 proc. ludności Europy (743 mln). To są realia, od których nie można się odrywać.

Mnóstwo ludzi wcale nie chce opuszczać swojego kraju, kręgu kulturowego, rodzin i bliskich. Ci, którzy to zrobili, tęsknią. Mówią o tym jasno ci syryjscy uchodźcy, którzy zamieszkali w Polsce

Z pewnością nie jesteśmy w stanie przyjąć w Europie wszystkich uchodźców. Pomoc na miejscu jest absolutnie niezbędna, nie ma co do tego wątpliwości. Mnóstwo ludzi wcale nie chce opuszczać swojego kraju, swojego kręgu kulturowego, swoich rodzin i bliskich. Ci, którzy to zrobili, tęsknią. Mówią o tym jasno ci syryjscy uchodźcy, którzy zamieszkali w Polsce. Oni nie wyjeżdżają, bo chcą. Wyjeżdżają, bo czują się zmuszeni. Pomoc na miejscu to jednak przede wszystkim nie pomoc doraźna, a długofalowe zmiany, które usuną przyczyny emigracji. To znaczy: zakończenie wojen. Nawet ze szkodą dla ekonomicznych interesów państw Zachodu. To znaczy: pomoc rozwojowa, która pozwoli uniknąć kolejnych fal głodu. To znaczy: inwestycje w pomoc medyczną czyli zapewnienie dostępu do leków, diagnostyki, szpitali. To znaczy: zakończenie zarabiania na handlu bronią i ograbiania Afryki z bogactw naturalnych… Można tak długo. Rzecz w tym, że wszystkie te zmiany uderzyłyby nas po kieszeni. Dlatego będzie tak, jak jest. I to jest nasza odpowiedzialność. Także moralna.

Wracając do ludzi. Mamy tych, którzy uciekają przed wojną. Z miast do obozów na terenie Syrii. Wśród tych ludzi działa Polska Akcja Humanitarna. Warunki? Namioty, latryny, cysterny na wodę, pakiety żywnościowe, minimalna pomoc medyczna. I – niestety – ryzyko, że jeśli front się przesunie, znów trzeba będzie uciekać. Nie, proszę nie mieć złudzeń, żadna organizacja humanitarna tych tysięcy ludzi nie przewiezie. Będzie trzeba porzucić wszystko, czego nie da się unieść, i iść dalej. Do – być może – kolejnego obozu w kolejnym miejscu.

Być może do krajów sąsiednich. Z Syrii i Iraku do Turcji i Libanu. Statystyki są nieubłagane: tam uchodźców jest najwięcej. Lądują w obozach. Wynajętych mieszkaniach. Bomby nie lecą im już na głowę, ale żyją w całkowitym braku perspektyw. Całymi rodzinami. Perspektywą optymalną byłoby zakończenie wojny, ale… patrz punkt wyżej.

Owszem, konieczna jest pomoc na miejscu. Bez niej mielibyśmy masową śmierć z głodu, pragnienia i chorób oraz epidemie w rodzaju cholery. Owszem, konieczna jest pomoc medyczna. Doskonałym pomysłem, jednak doraźnym, są kliniki mobilne. Ale to nie wystarczy. Nie ma szans wystarczyć.

Owszem, czasem zapewne można przewieźć zespół ludzi, którzy wykonają zabieg czy serię zabiegów na miejscu, w jednym z lokalnych szpitali. To możliwe pod warunkiem, że leczenie jest jednoetapowe, nie wymaga szczególnej rehabilitacji ani na przykład szczególnych warunków. Chemioterapii u osoby przebywającej w obozie dla uchodźców sobie nie wyobrażam. Choćby z racji warunków higienicznych i dietetycznych. Naprawdę, nie wszystko da się zrobić na miejscu. I są takie sytuacje, które czekać nie mogą.

Kolejna grupa migrantów, to ludzie uciekający z Afryki. Są wśród nich tacy, którzy uciekają przed wojną. Niewiele wiemy o sytuacji w Afryce, ale Sudan Południowy być może nie jest nazwą obcą. Uchodźcy z Sudanu Południowego uciekają do Etiopii, podobnie jak ci z Erytrei i Somalii. Obozy w tym kraju, który jeszcze niedawno kojarzył się ze śmiercią głodową, są przepełnione, a warunki w nich są koszmarne. Włoska wspólnota Sant’Egidio zamierzała jakiś czas temu otworzyć korytarze humanitarne także dla ludzi z tego regionu. Korytarze humanitarne ratują najsłabszych. Tych, którzy sami sobie nie poradzą i tych, którzy czekać nie mogą. Bo oczywistym jest, że sprawę załatwi tylko rozwiązanie długofalowe… o którym już było.

Uważam, że należy jednakowo traktować ludzi, którzy uciekają przed wojną i głodem. Nie ma znaczenia, co zabija. Oni mają prawo żyć, a my obowiązek im pomóc. Bez zastanawiania się, czy nie za bardzo naruszy to naszą kieszeń. Nie w perspektywie 20-40 lat, bo ci ludzie umierają teraz i nie będą czekać. Każde wymigiwanie się z tego obowiązku jest skandalem.

Kolejne pytanie – o ludzi szukających perspektyw dla siebie i rodziny. Jaki jest ich punkt wyjścia i jakie szanse „u siebie”. Czy ci młodzi ludzie, którzy przybyli do Europy (niekoniecznie ciągnąc za sobą żonę, dzieci, starych rodziców), mają za plecami namiot, latrynę i zerowe szanse na pracę i wykształcenie dzieci, czy po prostu chcą żyć lepiej? Jeśli mielibyśmy ich odesłać to gdzie? Może zwyczajnie nie mają dokąd pójść, przynajmniej dopóki nie zmieni się sytuacja w ich kraju?

Po ludzku to niewyobrażalne – mam wrażenie, że w dyskusji o uchodźcach zapominamy, że oni są ludźmi takimi jak my. Ale nie tylko: zapominamy sami być ludźmi. Zasłaniamy się kategoriami ogólnymi, gubimy z oczu twarze. Ich człowieczeństwa pozbawić nie jesteśmy w stanie, ono jest chronione w Bogu. Pozbawiamy człowieczeństwa samych siebie.

Na koniec kwestia integracji. Po pierwsze, nie warto patrzeć na sytuację oczami mediów, które pokazują tylko część zjawiska. Ci zintegrowani nie są tematem. Są codziennością. Po drugie, pozwolę sobie zauważyć, że radykalizacja dotyczy kolejnego pokolenia. Nie tych, którzy wyemigrowali, a ich dzieci. Przybyłych do Europy w wieku lat kilku albo w niej urodzonych. Dzieci się nie zintegrowały? Dzieci integrują się najszybciej, jeśli im się na to pozwoli. Może zatem problem radykalizacji nie wiąże się z integracją tylko gniewem, szklanym sufitem, gorszymi perspektywami? Świata B, który nie może dogonić świata A? Warto się nad tym zastanowić, bo lekarstwo byłoby zupełnie inne. Warto się zastanowić także dlatego, że nie ma obowiązku kopiowania z Zachodu tego, co się nie sprawdziło.

Zamiast pytać o to, czy przyjąć uchodźców należałoby zapytać, kogo przyjąć i jak to zrobić. Jednocześnie prowadząc pomoc doraźną i jednocześnie zabiegając o rozwiązanie długofalowych problemów. Tylko takie postępowanie może być skuteczne. Tylko takie rozwiązanie będzie moralne. Tylko takie rozwiązanie jest dobre także dla nas.