Umarł Stanisław Terlecki. Miał zaledwie 62 lata. Być może największy talent w historii polskiej piłki nożnej, szybki, fenomenalnie dryblujący, szaleniec boiskowy. Lewonożny prawoskrzydłowy, a może odwrotnie, nieważne, był wspaniały. 

Grał m.in. w ŁKS-ie Łódź, „moim Ełkaesie”. To dla niego chodziłem z kolegami na stadion przy al. Unii, położony naprzeciwko dworca Łódź Kaliska. Piłkarz mojej młodości. Niestety jego kariera została złamana przez kontuzje i rzeczywistość minionego systemu, był bowiem niepokorny i bezkompromisowy.

Nigdy nie zagrał w finałach Mistrzostwach Świata. Przed rozgrywanymi w Argentynie doznał ciężkiej kontuzji, a dwa lata później został odsunięty od reprezentacji po słynnej aferze na Okęciu. Staszek wstawił się za bramkarzem Józefem Młynarczykiem, który dzień wcześniej nadużył alkoholu. Ukarano wtedy kilku piłkarzy, oprócz Staszka – Młynarczyka, co oczywiste, ale także Zbigniewa Bońka, Władysława Żmudę i Włodzimierza Smolarka (tego ostatniego w zawieszeniu, więc mógł dalej grać). Piłkarze złożyli samokrytykę, przeprosili i kary odwieszono, na mistrzostwa pojechali. Tylko hardy Terlecki nie pokajał się, karę dyskwalifikacji utrzymano więc w mocy, nie pojechał na zgrupowanie kadry i do reprezentacji już nigdy nie wrócił. Nie mógł nawet występować w państwach europejskich. Zabrał wtedy prywatny paszport i na wiele lat pojechał w świat, czyli do Stanów Zjednoczonych, i tam występował w słynnym, gwiazdorskim Kosmosie. Zarobił duże pieniądze, dały mu stabilizację.

Terlecki mówił po wielu latach nawiązując do wydarzeń na Okęciu, że rozumie kolegów, czemu tak postąpili, ale… „Myślę, że należały mi się przeprosiny. Do dzisiaj takich nie usłyszałem”.

Piłkarze w tamtych czasach unikali mikrofonów, jakby bali się powiedzieć coś od siebie. Dukali nieskładnie jakieś banały, zresztą dziennikarze nie ułatwiali im zadania, zawsze pytali, co dla nich znaczy ten orzełek na piersi i te barwy biało-czerwone. Taki podprogowy patriotyzm. A oni mówili, że jak widzą te barwy i jak słyszą tego Mazurka, to już o niczym więcej nie myślą tylko o Polsce. A przecież futbol to był ich sposób na życie, najczęściej edukację kończyli na maturach albo nawet wcześniej. Każdy, lepszy czy słabszy, chciał wyjechać, choćby do Belgii albo do Szwajcarii, a niechby nawet do Austrii, żeby tylko coś więcej zarobić na życie po zakończeniu tzw. kariery. Z biało-czerwonych barw nie wyżyliby, nie utrzymaliby rodzin.

Stanisław Terlecki pokazywał inny wizerunek piłkarza, przełamywał stereotypy, jakoby był to człowiek nadający się tylko do kopania piłki. W tamtym czasie pojawił się Widzewie, drugim łódzkim klubie, Zbigniew Boniek, reprezentujący także inną mentalność, nowoczesnego piłkarza, który chce zrobić światową karierę. I udało mu się, był sprytniejszy od Staszka i miał więcej szczęścia.

Ale na Terleckiego patrzyliśmy inaczej. Był oczytany, erudycyjny, wygadany, inteligentny, studiował historię na Uniwersytecie Łódzkim. W ankiecie tygodnika „Piłka nożna” – wspomina Piotr Mucharski – Terlecki odpowiedział na pytanie: „co Pan czyta”? Brzmiało to tak: „Zależnie od nastroju – »Ulissesa«, albo »Alicję w Krainie Czarów«”. Inni koledzy z boiska, wynikało z ankiety, czytali akurat „Chłopów” albo „Dziady”. Jeszcze zabawniejsze było, że zaatakował go za to ówczesny felietonista „PN” Krzysztof Mętrak zarzucając ośmieszanie literatury. Fascynujące: słynny i legendarny krytyk literacki, filmowy i poeta wykłóca się z piłkarzem o „Ulissesa” Joyce’a. Terlecki pasjami słuchał muzyki poważnej. Jeśli nawet był to młodzieńczy snobizm, to bardzo zdrowy. Nie ukrywał, że jest wierzący, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minionego wieku takie deklaracje nie dawały żadnych profitów.

