Czy z przychodzącym Bogiem nie jest jak z czekaniem na ukochanego?

W adhortacji apostolskiej Verbum Domini (Słowo Pana) papież Benedykt XVI przywołuje sięgającą Ojców Kościoła tradycję, która ukuła sugestywne wyrażenie na opisanie tego, co się dzisiaj stało: „Słowo stało się krótkie”. Jak tłumaczy papież, Ojcowie Kościoła znajdowali te słowa w greckim tłumaczeniu Starego Testamentu, którym się posługiwali (por. Iz 10,23 LXX). A było tam napisane „Bóg krótkim uczynił swe słowo, skrócił je”. (Dla przykładu, we francuskim tłumaczeniu Septuaginty znajdujemy tutaj wyrażenie parole abrégée – słowo skrócone. W polskim tłumaczeniu Septuaginty nie zachowano oryginalnego sensu greckiej wersji).

Papież tak komentuje to wyrażenie: „Odwieczne Słowo stało się małe – tak małe, że zmieściło się w żłobie. Stało się dzieckiem, aby Słowo było dla nas uchwytne. Słowo jest teraz nie tylko słyszalne, nie tylko posiada głos, ale obecnie Słowo ma widzialne oblicze Jezusa z Nazaretu” (VD 12). Istotnie, według Orygenesa, starożytnego pisarza, „Syn Boży, wstąpiwszy w bardzo krótką postać ludzkiego ciała”, objawił „ogromną i niewidzialną wielkość Ojca”. Tego greckiego wyrażenia ho Logos pachynetai lub brachynetai używali także św. Grzegorz z Nazjanzu i Maksym Wyznawca, dzięki czemu na stałe zadomowiło się w teologii. Po wiekach odwołał się do tego wyrażenia Hans Urs von Balthasar, który – nawiązując do Orygenesa – napisał, że „Słowo Boże […] stając się człowiekiem, poślubiło ograniczoną, gęstą i nieprzenikliwą postać ciała ludzkiego”. O tym teologicznie bardzo ciekawym wyrażeniu przypomniałem sobie, gdy słuchałem w radiu adwentowego rozważania diakon Aleksandry Błahut-Kowalczyk z Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, która cytowała słowa kard. Christopha Schönborna z Wiednia: „Bóg jest tak mocny, że może stać się tak mały jak dziecko”.

Te wszystkie koncepcje, od starożytności po współczesność, od Orygenesa aż po von Balthasara i Schönborna, można zamknąć w innym wyrażeniu, którego użył papież Benedykt XVI na opisanie dzisiejszej tajemnicy dnia: „Ta ustępliwość Boga urzeczywistnia się w sposób niepowtarzalny we wcieleniu Słowa. Odwieczne Słowo, które wyraża się w stworzeniu i przemawia w dziejach zbawienia, stało się w Chrystusie człowiekiem «zrodzonym z Niewiasty» (por. Ga 4,4)” (VD 11). „Ustępliwość Boga” – to piękne wyrażenie ukazuje nam przedziwną ekonomię Boga, który – choć wszechobecny i wszechmocny – decyduje się na niezwykłe samoograniczenie, przybiera postać dziecka, które – jak każde dziecko – jest małe, a więc niewszechobecne, i bezbronne, a więc niewszechmogące. „Moc truchleje” – jak śpiewamy w kolędzie. Ewangelia wg św. Łukasza, którą czytamy na pasterce, wyraża to bardzo konkretnie i obrazowo: „położyła Go w żłobie”. Św. Jan, którego czytamy w ciągu dnia, to samo powie nieco bardziej abstrakcyjnie: „Słowo stało się ciałem”. Dodajmy: ciałem tak „krótkim”, tak małym, że się zmieściło w żłobie.

Mówię o tym dlatego, że w każdym z nas – a na pewno we mnie – jest jakiś lęk przed Bogiem, który, jak nam się często wydaje, ma tendencje do wypełniania sobą świata, do wypełniania przestrzeni: tej fizykalnej czy geograficznej, tej duchowej, tej filozoficznej, politycznej, a może nawet i prawnej. Ale nie – taką lekcję wyczytuję, wpatrując się w to „skrócone Słowo” położone w żłobie – Bóg się nie rozpycha, nie chce nami zawładnąć, nie chce zająć całego naszego terenu, nie chce nas sobie zawłaszczyć. Przeciwnie: ma w sobie ustępliwość, wycofuje się, dokonuje nieustannego samoograniczenia, staje się krótki i mały, by się zmieścić w naszym szczelnie wypełnionym życiu. „Zróbcie Mu miejsce, Pan idzie z nieba” – jak śpiewamy w pieśni eucharystycznej. Ale wiele Mu tego miejsca nie trzeba, ledwo tyle, co żłób.

