Gdy bracia szlachta korzystali ze swych swobód, sąsiedzi dbali o to, by z terenów Polski uczynić swój folwark. I doszło do tego, że ziemie Rzeczypospolitej bezkarnie przemierzały obce wojska. Obywatele Rzeczypospolitej, zajęci swoimi sprawami, nie protestowali.

Przez lata wydawało mi się, że ta książka, stojąc na półce, służy mi jedynie do odkurzania. Teraz wyciągnęłam ją stamtąd i zainteresowałam się jej zawartością. Antologia „Literatura barska”[1] to zbiór drobnych tekstów, które towarzyszyły Polakom podczas trwania konfederacji barskiej, a także potem, podczas rozbiorów. Te anonimowe, okolicznościowe utwory – wiersze, pieśni, formy religijne, dialogi, proza – krążyły w rękopisach, a zachowały się dzięki silva rerum (dosł. las rzeczy), czyli księgom prowadzonym w domach szlacheckich, w których, obok porad praktycznych, notatek gospodarskich, rodzinnych, towarzyskich i ogólnego „mydła i powidła” wpisywano opisy lub komentarze odnoszące się do sytuacji politycznej.

Twórca antologii, Janusz Maciejewski, nazywa tę literaturę „folklorem szlacheckim” i pisze, że jest ona „jednym z ostatnich przejawów formacji zwanej sarmatyzmem”. Zaletą owych tekstów – pisanych na gorąco, w chwili gdy zdarzenia związane z konfederacją miały miejsce – jest nie kunszt artystyczny (to najczęściej ustylizowane teksty publicystyczne albo propaganda), ale fakt, że wpisany jest w nie duch tamtych czasów. Należy bowiem rozumieć, że wyrażają one poglądy autorów, a także tych, którzy zdecydowali się umieścić je w swoich prywatnych zbiorach, co oznaczało, że z ich treścią się identyfikowali.

A ja chciałam tego właśnie ducha przywołać, by poszukać odpowiedzi na pytanie, co skłoniło liczne rzesze obywateli I Rzeczypospolitej do tego, by zgłosić akces do tej zbrojnej konfederacji, ryzykując utratę majątku, zdrowia, a na koniec życia. By to jednak było możliwe, najpierw trzeba było sobie przypomnieć wypadki poprzedzające te wydarzenia.

Czas pokoju?

 Skończyła się właśnie epoka saska, o której się pamięta, że „nierządem stała”. Mniej natomiast pamięta się, że – jak o tym pisze Maciejewski:

„Była to epoka wielkiej stabilizacji, epoka pokoju oraz względnego dobrobytu, jaki nastąpił po wyniszczających Polskę wojnach XVII wieku i najgorszej z nich: wojnie północnej z początku następnego stulecia. […] pamiętać także musimy, iż lata 1717–1763 nie były bynajmniej okresem upadku ekonomicznego, jak można by czasem wnioskować z nieco stronniczej publicystyki stanisławowskiej. To prawda, w okres ten wchodziła Polska wyjątkowo wyniszczona, ale półwiecze pokoju pozwoliło zaleczyć rany”.

Szlachta polska wykorzystała ten pokój do utrwalania i korzystania ze swobód, które królowie Sasi respektowali i pomnażali. Był więc czas, by się bogacić i w dobrach różnej wielkości – od zagród po pałace – biesiadować, polować, urządzać kuligi lub zajazdy. I czynić to bez żadnego względu na los Rzeczypospolitej. Przestrzeń publiczna służyła albo do załatwiania swych prywatnych interesów, albo do kłótni. Nie było chyba sejmiku, który nie zostałby zerwany hasłem: „wolne nie pozwalam”. Nie było państwa, tylko teren podzielony na feudalne księstewka skłóconych ze sobą i konkurujących możnowładców; nie było wojska, tylko prywatne milicje; nie było prawa, tylko liczne przywileje.

