Przez dwie godziny będziemy się wspinać na płaskowyż między Średnim a Wysokim Atlasem, by dotrzeć do Mideltu, gdzie w klasztorze malowanym ochrą żyją zakonnicy wywodzący swój znakomity ród z algierskiego Tibhirine.

Stewardesa krząta się cicho, a pilot zapowiada lądowanie w Fezie. Schodzimy. Potem krótkie kołowanie na betonowej płycie, slalom między fioletowymi koralikami świateł na odnodze pasa startowego i już: paszporty do kontroli, pieczęcie, walizy, barierki, grupki rodzinnych komitetów powitalnych i policja. Coś chyba niebezpiecznie przestawiło się w mojej pamięci pod wpływem książki Alexandra Pechmana Biblioteka utraconych książek, którą czytałem w samolocie, bo dziwię się, że tutejsze kobiety nie wyglądają jak autorka Frankensteina, subtelna Angielka Mary Shelley, która po przebyciu ospy występowała w czarnym woalu i z krótko obciętymi włosami. Subtelność – tak, ale żadnego woalu i długie, zadbane włosy tutejszych kobiet.

Natomiast ja, oswobodzony przed chwilą z karceru Ryanaira, poruszam się jak Frankenstein, co nie uchodzi uwadze czekających na mnie braci z Notre Dame de l’Atlas. Opuszczamy Fez, w którym ponad dwadzieścia lat temu odbywałem mój trapistowski nowicjat. U mnie wzruszenie, ze strony braci zaś niekończące się pytania o Aiguebelle. Ich inteligencja i dociekliwość ma wydusić ze mnie to jedno ważne wyznanie: tak, wiozę dla was butelkę naszego likieru.

Przez dwie godziny, przechodząc przez liczne kontrole posterunków lotnej żandarmerii, będziemy się wspinać na płaskowyż między Średnim a Wysokim Atlasem, by w okolicach mniszej godziny czytań, czyli przed trzecią nad ranem, dotrzeć do Mideltu, gdzie w klasztorze malowanym ochrą żyją zakonnicy wywodzący swój znakomity ród z algierskiego Tibhirine. Mieszkają tu, modlą się i pracują bracia: Hiszpan José-Luis, Portugalczyk Nuno, Anthony z Irlandii, Kanadyjczyk André, Francuz Antoine i Jean-Pierre Schumacher – jeden z dwóch mnichów ocalałych z nocnej napaści Islamskiej Grupy Zbrojnej na algierski klasztor trapistów w Tibhirine w marcu 1996 roku.

Ranek wita mnie śpiewem mnichów, nawoływaniem muezina i rykiem osiołka, który musi iść do pracy, ja nie muszę. Myszkuję najpierw w okolicach kuchni, zwabiony zapachem kminu: to jedno z trzech miejsc, do których bezbłędnie powinni trafić cysterscy mnisi w goszczącym ich klasztorze. Dwa pozostałe punkty w mistycznym Trójkącie Bermudzkim to kaplica i biblioteka. Jakoś nie wypada wołać „bingo!” przed tabernakulum z drzewa sandałowego, ale przecież i kaplicę odnalazłem, w której wisi tibhiriński krzyż, znany z filmu „Ludzie Boga”, a na modlitewnych pulpitach spoczywają wysłużone, ale wciąż używane, brewiarze mnichów męczenników: Christiana, Christopha, Brunona, Celestyna, Michela i Paula.

Mogę uważać się za starego doświadczonego cysterskiego wilczura, bo i zapach najszlachetniejszych z materialnych bytów – czyli książek – wychwyciłem bezbłędnie. Są! Szlachetnie urodzone, pieczołowicie przeniesione z Tibhirine tu, do Mideltu. Czy więc bez przyczyny uważam się za najszczęśliwszego człowieka w Afryce Północnej? Konkurować mógłby ze mną w szczęściu bodaj tylko wielki wezyr Persji Abdul Kassem Ismael, który zawsze zabierał ze sobą w podróż swój cenny księgozbiór – sto siedemnaście tysięcy odpowiednio zapakowanych tomów, które miał stale pod ręką, umieszczone na grzbietach czterystu wielbłądów, maszerujących w alfabetycznym porządku. Mówią, że dokądkolwiek przybył, czuł się jak w domu, bo były z nim jego książki.

Taki Hemingway wystarczyło, że rzucił okiem na wczesnego Mussoliniego i już go miał na widelcu

Oczywiście w monastycznej bibliotece próżno szukać regałów z powieścią szelmowską lub półek z książkami znanej pisarskiej braci. Nie dostali biletu wstępu na symboliczny wielbłądzi grzbiet: Byron, Charles Brockden Brown, Honoré de Balzac, Balaise Cendrars, James Fenimore Cooper. W środku i z tyłu karawany nie widać i nie słychać, żeby przytroczeni do siodła wędrowali: Thomas Mann, Herman Melville, Prosper Mérimée, Aleksander Puszkin, Safona czy Laurence Sterne. Szkoda, bo wzrok mieli ostry i umieli na swój sposób prorokować. Taki Hemingway niby tylko wdzięczny awanturnik, a wystarczyło, że rzucił okiem na wczesnego Mussoliniego i już go miał na widelcu, gdy inni rozważali „złożoność” tej operetkowej postaci. Notował: „Z ludźmi, którzy noszą czarne koszule i białe kamasze, jest coś nie tak”.

