Nie słyszymy o końcu świata, tak jakby temat był niepoważny, niewygodny czy sekciarski; tak jakbyśmy nie oczekiwali już powrotu Chrystusa w chwale, lecz zadomowili się w tym świecie na dobre.

Pierwsi chrześcijanie z radością czekali na koniec czasów, czy też – jak nazywa to teologia – na Paruzję Chrystusa. Nadziei na powrót Pana towarzyszyła modlitwa o to, aby stało się to jak najszybciej. Nadzieja ta dawała moc do życia w wierności Ewangelii, do nawracania się, składania świadectwa, nawet w formie męczeństwa. W Kościele pierwszych stuleci wiara w bliski powrót Zbawiciela stała w samym centrum życia i przepowiadania. Koniec tego świata – w rękach przychodzącego Zbawiciela – miał stać się początkiem powszechnego wskrzeszenia zmarłych, sprawiedliwego sądu nad panoszącym się w świecie złem, ostatecznie –początkiem nowego nieba i nowej ziemi. Eschatologia, nierozerwalnie powiązana z chrystologią i soteriologią, stanowiła najgłębsze centrum nauczania Kościoła, była motorem życia chrześcijan, źródłem nadziei i pocieszenia.

Współcześnie w chrześcijaństwie oczekiwanie na Paruzję raczej mocno ostygło. Koniec świata – jeśli już o tym myślimy – raczej przeraża nas, niż napawa nadzieją i radością. Któż dzisiaj modli się o szybki koniec świata i początek nowego nieba i nowej ziemi? Czynią tak raczej nieliczni i chyba rzadko są to wyznawcy Chrystusa. Dziś oczekiwanie na ten koniec i modlitwa o ten początek zdają się być najbardziej charakterystyczną cechą wyróżniającą mentalność „sekciarską”, nie zaś chrześcijańską dojrzałość. Przy tym zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy, że każdej niedzieli przyznajemy się do takiej „sekciarskiej” mentalności, wyznając w Credo naszą wiarę w Paruzję Chrystusa: „i powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych”. Jak wypowiadać te słowa, aby – zgodnie z wiarą Kościoła – były wyrazem naszej dojrzałości chrześcijańskiej? Jak wsłuchać się w nie, aby stały się motorem naszego życia i źródłem pociechy?

Przebudzenie eschatologii

By umieścić odpowiedź na te pytania we właściwej perspektywie, trzeba choćby krótko zadumać się nad zmiennymi dziejami chrześcijańskiej eschatologii. Pierwsza istotna przemiana w jej rozwoju zachodzi około IV w., kiedy to daje się zauważyć pewne „kostnienie” refleksji eschatologicznej. Zaczęła wtedy zanikać pełna dynamiki eschatologia oczekiwania bliskiego końca świata, która była charakterystyczna dla epoki apostolskiej i następującej bezpośrednio po niej. Zanikała już wtedy także nadzieja milenarystyczna (nastanie tysiącletniego panowania Chrystusa na ziemi), dość powszechna w Kościele od II do IV w.

Owe usztywnienie czy wyciszenie eschatologii wiązało się z dojściem do głosu nurtu eschatologii Nowego Testamentu obecnego przede wszystkim w Ewangelii św. Jana. Jest to eschatologia antycypowana, aktualizująca się w teraźniejszości poprzez Kościół, który już teraz niesie zbawienie i uczestniczy w wieczności. Zakończenie epoki prześladowań chrześcijan sprzyjało ufniejszemu spojrzeniu na rzeczywistość doczesną. Ówczesna reorientacja eschatologii była przede wszystkim dziełem św. Augustyna. W „O państwie Bożym” biskup Hippony odczytał ewangelijną bliskość królestwa Bożego jako realizująca się w widzialnym Kościele.