Mocarstwa ościenne pielęgnowały tę polską sielankę, sprzyjając anarchii i warcholstwu, dbając o podziały, prowokując waśnie. Henryk Samsonowicz w „Historii Polski do roku 1795” pisze:

„Chaos polityczny i słabość panujące w Rzeczypospolitej były na rękę sąsiednim państwom. Już w 1720 r. zawarty został traktat rosyjsko-pruski w Poczdamie zobowiązujący oba państwa do utrzymywania istniejącego stanu rzeczy w Polsce. W 1724 r. musiała zgodzić się na takie same postanowienia Szwecja w ugodzie z Rosją, a w 1726 r. podpisała analogiczne porozumienie Austria”.

Gdy więc bracia szlachta korzystali ze swych swobód, sąsiedzi dbali o to, by z terenów Polski uczynić swój folwark. I doszło do tego, że ziemie Rzeczypospolitej – niebędącej, jak się rzekło wcześniej, w stanie wojny – bezkarnie przemierzały obce wojska: saskie, pruskie, szwedzkie, nie wspominając rosyjskich (choćby w czasie wojny siedmioletniej). Taka to była ziemia niczyja, wykorzystywana przez każdego, któremu tu było po drodze. Przy okazji łupiona dla zaspokojenia swoich potrzeb. Obywatele Rzeczypospolitej, zajęci swoimi sprawami, nie protestowali. Polska to nie było państwo, tylko terytorium!

Zamach na wolność

Aż pojawił się król Stanisław August, Polak, szlachcic i katolik, chcący odbudować państwowość polską. I w jednej chwili zrodził wrogość swych rodaków, którzy okrzyknęli go zdrajcą. Owszem był on, w kraju de facto rządzonym już przez Rosjan, ich protegowanym, ale to nie był pierwszy przypadek ich interwencji w sprawie pretendenta do tronu polskiego. Poprzedni władcy – zarówno August II, jak i III (Sasi, a więc nie-Polacy) – też byli wyniesieni na tron polski przez Rosjan (ten ostatni zresztą wygrał z polskim kandydatem, Stanisławem Leszczyńskim). Ale to dopiero króla Stasia okrzyknięto zdrajcą! Co więcej, chciano go zastąpić kolejnym Sasem, synem Augusta.

Taka to była osobliwa logika: król obcego pochodzenia zdrajcą polskich interesów być nie mógł, bo nie był Polakiem. A Polak owszem. To jedna z wielu zawiłości, które trudno pojąć, rozmyślając o tamtych wypadkach.

Ale fakt, że Stanisław August był protegowanym Katarzyny, nie był jego największą zdradą. Był nią zamach na „złotą wolność” oznaczającą przywileje szlacheckie. Wszystkie projekty króla i „Familii” Czartoryskich były uznawane za atak na status quo ante i przedstawiane jako dowód jego dążeń do władzy absolutnej. W jednym z utworów zamieszczonych w antologii, stylizowanym na prozę biblijną i opatrzonym misternym tytułem: „Siedm psalmów, w których Wolność polska czyni lamentacją nad upadkiem swoim”, spersonifikowana Wolność stwierdza: „Przyszłam do Polski z Lechem, kwitnęłam w Polszcze przez tysiąc dwieście lat, a we trzech leciech zostałam niewolnicą”. I powiada na wzór Psalmów Dawidowych:

„Rzekli w sercach swoich: zburzmy wolność, panujmy sami. Weźmy w poddaństwo braci naszych, niewolnikami naszymi uczyńmy ich. […] Rozrzucili z gruntu starą Rzeczpospolitą, tą, którą ją Złota Wolność długo budowała, a nową Rzeczpospolitą, żelazną wystawili. […] Wszystkich możnych i bogatych chcą na proch zetrzeć jednego po drugim, żeby nie było komu stanąć przy wierze św. i ojczyźnie. […] Wolny głos i liberum veto, źrzenicę moją do szczętu zniszczyli, zgładzili i znieśli. Światło oczu moich obrócili w ślepotę moją”.