Te dotkliwe braki w literaturze pięknej są nam rekompensowane w mistrzowski sposób, bo na wysokości oczu kuszą nas tomy o Antychryście, który u Orygenesa wabi nas lingwistyczną magią, u Ireneusza z Lyonu namawia do stworzenia jakiejś smakowitej herezji, a w pismach Hipolita wciela się w sprytnego a bezwzględnego polityka. Wyżej tomy Jacques’a Paula Migne’a, dalej prawosławna duchowość z cienkim, ale pożywnym zeszytem medytacji Jana z Kronsztadu i pożądana przez mnichów seria patrystyczna „Source Chrétiennes”.

Próżno też szukać tu tomów oprawnych w wiśniowy kurdyban, grzbietów pyszniących się złoconymi ornamentami – wszystkie książki zadowalają się dość lichym przyodziewkiem w kolorach wypłowiałej zieleni lub przeleżałego śniegu ze zboczy Atlasu. Na wszystkich półkach panuje natomiast zakonny porządek i dyscyplina, nawet w zbiorze ksiąg świętych najstarszych religii świata – gdzie, bądź co bądź, ze względu na specyfikę miejsca królować powinna Biblia – przestrzegana jest reguła starszeństwa. To dobrze świadczy o kulturze czytelniczej mnichów, którzy wiedzą, że czas królowania Biblii jako „najstarszej znanej książki świata” skończył się 3 grudnia 1872 roku, gdy George Smith – po latach katorżniczej pracy przy rozszyfrowywaniu mezopotamskich glinianych tabliczek – ogłosił tekst o Gilgameszu, herosie, którego rysy, bez oglądania się na prawa autorskie, nosił jego dużo młodszy brat, nasz biblijny Noe.

Siedzę w bibliotece, bo tu ciepło, choć ognik gazowego piecyka przypomina raczej płomień gromnicy potrącony przez uchodzącą do nieba duszę: drży, omdlewa, faluje, przygasa. Reszta domu odnotowuje temperatury zbliżone do arktycznych – stąd pewnie ta uchodząca dusza – bo to przecież początek górskiego stycznia. Słowem: placówka dla twardzieli, prawdziwe niedźwiedzie mięso – jak mawiał Jack London.

Siedzę więc tak sobie w ciepłej kurcie, czapie i rękawicach i widocznie mam czas – bo siedzę i medytuję. Wszyscy górale świata wiedzą, że jak się nie ma czasu, to się tylko siedzi. Obok mnie regały. Wystarczy wyciągnąć rękę, wybrać tom, wejść z nim w siebie, jeszcze głębiej niż podszewka kurtki, skóra, mięśnie, szpik kostny, zatrzasnąć za sobą drzwi, by potem – wyskalowawszy na dowolnie wybranej stronie wzrok – czytać. Czytać w skupieniu i doznawać olśnień, bo wiadomo, że najprostsze rzeczy w oprawie słów dowolnego języka zaczynają nieziemsko lśnić i wabić.

Nie byłbym jednak mnichem, gdybym sobie tego lśnienia i łakomstwa wzroku nie posolił szczyptą dyscypliny, tak z prostego nawyku. Mądrze mówi zerkający na mnie z półki Gabriel Marcel, że „skupienie jest bez wątpienia tym, co w duszy najmniej spektakularne; nie polega na oglądaniu czegokolwiek, jest ożywieniem, przebudową wewnętrzną”. Dyscyplina dyscypliną, nakaz nakazem, a przecież nie chce się człowiekowi niczego w sobie zmieniać, zwłaszcza rozstawać się ze stereotypami. Nie chce mu się rozmawiać, dzielić czasem, przestrzenią, bogactwem, dowiadywać się o tego drugiego, podnieść się z zydelka i zaglądnąć do klasztornej kuchni, gdzie Baha od rana gotuje dla nas na parze kuskus.

Przebudowa wewnętrzna – brzmi podniośle, twardo, zalatuje trochę kaznodziejstwem. Zgoda, ale brzmi też szlachetnie, więc nie można odłożyć jej do lamusa, i to w świętej przestrzeni nasyconej tradycją Tibhirine, czyli głodem poznania miejsca i zamieszkujących to miejsce ludzi. Powiem na swoją obronę, że oczywiście pragnę poznania – brzmi to równie szlachetnie jak wewnętrzna przebudowa – ale Edyta Stein (dolna półka w kierunku na Mekkę) nie ma dla mnie litości:

Kto pragnie poznania, ten tęskni za jego posiadaniem i czuje się bez niego niedoskonałym. Lecz pragnienie może być też postawą, w której czeka się, by to upragnione przyszło samo. Nie sięga się po nie samodzielnie. Kto chce poznania w pełnym znaczeniu tego słowa, ten sam o nie zabiega. Jest zdecydowany czynić to, co go musi doprowadzić do jego posiadania, gdy zaś widzi środki i drogi, wówczas chcenie zamienia się w czyn. Zdecydowanie czynne, swobodne zaangażowanie własnej osoby odróżnia chcenie od zwykłego pragnienia. Miłość zaś dochodzi do pełnego rozwoju dopiero w posiadaniu.