Proces przemianowania doczesności na erę eschatologiczną, dokonujący się w ramach eschatologii zrealizowanej, przy jednoczesnym nieokreślonym wydłużaniu się tej ery pozbawił eschatologię dynamiki. Znalazło to z czasem wyraz w średniowiecznym systematycznym ujęciu wiary w Paruzję i całej w ogóle eschatologii. Przez stulecia eschatologia zamknięta w ostatnim traktacie pt. „O rzeczach ostatecznych” wiodła żywot daleki od ziemi i spraw jej mieszkańców. Dość szybko zanikł również spokój jaki znamionowała augustyńska wizja eschatologii. Już w VI w. atmosfera oczekiwania bliskiego końca odżyła ponownie – lecz tym razem nie dostrzegano już w bliskiej Paruzji nadchodzącego odkupienia, wobec którego należy nabrać ducha i podnieść głowę (por. Łk 21, 28). Dzień Pański zaczął być postrzegany jako Dzień gniewu. Św. Grzegorz Wielki poczytywał za swój pasterski obowiązek jako biskupa Rzymu ostrzegać, że stan ówczesnego „świata nie tylko zapowiada jego koniec, ale bezpośrednio nań wskazuje”.

Koniec świata raczej przeraża nas, niż napawa nadzieją i radością

Radykalna odnowa eschatologii rozpoczęła się na przełomie XIX i XX w. w łonie Kościołów protestanckich, gdzie opracowano model tzw. eschatologii konsekwentnej, przypominający dynamiczny obraz eschatologii pierwszych wieków, skoncentrowanej wokół oczekiwania bliskiej Paruzji. Widziana z takiej perspektywy cała historia chrześcijaństwa jawiła się teologom protestanckim jako historia deeschatologizacji.

Współcześnie, także w nauce katolickiej eschatologia wyciągana jest z głębokiego cienia peryferii teologii i umieszczana w jej centrum, przy jednoczesnym koncentrowaniu jej wokół osoby Jezusa Chrystusa i podkreśleniu osobowego, a nie rzeczowego charakteru rzeczywistości ostatecznej. Akcentuje się w niej aspekt nadziei, ale też pierwociny eschatycznych darów, które j u ż w Kościele są obecne. Zauważa się dziś, że „ostateczne” to nie tyle ostatnie, co „absolutne”, absolutnie dokonane w Jezusie Chrystusie i przez to obecne już teraz w życiu Kościoła poprzez łaskę. Stąd uprawiana dziś eschatologia posiada cechy eschatologii zrealizowanej i tym samym przypomina jej obraz z czasów św. Augustyna.

Wydaje się jednak, że mocny akcent, jaki eschatologia zrealizowana kładzie na „już” dokonane zbawienie, na życie „już” w czasach ostatecznych, w jakiś sposób rozmywać pojęcie samych „czasów ostatecznych”. Albowiem – jeśli trwają one już prawie dwa tysiące lat, a więc dłużej niż cała przedchrześcijańska historia Izraela czekającego na Mesjasza przy końcu swoich dziejów, jeśli „czasy ostateczne” są tak długie, że w ich ramach pojawiają się i znikają całe narody i cywilizacje, to ich „ostateczność” nabiera charakteru dość abstrakcyjnego. W sensie potocznym niewiele już taka „ostateczność” znaczy, jest pustym pojęciem. Dla teologa dychotomia: „już i jeszcze nie” zbawienia jest zrozumiała; kwestia długości czasowego interludium pomiędzy zmartwychwstaniem Chrystusa a jego Paruzją nie jest istotna. Lecz zaakceptowanie przez „zwykłych” wierzących tego niełatwego rozumowania, domagającego się w gruncie rzeczy akceptacji paradoksu, który ogołaca pojęcie „czasy ostateczne” z podstawowego znaczenia, jest chyba niemożliwe.