A więc król i jego poplecznicy to wrogowie Wolności. Czyniąc na nią zamach, atakują ojczyznę: „Skarb, wojsko pod króla podgarnęli, a przeto ojczyźnie oręża odebrali i władzę, a królowi na podbicie ojczyzny poddali”. Co by oznaczało, że król i ojczyzna to dwa niezależne byty i jeśli król chce rządzić należącym do ojczyzny skarbem i wojskiem – to jest jej wrogiem. Może więc być sobie królem (jak dobrzy Sasi), ale, na Boga, niech nie rządzi! Bo to zamach już i na wolność, i na ojczyznę.

„Toć król sądzi i rządzi skarbem, wojskiem i królewszczyznami wszystkimi. Toć ma w ręku wszystko, toć już czysta absolutność” lamentuje Wolność i w kończącej owe psalmy „Modlitwie” błaga Boga:

„Daj narodowi polskiemu i litewskiemu skuteczne sposoby swobód krwią przodków swoich nabytych bronić i ochraniać. Spraw Panie, aby starodawna Rzeczpospolita taka właśnie, jaką odumarł August, była z rozwalin swoich wystawiona, wiara katolicka ucalona, wolność przywrócona”.

I tak pojęcie „wolność” stało się tożsame z określeniem „ojczyzna”, równoznacznym z kolei z określeniem „naród” – co w efekcie miało oznaczać stan szlachecki z jego przywilejami. Na które zamierza się zły, zdradziecki Stanisław August, w odróżnieniu od dobrych Sasów, którzy je pielęgnowali.

Zamach na wiarę

O ile w przypadku zamachu na wolność chciano ograniczyć przywileje katolickiej większości, o tyle w przypadku zamachu na wiarę chciano je ofiarować mniejszości – polskim obywatelom innego wyznania. Ale nie niewiernym, muzułmanom czy Żydom, tylko protestantom (zwanym wówczas lutrami czy kalwinami) i prawosławnym (zwanym dyzunitami, bo nie przyjęli rozporządzeń unii brzeskiej i nie przeszli na katolicyzm). Dziś powiedzielibyśmy o nich, że to wyznawcy tego samego chrześcijańskiego Boga. Ale wtedy zwano ich dysydentami. Janusz Maciejewski pisze:

„Punktem zapalnym, który rozpętał cały łańcuch wydarzeń zakończonych pierwszym rozbiorem Polski, była tzw. sprawa dysydentów. […] Sprawa wydawałaby się bez większego znaczenia zarówno z punktu widzenia interesów Rosji, jak i katolików polskich, ale była z rzędu tych drobnych spraw, które z prawidłowością lawiny obrastają w dalsze konsekwencje i doprowadzają do nieprzewidzianych rezultatów”.

Realizatorami planu znów byli Rosjanie, de facto kontrolujący już wówczas całą politykę Polski. A o co chodziło? Żeby przyznać dysydentom prawo do swobody budowania świątyń, zakładania drukarń oraz prowadzenia szkół i szpitali. Potem – żeby dolać oliwy do ognia, gdy rozpalał on już wszystkie strony konfliktu – dodano jeszcze prawo dla szlachty dysydenckiej do zasiadania w sejmie.

Po co odpowiedzialny za ten plan ambasador rosyjskiej carycy, Repnin, akurat ten temat, akurat w tym czasie włączył do publicznej debaty w Polsce, wiedząc, że wzbudzi to sprzeciw? Maciejewski utrzymuje, że był to „dziecięcy upór Katarzyny”, podobnie jak „dziecięcym uporem” nazywa również reakcję na to ze strony szlachty, widząc źródło tego uporu w megalomanii narodowej obu stron. A może to miał być jedynie kolejny z licznych pretekstów do waśni w Polsce, w której chaos polityczny utrzymujący się od dawna, polegał w największym skrócie na tym, że Rosjanie destabilizowali, a Polacy reagowali? Dość, że „sprawa dysydentów” realizowana przez Repnina stała się „języczkiem u wagi” w paśmie wydarzeń politycznych zakończonych konfederacją barską.