Terlecki nie znosił tej peerelowskiej szarzyzny, był kwiatem, kolorowym ptakiem. Dlatego był lubiany. Ale nie wszyscy trenerzy i piłkarze za nim przepadali, dziennikarzy irytował, nie mówiąc już o kibicach innych drużyn. Był uznawany za zarozumiałego pyszałka. Klasyczna polska zawiść. Tymczasem on był po prostu mądrzejszy, był niezależny. Aktor Tomasz Lulek wspomina swoje studia w krakowskiej szkole teatralnej. Danuta Michałowska, wielka aktorka i rektor tej szkoły, powiedziała w czasie zajęć: „Słuchałam wczoraj w telewizji pewnego piłkarza i przez niego obejrzałam cały mecz, pierwszy raz w życiu”. Było to ponad 40 lat temu! Chodziło o Terleckiego.

Sympatyzował z opozycją antykomunistyczną i solidarnościową. Uczestniczył w strajkach studenckich na Uniwersytecie Łódzkim w 1980 roku, które ostatecznie doprowadziły do rejestracji Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Tak wspominał tamten czas na portalu Weszło: „Na studiach, pełniłem rolę intendenta. Jako piłkarz miałem spore znajomości i niezłe dojścia do tak zwanych luksusowych artykułów. Znałem kierowników sklepów, przez które można było załatwić wędlinę czy inne tego typu artykuły. Jeździło się od zaplecza i organizowało to wszystko, albo – jak nie było innej możliwości – to po wsiach, skupując od rolników jajka czy mięso. (…) Pamiętam, że kiełbasa, którą dostarczałem do Instytutu z czasem zaczęła być nazywana „kiełbasą terlecką”. To był dla mnie duży zaszczyt. (…) Byłem kilka razy wzywany do prokuratury, byłem też śledzony i podsłuchiwany, władza doskonale wiedziała o moim zaangażowaniu i moich poglądach. Ale ze względu na to, że byłem zawodnikiem ŁKS-u dostałem tylko żółtą kartkę, nigdy nie było żadnych poważniejszych konsekwencji”.

Pracę magisterską napisał na temat: „Wychowanie rycerskie w wiekach średnich”.

Niestety w wolnej Polsce nie ułożyło mu się w życiu, nie tylko w tym sportowym; z niepokojem czytałem teksty o jego kłopotach, dramatach, tragediach osobistych. Tabloidy miały używanie, kilkakrotnie epatowały na pierwszych stronach schorowaną, zniszczoną twarzą wiecznego chłopca Staszka Terleckiego.

Ostatni raz w życiu zagrał 21 listopada 1992 roku, w meczu Polonia Warszawa – Boruta Zgierz. Wystąpił przez kilkadziesiąt minut razem ze swoim – wtedy niespełna szesnastoletnim – synem Maćkiem. Tak chciał zakończyć karierę, zagrać w jednej drużynie z synem. Polonia wygrała 2:1, ale przecież nie to było wtedy ważne.

Grzegorz Kalinowski wspomina: „W roku 1992 był jeszcze kolorowym ptakiem, piłkarzem, który ledwie co zakończył karierę grając w meczu drugiej ligi ze swoim synem Maćkiem. Jeździł Daimlerem, czyli lepszym modelem Jaguara, mieszkał we wspaniałej willi w Żółwinie, reprezentował amerykański koncern. Nagle wszystko huknęło…”.

Jak podaje Jarosław Bińczyk z „Gazety Wyborczej” w ostatnich miesiącach schorowanego Terleckiego przygarnęła znowu Łódź, i jego ŁKS, bo klub – choć sam tułający się dziś w trzeciej lidze – o Staszku pamięta. On sam chyba najlepiej czuł się w tym mieście. Od władz miasta dostał mieszkanie socjalne, znajomi pomogli mu skończyć kurs trenerski, by mógł pracować z dziećmi. Zatrudniono go na „orliku”. Podobno przed świętami był w dobrym humorze. Umarł we śnie.

Staszek odszedł z tego świata, tam gdzie musi być lepiej. Ale żal – to był jeden z moich ulubionych piłkarzy, najbardziej ulubiony. Dzięki takim odmieńcom PRL był jaśniejszy. Będę go zawsze pamiętał młodego, jak na tym sepiowym zdjęciu.