„Przeddzień” Paruzji

Być może współczesna eschatologia katolicka nie musi przybierać wyłącznie formy zrealizowanej. Dwudziestowieczni ojcowie współczesnej teologii protestanckiej mówili o eschatologii (czy apokaliptyce) jako matce i początku teologii chrześcijańskiej. Jeśli nawet to stwierdzenie są przerysowane, to pozostaje faktem ogromna rola, jaką eschatologia może pełnić w życiu Kościoła. Czy istnieje więc jakaś via media pomiędzy stanowiskiem apokaliptycznym, operującym na wyraźnej osi czasowej, wyznaczającym kolejne fałszywe terminy Paruzji, wywodzone z fundamentalistycznie interpretowanej Biblii (przykładem są tu sekty), a eschatologią zrealizowaną, zbawieniem „już i jeszcze nie”, eschatologią bezpieczną od pułapek fundamentalistycznej apokaliptyki, ale poprzez swą aczasowość nie przemawiającą do wiernych, niezrozumiałą dla nich i nie ożywiającą ich nadziei? Być może drogę taką wyznaczyłby pewien kompromis między tymi stanowiskami.

Z pewnością „koniec świata”, teologicznie określany jako Paruzja Chrystusa, kiedyś nastąpi; nadejdzie kiedyś dzień czy rok, który będzie ostatni, bo następny nie będzie mieścił się w naszych kategoriach czasoprzestrzennych. Od strony Bożej będzie to wydarzenie przekraczające historię, transcendentne wobec niej, ale od strony ludzkiej – nawet jeśli sam „dzień” Paruzji będzie już poza historią – to jej „przeddzień” będzie jeszcze do historii należał. Można przyjąć, że niektórzy chrześcijanie generacji żyjącej w „przededniu” będą rozpoznawać znaki czasu dotyczące jej nastania. Jedni będą słusznie oczekiwali, że tym razem ona nastąpi, inni, nie mając przekonania, że to właśnie teraz, będą po prostu zachowywali czujność, a jeszcze inni będą żyli tak, jakby Pan się ociągał (Mt 24, 45 – 25, 13).

Jeżeli więc kiedyś nadejdzie należący jeszcze do naszego czasu „przeddzień” Paruzji, w którym będą istnieli ludzie umiejący odczytać znaki czasu świadczące o rychłym przyjściu Pana, i jeżeli wiemy, że ów „przeddzień” może nastąpić nawet jutro, to czy nie należy ponownie dowartościować elementu czasowego w chrześcijańskiej nauce o Paruzji? Czy historia hetero- i ortodoksyjnych ruchów i wstrząsów apokaliptycznych nie potwierdza tego, że „pociecha”, jaką zawiera artykuł wiary o Paruzji, wówczas nie jest ułudą i czymś wyzbytym z treści, gdy ma ona jakiś punkt oparcia w przeżywanej historii i gdy rozpatruje się współczesną sobie historię w aspekcie znaków zapowiadających Paruzję? Taka postawa czynnej gotowości jeszcze nie jest przecież „sekciarska”. Staje się nią dopiero wtedy, gdy absolutyzuje się swoją interpretację znaków czasu, podając mniej czy bardziej konkretne daty przyjścia, czy po prostu twierdząc z pewnością, że nastąpi ona za „mojego” pokolenia.

Z pewnością „koniec świata”, teologicznie określany jako Paruzja Chrystusa, kiedyś nastąpi

Patrząc na naszych „braci w sektach” (ks. Aalfons Skowronek), którzy dokonują takiej absolutyzacji, winniśmy też pamiętać, że niemal do czasów nam współczesnych odczytywanie paruzyjnych znaków czasu i tendencja do ich absolutyzowania były także dziełem ludzi Kościoła, i to wielu wybitnych postaci, najbardziej przejętych duszpasterską troską.