Studiując teksty barskie, trudno pozbyć się wrażenia, że trwa tu gorączkowe poszukiwanie wroga

W istocie ważniejsze od praw innowierczych było w tym czasie, aby Polska – stanowiąca już wtedy faktyczny protektorat rosyjski – sama na mocy własnych ustaw sejmowych formalnie ten fakt zaakceptowała, podpisując traktat gwarancyjny z Moskwą. „Karta dysydencka” była w tym dziele jedną z kilku rozgrywanych przez Repnina, ale funkcjonalną, bo wzbudzającą silne emocje.

Gdy się próbuje pojąć jego rolę – w końcu wszak tylko ambasadora obcego państwa – w ówczesnej polityce polskiej, to było to zarządzanie chaosem. Zdumiewa skuteczność, z jaką sterował wewnętrznymi animozjami, operując głównie w trzech obszarach konfliktu: wolności szlacheckie, prawa innowierców i niechęć stronnictwa hetmańskiego, czyli konserwatywnego, wobec króla. Te tematy skutecznie przesłaniały to, co najważniejsze, czyli utrwalenie władzy Moskwy nad Polską, który to temat, nie wiedzieć czemu, nie rzucał się w oczy żadnej ze stron konfliktów, nawet wówczas, gdy wkroczyła tu, „dla zabezpieczenia pokoju”, 40-tysięczna armia rosyjska, by ochraniać swymi opiekuńczymi bagnetami czy to obrady sejmu, czy konfederacje.

Wątek dysydencki po raz pierwszy pojawił się za sprawą pana ambasadora podczas obrad sejmu w 1766 roku. Temat ten od razu wzbudził protest katolickich konserwatystów, równocześnie wprawiając w konfuzję króla i stronników reform, którzy nie chcieli głosować za projektem rosyjskim, choć zgodny był on z ich hasłami tolerancji. Natrafiwszy więc na opór, w następnym roku Repnin zainicjował równocześnie dwie konfederacje dysydenckie – w Toruniu (szlachta protestancka w Koronie) i w Słucku (prawosławna i kalwińska szlachta Wielkiego Księstwa Litewskiego) – domagające się, jakby to można było dziś nazwać, praw dla mniejszości. Ponownie, choć z większą już siłą, burzyć się zaczęli ukształtowani przez ducha kontrreformacji, wrodzy wobec odszczepieńców, katolicy.

O sile tego sprzeciwu świadczy powstały w tym momencie wiersz o barokowo kwiecistym tytule: „Inwestygacja przyczyny konfederacji luterskiej i kalwińskiej z adhortacją do synów ojczyzny”[2]: „Wolność, jak widzę, polska upadać poczęła, / A luterska, kalwińska bardziej górę wzięła”. Co oznacza, że jest jakaś określona pula wolności i jeśli ktoś chce dla siebie więcej, może to uzyskać jedynie kosztem drugiego. „Już konfederacyją naprzeciw ustawom / Podnieśli teraźniejszym i ojczystym prawom”. A więc i z prawami jest podobnie – prawa jednych to odbieranie praw drugim. Że jednak przypomnę, konfederacje dysydenckie występowały o prawo do własnych świątyń, drukarń, szkół i szpitali, a nie o zabieranie tych instytucji katolikom. A jeśli o reprezentację polityczną chodzi, to też chyba nie było mowy o rugowaniu z senatorskich foteli – chodziło więc jedynie o to, by się ewentualnie trochę posunąć.

„Samaś Polsko jest krzywdą, sama sobie szkodą, / żeś lutrom przez tyle czas stała się wygodą”. A to już jest motyw dziś znany pod hasłem: Polska dla Polaków. „Masz to mieć bardziej wolność kto nad katolika? Lecz [luter, kalwin] stał się gospodarzem widzę z komornika [czyli mieszkającego w cudzym domu], / Rządzi się, jak sam chce i gości zaprasza / Do innych, nie do siebie; ach cierpliwość nasza”. Nareszcie zatroskano się też i o prawa boskie: „Postępują wyniosło, boskie przykazanie/ Depcząc; Ty sam zemścij się, o Najwyższy Panie!” A więc wojna! Wzywa do niej „adhortacja” skierowana „do syna ojczyzny!”: „Nie żałujmy, co Bóg z nas udzielił każdemu: / Męstwa, siły, odwagi. Trzać zapobiec temu / Zawczasu – z małej bowiem iskierki pożary – Abyśmy nieprzyjaciół wysłali na mary”.