I chyba trzeba w tym miejscu powiedzieć, że to raczej Kościół, a nie sam Bóg, ma tendencję do tego, by się rozpychać. Bo – choć boski – składa się z ludzi i ludzkiego pragnienia dominacji, władzy, panowania, przed czym tak bardzo przestrzega nas wszystkich papież Franciszek. To dlatego może do Kościoła przenikać „logikę spisków i małych kręgów” – jak to określił papież przed kilkoma dniami w przemówieniu do Kurii Rzymskiej. Bo Kościół – choć jest mistycznym ciałem Chrystusa – tworzą ludzie. Jak to w jednej ze swoich katechez powiedział ks. Grzegorz Strzelczyk, „Kościół jest prowizorką, to nie jest Królestwo Boże” – ze wszystkimi tego konsekwencjami, naznaczony naszą słabością. I czasami zdarza się, że zasłania nam sobą nawet radość Ewangelii, radość z Narodzenia Pana.

Ale wróćmy do betlejemskiej stajni. Ostatnio słuchałem rekolekcyjnego kaznodziei, który wyzywał strasznie (on miał tę słynną kartkę z niemieckiej anegdoty o kaznodziei, który w każdym kazaniu miał w pewnym miejscu to samo powtarzające się zalecenie: Und jetzt schimpfen! – A teraz wyzywać!…). A wyzywał strasznie, pomstował na reklamy z Bożym Narodzeniem w tle, na galerie handlowe z kolędami puszczanymi już od Andrzejek, na choinki stojące na placach miejskich od zarania Adwentu. Wyzywał, że ukradziono nam Boże Narodzenie. A ja nie wyzywam. Raczej sobie myślę, że to jest – świadome czy nieświadome, ale jednak jakieś wielkie czekanie. Świat na Kogoś czeka. „Wielkie jest czekanie, gdy masz przyjść / Wielkie jest pragnienie, gdy masz przyjść / Wielka jest nadzieja, gdy masz przyjść / Wielka modlitwa, gdy masz przyjść” – jak śpiewa o miłości Maja Kleszcz z zespołu – nomen omen – Incarnation. Czy z przychodzącym Bogiem nie jest jak z czekaniem na ukochanego?

Chcąc nie chcąc, żłobimy Mu żłób, by się zmieścił, zostawiając nam do dyspozycji całą – trzymajmy się tej metafory – stajnię. To jest ta przestrzeń zostawiona nam przez Boga, którą trzeba zagospodarować. Bóg zajmuje tylko krótki żłób. Cała reszta jest do ogarnięcia, do posprzątania, może czasami do remontu i co by tam jeszcze trzeba było zrobić. Bóg rodzi się w stajni, to znaczy pośrodku takiego życia, jakie ono jest. Nie trzeba dużo wyobraźni, by sobie uświadomić, co może znajdować się w stajni i jaki może tam panować zaduch. „Zapach owiec”, o którym tak często mówi papież Franciszek, to nie piżmo do wyrobu perfum. Pośrodku tego wszystkiego rodzi się Bóg. Ale to właśnie Jego obecność czyni z tej stajni dom. Trzeba się zająć dzieckiem, trzeba je nakarmić, ogrzać, przebrać, ochronić, do snu ułożyć. Życie stajni zaczyna się toczyć wokół Dziecka. Nie trzeba wiele, by przekształcić stajnię w dom. Trzeba tylko zacząć się o siebie troszczyć. Porodziła, owinęła i położyła – ten prosty opis matczynych czynności zawiera w sobie kwintesencję troski. Zawierają się w tym przecież i ból, i miłość, i niepokój, i bezpośredniość dotyku. W tym coraz bardziej rozczłonkowanym świecie, gdzie żyjemy coraz bardziej obok siebie niż ze sobą, troska, bliskość i bezpośredniość to betlejemski sposób na przekształcanie stajni tego świata w dom.

Św. Maksym Wyznawca mówił, że w życiu chrześcijanina „Słowo się kondensuje przez cnoty”. Mówiąc inaczej: Słowo się skraca do granic naszej dobroci. A papież Benedykt XVI podczas pasterki w roku 2006 mówił: „Jezus uczynił krótkim Słowo. Pozwolił nam zobaczyć jego najgłębszą prostotę i jedność. Wszystko to, czego nauczają nas Prawo i Prorocy, streszcza się w słowach: Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca […], a bliźniego swego jak siebie samego. To jest wszystko: cała wiara streszcza się w tym jednym akcie miłości, który ogarnia Boga i ludzi”. Bóg jest „krótki” i żąda od nas „krótkiej” wiary. A ona jest aktem miłości. „To jest wszystko” – jak mówił papież. Niewiele trzeba: trochę miejsca i chwili troski. Wtedy rodzi się Bóg.