W starożytności błędy milenarystów (św. Justyn męczennik, św. Ireneusz z Lyonu i in.), wypatrujących nadejścia tysiącletniego królestwa Chrystusa, nie odbiegały w tym aspekcie daleko od błędów współczesnych „braci w sektach”. Podobnie Ojcom Kościoła nieobce były eschatologiczne chronologie oparte na siedmio-tysiącletnim tygodniu stworzenia czy wyliczanie zdarzeń, jakie będą miały miejsce przed i w czasie Paruzji (św. Augustyn, Hilary z Poitiers i in.). Jean Delumeau pisze, że przez całe średniowiecze Kościół medytował nad takim końcem ludzkich dziejów, jaki prorokowały liczne teksty apokaliptyczne. Np. św. Wincenty z Ferrary, wybitny XV-wieczny kaznodzieja, zwykł mówić o Sądzie Ostatecznym, że nadejdzie „rychło, niezwłocznie, już wkrótce”. Nauczanie kaznodziejów na przełomie średniowiecza i epoki nowożytnej o bliskim końcu świata było tak powszechne, że Sobór Laterański V zakazał im przepowiadania dokładnej daty nadejścia Antychrysta i Sądu Ostatecznego.

Należy więc chyba wyciągnąć z lekcji historii i lekcji, jaką dają dziś „sekty”, wniosek, że nadzieja na Paruzję, pojmowaną jako „ostateczne uzasadnienie i źródło pocieszenia dla chrześcijanina” (św. Augustyn), tylko wtedy przemawia i niesie pociechę, gdy żyje się nią nie inaczej jak w historii. Czas ma bowiem w chrześcijaństwie kluczowe znaczenie, jako że w nim rozgrywa się historia zbawienia mająca swój kres w Paruzji. „Czas w Jezusie Chrystusie stał się nawet wymiarem Boga” – jak pisze Jan Paweł II. Siła nadziei i pocieszenia, które wypełniają tajemnicę Paruzji, ożywają, gdy bada się współczesny sobie świat pod kątem znaków czasu. I w dzisiejszym świecie nie brak podstaw, by zawarte w Nowym Testamencie znaki zapowiadające Paruzję uznać za wypełniające się.

Aby takie życie Paruzją stało się ciałem, eschatologia najpierw musiałaby zająć właściwe sobie miejsce w teologii i w duszpasterstwie; powinna by z peryferii wrócić do centrum. Należy się to jej zgodnie z hierarchią prawd wiary, odróżniającą prawdy dotyczące celu od środków zbawienia. Prawda o Paruzji należy do tych pierwszych.

W ciągu ostatnich stuleci, przynajmniej od Soboru Trydenckiego do Watykańskiego II, wiele miejsca w nauce Magisterium Ecclesiae zajmował Kościół. Nie ujmując niczego ważności tematu, pojawia się myśl, czy siłą rzeczy nie działo się to kosztem zgłębiania innych tajemnic wiary, tych mniej „doczesnych”, jak Paruzja i cała eschatologia. Nie dziwi więc, że i w życiu Kościoła w Polsce i w naszej rodzimej teologii nauka o rzeczywistości ostatecznej nie wydaje się zajmować należnego jej miejsca. Rzadko jest obecna w kazaniach, gdzie trudno jest usłyszeć coś więcej o niebie czy piekle poza samym stwierdzeniem ich istnienia; nieobecne wydaje się nauczanie o Paruzji i wynikających z niej: sądzie, zmartwychwstaniu i odnowieniu świata. Nie słyszymy o końcu świata, tak jakby temat był niepoważny, niewygodny czy sekciarski; tak jakbyśmy nie oczekiwali już powrotu Chrystusa w chwale, lecz zadomowili się w tym świecie na dobre.

Kiedy Paruzja?

Przyglądając się dziejom przewidywania przyszłości od starożytności aż po lata dziewięćdziesiąte XX w. dochodzimy do nieodpartego wniosku, że rzeczywistość za każdym razem okazywała się zupełnie inna. Chyba jedyny wspólny mianownik wszystkich wróżb, prognoz i „proroctw” to fakt, iż okazywały się kompletnym niewypałem. Czy można więc przewidzieć tak nieporównywalne z niczym, właściwie już poza-historyczne, wydarzenie jak paruzja? Mimo tych wątpliwości pierwszym, niepokojącym pytaniem, jakie przez wieki nasuwało się zgłębiającym tajemnicę Paruzji było: kiedy ona nastąpi? W ciągu dwóch tysięcy lat, niemal nieprzerwanie, powtarzano, że to już teraz lub za chwilę Pan przyjdzie. Mimo wszystko nie nazwałbym tego historią niespełnionych proroctw, albowiem – jeśli zakotwiczenie nadziei w konkretnej dacie pomagało dojść do nawrócenia – tam proroctwo „się spełniło”.