Repnin, czytając to, musiał być zachwycony! Trudno bowiem zrozumieć, by był inny powód upominania się w katolickiej Polsce o prawa dysydentów, jak zwaśnienie obu tych grup.

Radomski blamaż

Teraz zadaniem pana ambasadora było poskromienie nieco już buntowniczych nastrojów katolików. A tymi nastrojami Rosjanie nauczyli się zarządzać, wykorzystując potężną władzę wielkich rodów magnackich, które brać szlachecką pogrupowały w armie swych klientów. Ich autorytet wsparty kiesą uśmierzał niepokoje społeczne w poprzednich, saskich, latach, był więc do wykorzystania i teraz. Dzięki jednemu z takich możnowładców, Karolowi Radziwiłłowi „Panie Kochanku”, udało się Repninowi zrealizować całkiem perwersyjny plan – nakłonić do przyjęcia projektu przywilejów dysydenckich przez jego kategorycznych wrogów!

W tym celu powierzył Radziwiłłowi – z różnych prywatnych względów zainteresowanemu współpracą – zorganizowanie kolejnej konfederacji. 13 czerwca 1767 roku w Radomiu, znów pod eskortą opiekuńczych rosyjskich bagnetów, udało się zgromadzić niemałą część przedstawicieli konserwatywnej większości, którą skuszono dwoma argumentami, dla których, jak się okazało, gotowi są na wszystko: obietnicami detronizacji znienawidzonego króla i przywrócenia wszystkich dawnych swobód szlacheckich.

Aby to uzyskać, przywódcy tej konfederacji podpisywali wszystko, co im podsuwał pełnomocnik Repnina, pułkownik Wasilij Karr, nadzorujący realizację moskiewskiego planu: a więc na wstępie prośbę skierowaną do carycy Katarzyny, aby była gwarantką owych obietnic, a także, by zechciała pozostawić swoje wojska dla ich zabezpieczenia. Radziwiłł zaś dodatkowo złożył swoje osobiste zobowiązanie posłuszeństwa wobec Rosjan. Ci więc, którzy sprzeciwiali się władzy króla (bo był zdrajcą i rosyjskim protegowanym), by nad nim zatriumfować – tym samym wiernopoddańczo zhołdowali Rosjanom.

I się przeliczyli, bo już po dziesięciu dniach konfederacji protektorzy zmienili front: rozkazali (sic!) „wiązać się przy królu”, czyli być mu posłusznymi, a co więcej pułkownik Karr podsunął do podpisania Radziwiłłowi dokument akceptujący żądania dysydentów, co tenże zmuszony był uczynić. I tak skonfederowani przegrali wszystko, poza obietnicą powrotu do starego, dobrego nierządu szlacheckiego, na którego utrzymaniu Rosjanom wszak też zależało.

To był kompletny blamaż przywódców tej konfederacji. Przegranymi i upokorzonymi byli magnaci z obozu konserwatywnego, ale przegrany był też król, który w obawie o swój los wycofywać się zaczął ze swych reform; ograna – także przez swoich przywódców – była i cała brać szlachecka. „Gdzieście Polacy? Gdzie są wasze męstwa, / Gdzie się podziały cnych przodków zwycięstwa” – napisał anonimowy autor „Paszkwilu w Radomiu podrzuconym”, grzmiąc dalej na konfederatów: „Okazałeś po Radomiu minę, / A jeden Karro wziął cię za czuprynę [pułkownik Karr]. Przymusił strachem, żeś pozwolił snadnie,/ Sam nie wiesz na co – chyba Karro zgadnie”.

