Jerzy Kawalerowicz jako szef Zespołu Filmowego „Kadr” odpowiadał za powstanie największych dzieł polskiej szkoły filmowej. Sam również był wybitnym artystą.

Dziesięć lat temu zmarł Jerzy Kawalerowicz. Poza tym, że był znakomitym reżyserem (zdobywał nagrody w Cannes i Berlinie, był nominowany do Oscara), współtworzył polską szkołę filmową jako szef Zespołu Filmowego „Kadr”.

Andrzej Wajda tak wspominał pierwsze lata „Kadru”: „Egzystencja zespołu, który on [Jerzy Kawalerowicz – przyp. AL] prowadził, w którym my robiliśmy filmy, polegała po prostu na talencie Jerzego, na jego umiejętności i odwadze obronienia naszych filmów. Nie chodzi tylko o moje filmy, ale filmy przede wszystkim Andrzeja Munka, które były niezwykle drażliwe i z którymi Jerzy Kawalerowicz miał wielkie trudności, ale nadstawiał za nas karku i rozumiał, że to jest jego rola”.

Kawalerowicz wyreżyserował takie filmy jak: „Matka Joanna od Aniołów” według Jarosława Iwaszkiewicza; „Pociąg” według scenariusza Jerzego Lutowskiego; „Faraon” na podstawie powieści Bolesława Prusa; „Austeria”, adaptacja prozy Juliana Stryjkowskiego; „Śmierć prezydenta” według scenariusza Bolesława Michałka.

Szefem „Kadru” był od 1955 roku do końca życia. Powstały u niego największe arcydzieła szkoły polskiej Andrzeja Wajdy, Andrzeja Munka i Kazimierza Kutza. Po Marcu 1968 r. „Kadr” został przez władze zamknięty na cztery lata, ale reaktywowano go w 1972 roku, znowu pod kierownictwem Kawalerowicza. W latach osiemdziesiątych w „Kadrze” zadebiutował Juliusz Machulski.

Za największe arcydzieło Kawalerowicza uznaję „Pociąg”

Kawalerowicz był nie tylko znakomitym szefem Zespołu, ale także wybitnym artystą. Konrad Eberhardt pisał: „Księżycowy pejzaż «Matki Joanny od Aniołów», surowa architektura klasztorna, obsesyjnie zamykające bohaterów białe ściany (…) tworzą kreacje świata składającego się z ogromnej liczby drogowskazów, które trzeba rozszyfrować. (…) Na podobnej zasadzie został zrealizowany «Faraon». Jego malarska uroda, jego fascynująca widowiskowość miały być nie celem, ale punktem wyjścia, zaproszeniem do spenetrowania obszarów problematyki rozciągających się ponad, lub pomiędzy, realiami”. Maria Kornatowska pisała, że należał do tych, którzy ponad „uczucie i wiarę” przedkładają „mędrca szkiełko i oko”.

Za największe arcydzieło Kawalerowicza uznaję „Pociąg”. To w ogóle jeden z najważniejszych filmów w dziejach polskiej kinematografii. Oglądałem ten film wielokrotnie i za każdym razem nabiera on dla mnie nowych znaczeń. Jedność czasu, miejsca i akcji. Ciasne korytarze i przedziały; małe i wielkie dramaty ludzkie. Oto zwykli i niezwykli ludzie. Zaraz jednak wszyscy będą uczestniczyli w zbiorowym linczu na domniemanym mordercy. Jego nieruchoma sylwetka została wyeksponowana na tle ludzi stojących nad nieprzytomnym człowiekiem. Cały dramat rozgrywa się zresztą w perspektywie krzyży na wiejskim cmentarzu. To jedyna scena zrealizowana nie w pociągu. Po linczu ksiądz ustawia na nowo przewrócony krzyż.

Oto dobroć i wiara, słabość, ślepota, a w końcu tchórzostwo i zło. Wszystko może istnieć w jednym człowieku, i objawić się w ciągu jednej nocy. A poza tym to bardzo dobry thriller. I znakomite kreacje Lucyny Winnickiej, Leona Niemczyka, Teresy Szmigielówny, Zbyszka Cybulskiego i wielu innych.

Powiadają o Kawalerowiczu, że był to znakomity rzemieślnik kina. Myślę jednak, że był kimś więcej niż rzemieślnikiem. Pięć jego filmów, które wymieniłem na początku, przeszły do historii kina polskiego, to jednak bardzo dużo. Był wybitnym artystą.

Jego pogrzeb odbył się dziesięć lat temu w kościele ojców dominikanów w Warszawie przy ulicy Freta. To ten sam kościół, w którym ponad rok temu żegnaliśmy Andrzeja Wajdę. Mszy za śp. Jerzego Kawalerowicza przewodniczył kardynał Kazimierz Nycz, w koncelebrze było jeszcze dwóch tylko księży: ja i ks. Waldemar Chrostowski, który mówił kazanie. Był wtedy konsultantem biblijnym przy ostatnim filmie zmarłego – „Quo vadis?”.

Poniżej załączam materiał filmowy o realizacji „Pociągu”. Opowiadają Jerzy Kawalerowicz i Leon Niemczyk.