Być może i naszemu nawróceniu mogą przysłużyć się jakieś historyczne ukonkretnienia naszej nadziei na Paruzję w postaci roztropnego rozważania znaków czasu, w którym żyjemy. Jednym z błędnych założeń dzisiejszej teologii, wymienianych przez deklarację „Dominus Iesus”, jest trudność w przyjęciu prawdy o wypełnianiu się wydarzeń eschatologicznych w historii. „Nie znamy czasu, kiedy ma zakończyć się ziemia i ludzkość” – poucza ostatni Sobór („Gaudium et spes”, 39), a Katechizm Kościoła Katolickiego dodaje: „Przyjście eschatologiczne może wypełnić się w każdej chwili” (nr 673).

Czas ma w chrześcijaństwie kluczowe znaczenie, jako że w nim rozgrywa się historia zbawienia

Pytając się: Kiedy paruzja? – musimy zwrócić się ku znakom (prodromom) ją zapowiadającym, które zawarte są w Nowym Testamencie. Nie znajdziemy tam jednak jednolitej i wyczerpującej ich listy. Z jednej strony czytamy w nim, że o tym Dniu nie wie nikt, tylko Bóg Ojciec, z drugiej jednak strony – że jego bliskość będzie w swoim czasie tak ewidentna, jak dojrzewanie owoców drzewa figowego (Mt 24, 32-36). Czy podane w Nowym Testamencie znaki bliskiej Paruzji są wskazówkami umożliwiającymi chronologiczne usytuowanie nadejścia Pana?

Współczesna egzegeza tekstów wymieniających znaki Paruzji wykazuje, że ich podstawowym przesłaniem jest wezwanie do czujności (Mk 13, 33-37; Mt 24, 42,44; 25, 1-13; Łk 12, 35-40; 21, 36). Ta czujność sama w sobie już jest elementem nawrócenia chrześcijanina. Metanoia jest przecież podstawowym zadaniem, jakie wobec przybliżonego Królestwa Bożego stanęło przed każdym wierzącym: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1,15 ). Jeśli w tej teologii znaków czasu ważna jest nie data przyszłej Paruzji, nie jakiś konkretny dzień, ale dzień dzisiejszy. Ważna jest dziś wyrażona egzystencjalna odpowiedź każdego wierzącego na wezwanie do opowiedzenia się za Chrystusem, ponieważ już żyjemy w „ostatniej godzinie” (1 J 2, 18). Apostołowie chyba nie przypuszczali, że czasy ostateczne, będące zwieńczeniem historii zbawienia, potrwają tak długo. Jak cała późna starożytność mieli poczucie, że świat mocno się postarzał. Rozciągłość „ostatniej godziny” może utrudniać nam zrozumienie ostateczności czasu chrześcijaństwa, może osłabiać czujność – bo jak tu trwać w postawie gotowości w przekonaniu, że „za pięć dwunasta” trwa dwa tysiąclecia.

Prodromy Paruzji, zawarte głównie w Ewangeliach synoptycznych i listach św. Pawła, zapowiadają nasilenie się zła i nieszczęść tuż przed jej nastaniem: wojny, głód, klęski żywiołowe, odstępstwa od wiary, zepsucie moralne, działanie sił antychrystusowych.