No właśnie – nie wiadomo na co! Trudno było pojąć, jakie pożytki płynąć miały z uległości wobec Rosjan. Nic nie zyskano, czego by wcześniej nie było, ale za to Repnin postawił na swoim: „Żeście musieli pozwolić na prawo / Lutrom, kalwinom…” – pisze autor „Paszkwilu”.

Ostatecznym rezultatem tych wszystkich intryg miało być uchwalenie praw dysydenckich podczas obrad sejmu nazwanego później „repninowskim”. Ale opór zrewoltowanej szlachty był już tak silny, że pan ambasador zmuszony był posunąć się do aktu terroru – w nocy z 13 na 14 października 1767 r. Moskale dokonali aresztowania i wywieźli do Rosji czołowych oponentów: biskupów Kajetana Sołtyka i Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana Wacława Rzewuskiego oraz jego syna Seweryna, a pozostali zastraszeni senatorowie zgodzili się na wszystko, także na równouprawnienie dysydentów.

Ten ruch okazał się jednak błędem Repnina – obok skutecznie animowanej nienawiści, w końcu uruchomił on też inną polską specjalność: bezsilny gniew. „Gwałt ten odbił się ogromnym wstrząsem w opinii publicznej”pisze Maciejewski we wstępie do „Literatury barskiej”. „Mamy – dodaje Maciejewski – dziesiątki dokumentów bezpośrednio zapisanych i pamiętnikarskich świadczących, że owej nocy narodziła się wśród Polaków świadomość tego, co wkrótce potem nazwano niepodległością i przyjęcie jej jako naczelnej wartości narodowego bytu”.

Z tego wstrząsu zrodzona została konfederacja barska. Pierwsza nieinspirowana przez Repnina, któremu – po fali sukcesów – sprawy wymknęły się z rąk. Można by więc powiedzieć, że to on nadmiarem swej politycznej aktywności walnie przyczynił się do rozbudzenia polskiej świadomości narodowej.

Zrób sobie wroga

Elity zdradziły – zarówno król, jak i magnaci, a także dostojnicy kościelni uczestniczący w tych spektaklach politycznych. A wszyscy zostali ograni przez Moskala, który robił, co chciał. Przeciwko tym elitom zrodził się bunt mas. Maciejewski pisze:

„Przekonanie, że trzeba ratować Rzeczpospolitą bez oglądania się na skompromitowanych oficjalnych przywódców doprowadziło do przebudzenia się świadomości szlacheckiej jako samoistnej siły, odcinającej się od dotychczasowych magnackich «fakcji» jako całości”.

Konfederacja barska, która się w tej intencji zawiązała, która „konfederuje samych chrześcijanów, / Dobrze wierzących, szlachtę, a nie panów”, była sprzysiężeniem zdradzonych, którzy nie mieli komu zaufać. Nie miała przywódców, którzy by wzywali pod broń i nie miała planu. Było to gromadne, zbrojne liberum veto. Teksty krążące wówczas wśród ludzi były zapisem protestu, buntu, definiowania i atakowania wroga, a nie projektami politycznymi. Oto fragment jednego z takich tekstów, zatytułowany „Tragedyja druga z dwunastu osób pryncypalniejszych wszczęta z całej ojczyzny znaczną klęską”:

„Przeto my teraz stany nieco sprzymierzone,
Widząc wiarę i wolność prawie już na schyłku,
Rzucamy domy nasze, zbiory zgromadzone
Niosąc za wiarę życie wolności w posiłku.[…]
Chrystusa bierzem w pomoc, dla nas żebrząc łaski.
Chorągwie jego krzyżem z podpisem znaczemy,
Że za wiarę i wolność czyniemy niesnaski.
Niechaj jego w tym pomoc dla siebie ujźrzemy.
Początek naszej sprawy zaczynamy w Barze,
Życie nasze oddając dla Boga w ofiarze”.