Widzę „środki i drogi”! Bo oto podjeżdża klasztorne berlingo i górskie drogi prowadzą nas bezbłędnie do lepianki siostry Basi, franciszkanki, którą „Duży Format” przepytywał w nie tak odległych czasach, co franciszkanki robią w Maroku. A co robią? Basia-pielęgniarka ma lepiankę, berberyjski namiot, lekarstwa, stetoskop i duszę wielkiego formatu. Przychodzi wiosna – zamyka lepiankę, bierze namiot, bierze Chrystusa eucharystycznego w filcowym tabernakulum, które jest miniaturą pasterskiej torby na chleb i ser, i wędruje z nomadami i ich stadami: leczy, zwija i rozbija namiot; leczy, zwija, rozbija; idzie, ordynuje, każe połknąć (to nic, że gorzkie), mierzy ciśnienie, daje pigułę, zbija gorączkę. Jest ich, jest swoja, jej potrafią się zwierzyć.

I tak biblioteczny łańcuch zwierzeń, jakim są książki tutejszych mnichów, płynnie zaczepia się o ogniwa nieco chropowate berberyjskiej mowy. I zdaje się, a może wcale się nie zdaje, że oto powstają zaczątki jakiegoś tajemniczego mostu, którego nie życzą sobie terroryści i samozwańczy strażnicy ortodoksji oraz ciepłego zydelka – mostu, o którym marzył polski pontifex w 1985 r. na stadionie w Casablance, wypełnionym po brzegi marokańską młodzieżą.

Wyprawę w góry zorganizowaliśmy w Trzech Króli, trąci więc trochę Eliotem, podejrzewam nawet, że jego amerykański duch, po angielsku ogładzony i wypucowany, widocznie przywlókł się za nami do franciszkańskiej lepianki – bo z początku bardzo powściągliwie i grzecznie podskubujemy cudownie soczyste mięsko pieczonych kur, zaserwowane przez gospodynię zaraz po lepiankowej Eucharystii. Ale w końcu dzikość zwycięża i kuraki błyskawicznie zostają rozszarpane. Po chwili słychać już tylko chrupanie chrząstek, dyskretne wysysanie smakowitych szpików i pochwalne czknięcia biesiadników. Pijemy jeszcze herbatę i zbiera nam się na najdziwniejsze marzenia, bo po takim obiadku przydałoby się malutkie cygaro. Nawet 93-letni ojciec Jean-Pierre wyznaje (ku naszemu perfidnie przesadzonemu zdziwieniu), że w młodości uwielbiał palić kubański tytoń. Obiecujemy sobie uroczyście, że przy najbliższej podróży do Europy spróbujemy zdobyć dla niego choćby okrawek bosko sfermentowanych liści Fidela.

Wróciłem z górskiej biesiady do ciepłej biblioteki – no i proszę, myszkując w jej najdalszych zakamarkach, znalazłem coś, co z powodzeniem zastąpi epifanijną fajkę pokoju: confessiones dominikanina Saszy Rzewuskiego. W jednym tomie zebrane tu są i pogodzone ze sobą – na mocy jakiejś absolutnej amnestii, jak w wizji Julianny z Norwich – duchy osób o skrajnie przeciwnych poglądach, gustach, zajęciach i moralności. Kogo w tych memoriałach nie ma! Dolly Radziwiłł i Mikołaj II, księżna Roussy Mdivani, Cocteau, Misia Sert i Antek Marylski, Diagilew i Isadora Duncan, Maritain i Paweł VI.

Pocieszył mnie Rzewuski, że coś takiego jest możliwe. A poza tym, przecież biblioteki płoną, czasami tylko uda się je przenieść w bezpieczniejsze miejsce. Jak bibliotekę z Tibhirine do Mideltu. Książki to kruche i wrażliwe byty – jak to wszystko tu dokoła, jak fundamenty tutejszego klasztoru, jak każdy dialog, wyciągnięta ku drugiemu ręka. Pocieszył mnie Rzewuski, bo pomyślałem: a nawet jeśli to wszystko tu spłonie, to i tak książki wygrają, stopione, strawione, wymieszane i skompaktowane w bryły leciuchnego popiołu; staną się przestrzennym zobrazowaniem definicji kultury ukutej przez Adolfa Nowaczyńskiego, którą niejako z marszu, przez ramię, zapodał Józefowi Czapskiemu: „Kiedyś zaczepiłem go o to, że nie bardzo mogę zrozumieć czasem jego stanowiska, bo kocha i broni pojęć nieraz ze sobą sprzecznych. «No przecież, odpowiedział mi, na tym może polega kultura, że jest to stop wartości i pojęć nieraz ze sobą sprzecznych»”.

To jest fragment tekstu opublikowanego w kwartalniku „Więź”, wiosna 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, wiosna 2017

Okładka kwartalnika „Więź” (wiosna 2017).