Znaki te znajdywały swoje wypełnienie w historii, chociaż nie w jakimś jednym jej momencie, ale stale, wiek za wiekiem! Zło i nieszczęścia obecne w życiu każdego kolejnego pokolenia zawsze przekraczały ludzkie wyobrażenia i wytrzymałość, wołając wielkim głosem do Boga o położenie im kresu – ostatecznie poprzez Paruzję. Kończące się stulecie w kwestii natężenia zła jest chyba nie do pobicia. Dziś dzięki mediom codziennie jesteśmy świadkami zgrozy, która woła o pomstę do nieba.

Czy istnieje coś, co może przybliżyć lub oddalić przyjście Pana? Jednym z prodromów, jakie wymienia Nowy Testament, ma być przyszłe uznanie Jezusa z Nazaretu za Mesjasza przez cały Izrael, (por. Rz 11, 26; Mt 23, 39). Katechizm Kościoła Katolickiego (nr 673n) wyjaśnia, że właśnie niewiara Izraela jest tym, co powstrzymuje Paruzję (por. 2 Tes 2, 6-7). Z drugiej strony w Drugim Liście św. Piotra (3, 11-12) czytamy o możliwości przyspieszenia Paruzji poprzez święte postępowanie i pobożność, przez nasze nawrócenie. Św. Cyprian twierdził, że także naszym oczekiwaniem możemy przyspieszyć powrót Chrystusa.

Iskra Paruzji

Czy świat przed Paruzją osiągnie stopień rozwoju bliski doskonałości, czy też stanie na skraju upadku? Współczesna teologia i teologiczna tradycja znają stanowiska popierające obie możliwości. Koncepcja pierwsza, „optymistyczna”, posiadała swoich zwolenników w Klemensie Rzymskim, Ireneuszu czy Leonie Wielkim. Według niej Wcielenie nastąpiło w momencie wybranym przez pedagogię Bożą na etapie dziejów, który stanowił pewne optimum działania mądrości Stwórcy. W podobnie szczytowym momencie rozwoju ludzkości, szczególnie moralnego, ma nastąpić Paruzja. Zwolennicy tej hipotezy, wyjaśniają, że chodzi nie tyle o ewolucjonizm historii zbawienia, co raczej o proces perfekcjonizmu moralnego czy proces dojrzewania świata ku takiemu momentowi, w którym „iskra Paruzji może tylko trysnąć z konieczności fizycznych i organicznych, między niebem a ludzkością” (Pierre Teilhard de Chardin). Obrońcy tej koncepcji dostrzegają jej potwierdzenie w perykopie Mateusza (13, 24-30.39) mówiącej o Paruzji jako żniwie, zebraniu tego, co dojrzałe. Na przedłużeniu tej koncepcji można dojrzeć wszystkie historyczne próby realizowania królestwa Bożego, czy też jego przedsionka na ziemi (milenaryzm, utopie, mesjanizmy świeckie). Na ich błędność zwraca uwagę Katechizm, ucząc, że przed przyjściem Chrystusa Kościół musi przejść ostateczną próbę, która zachwieje wiarą wierzących, próbę prześladowań i oszustwa religijnego (nr 676).

Druga koncepcja, „pesymistyczna”, zdaje się mieć więcej zwolenników i silniejsze podstawy biblijne. Wcielenie Chrystusa, pisał św. Augustyn, nastąpiło w momencie najgłębszego upadku ludzkości. Gdyby wtedy ono nie nastąpiło, to plan zbawienia mógłby nie zostać zrealizowany. W analogicznym momencie dziejów nastąpi Paruzja. Wskutek najgłębszego upadku dziejów ludzkich historia naturalna obumrze i zacznie się nowa, nadprzyrodzona. „To nie dziejowa dojrzałość poprzedza kres”konstatuje kard. Joseph Ratzinger. Wyraźnie nawiązuje do tej drugiej wizji Katechizm, przypominając, że przed przyjściem Pana Kościół musi przejść ostateczną próbę – prześladowania. „Królestwo nie wypełni się zatem przez historyczny triumf Kościoła […], ale przez zwycięstwo Boga nad rozpętaniem się i buntem zła” (nr 675-677).

Oczekiwać i modlić się o Paruzję to przyjąć postawę z gruntu chrześcijańską

Sądzę, że obie przedstawione koncepcje – „optymistyczna” i „pesymistyczna” – dadzą się ze sobą pojednać, i właśnie jako pojednane głębiej odpowiadają rzeczywistości tego świata, gdzie dążenie do doskonałości przeplata się z upadkami. Cytowana przez zwolenników modelu „optymistycznego” perykopa o wzroście zboża i chwastu aż do żniwa, czyli końca świata, nie mówi, że tylko zboże dojrzewa do żniwa: również chwasty osiągną swoją dojrzałość przy końcu świata, bez przeszkód rosnąc w ciągu wieków (por. Mt 13, 24-30).

Taki dwutorowy wzrost obydwu plonów potwierdza historia. Na jej przestrzeni – z jednej strony – dostrzegamy nieustanne pasmo nieszczęść, klęsk i wojen, które w ocenie niemal każdego kolejnego pokolenia miały znamiona apokaliptyczne. Z drugiej strony – przez wszystkie wieki, szybciej lub wolniej, trwał rozwój cywilizacji ludzkiej – techniki, medycyny, praw człowieka, kultury itd. Obydwa nurty były ze sobą nierozdzielnie splecione. Np. odkrycia medycyny czy fizyki bywały przecież dobrodziejstwem lub przekleństwem dla ludzkości; nie inaczej może być w bliskiej przyszłości ze skutkami odczytania pełnego ludzkiego genomu.

Można by powiedzieć – pozostając na poziomie nowotestamentalnej metaforyki – że przy wycinaniu chwastów szkód doznaje również zboże. Taka interpretacja perykopy Mt 13, 24-30.39, odnosząca się do zagadnienia znaków, zawierająca zarazem wezwanie do czujności i eschatologię antycypowaną, dobrze współbrzmi z całością nauki Nowego Testamentu o Paruzji, a także z całością historii apokaliptycznych oczekiwań na przestrzeni wieków, nadając im stosowną powagę i ważność, a nie tylko znamię niespełnionych nadziei.

W naszym stuleciu, idąc za myślą perykopy z Mateuszowej Ewangelii, wydaje się, że też mamy podstawy widzieć symptomy bliskiego „żniwa”: „dojrzałe zboże” i „dojrzały kąkol”. Nasz bez wątpienia wyjątkowy wiek przyniósł między innymi zjawisko „przemysłowego” i naukowego ludobójstwa (obozy koncentracyjne, aborcja) jak i upowszechnienie się praw osoby ludzkiej, rządów demokratycznych, rozwój nauki i medycyny, likwidujący w dużej mierze dziesiątkujące od stuleci ludzkość choroby, głód itd. Nasze stulecie wyróżnia się także eksplozją demograficzną i powstaniem cywilizacji czy mentalności przeciwnej życiu (aborcja, eksterminacja całych narodów). Po raz pierwszy w dziejach ziemi jej mieszkańcy stanęli przed realną możliwością zniszczenia na niej życia: bomba atomowa, katastrofa ekologiczna (bomba z opóźnionym zapłonem).

Rzeczywiście, w sercach ludzi naszego wieku budzi się zarazem „radość i nadzieja”, jak i „smutek i trwoga” („Gaudium et spes”, 1). Oczekiwanie przez chrześcijanina końca świata i bliskiej Paruzji teraz, na przełomie tysiącleci, nie będzie bynajmniej zajęciem postawy „sekciarskiej”, patologicznej socjologicznie czy psychologicznie, jeżeli tylko w centrum takiej eschatologicznej postawy nie będzie stała sprawa jakiejś „daty”, ale czujne oczekiwanie, które prowadzi do nawrócenia. Oczekiwać i modlić się dziś o Paruzję to przyjąć postawę z gruntu chrześcijańską, bliską postawie apostołów i zgodną z wolą Chrystusa.

 Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 12/2000 pod tytułem „Pociecha Paruzji”