Rozczarowani słabością i zdradą ziemskich przywódców, konfederaci zwrócili się do Niebieskiego Patrona, jedynej instancji, która nie straciła swego autorytetu. Schronieniem dla nich stał się gmach wiary, władcą Bóg, Maryja – Królową. W chaosie, jaki do reszty zapanował, wiara stanowiła źródło identyfikacji. Stary konfederat – bohater „Pamiątek Soplicy” Henryka Rzewuskiego – wspominający po latach czasy barskie, powiedział:

„Chwała Pannie, szczególnej protektorce mojej jako szlachcica polskiego, bo ona jest Królową Polski i wielką księżną litewską […] Niech kto chce głosi się moim panem, niech mnie łupi i dręczy, ja wiem, że moja królowa żyje i że tylko jej jestem poddanym, a więcej niczyim – dwóm panom służyć nie będę”.

Nie inaczej napisał wszak i Słowacki w swej „Pieśni konfederatów”: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach, / Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi; / Bo u Chrystusa my na ordynansach,/ Słudzy Maryi!”. Z tego bierze się ogromna rola w Barze słynnego kaznodziei – księdza Marka (jego „Profecja” otwiera antologię literatury barskiej). Janusz Maciejewski pisze: „Walczący organizowali się w rodzaj bractwa, a rej wodził fanatyk, „cudotwórca” i prorok, ksiądz Marek Jandołowicz”.

„Wiara ze wszystkich uczuciów jest najsilniejsze i najwięcej twórcze”argumentował u Rzewuskiego stary Soplica. I dodawał:

„Sława, potęga, duma, męstwo, rozum wielkich rzeczy na świecie dokazywały; ale co jest największego, co przetrwało czasy, to było owocem wiary. Wiele to starożytnych narodów upadło, że ledwo ich pamięć zachowuje się między ludźmi, a jeżeli coś zostało, co by dotykalnie świadczyło o ich niegdyś bycie, to tylko pomniki ich wiary. […] A jeżeli wiary, choć błędne, ale istotne, tak były silnymi, czegóż by nie dokazała nasza wiara, jedynie prawdziwa, którą sam Bóg wcielony nauczył”.

I w tym właśnie przeświadczeniu tkwiła siła największa ­– w wierze, która jest jedynie prawdziwa. Cała aksjologia Polaka-katolika – na mocy której w pieśniach konfederackich rozmawia się z patronami zrywu, Bogiem, Matką Boską i Świętymi, czyniąc to w formie pieśni, modlitw, litanii, lamentacji czy pacierzy – zasadza się na jednym stanowczym założeniu, wyrażonym w „Pieśni konfederacji litewskiej”: „Boże, wszakże Ty wiarę katolicką / Postawiłeś, a nie heretycką”.

Pan jest Bogiem katolików – i niczyim innym. Biorą Go więc niejako w posiadanie i na wyłączność: „Bóg jeden dobry, dobra jedna wiara, / Jedna w jedności bądź Bogu ofiara. / Amen”. Więcej jeszcze, zawłaszczają także Jego mękę: „Dla kogoś, Panie, wyniósł krzyż swój drogi, / Komużeś okup sprawił z męki srogiej? / Nam prawowiernym dar ten litościwy! / Kto prześladowcą, niech mu będzie mściwy!”.

A więc opozycja: prawowierny–nieprawowierny. Ten drugi to dysydent. Teraz to określenie zaczęło żyć nowym życiem. Nie określało już mniejszości oczekującej dla siebie przywilejów czy karty przetargowej w rękach ambasadora Repnina. Oznaczało wroga. Określenia: luter, kalwin, schizmatyk, wskazujące protestantów i prawosławnych, w tekstach barskich funkcjonować zaczęły jako synonimy wcielonego zła.

Pojęcie „dysydent” stało się teraz określeniem pojemniejszym, mieszczącym w sobie wszystko to, co obce. Obce naszej swojskości. Etnicznie mógł to być i Moskal, i Prusak, Szwed, czy Rusin (w tym także rzeczywisty wróg – przechadzające się po ziemiach polskich wojsko rosyjskie, które już miało wyjść, ale na wieść o zawiązaniu się tej konfederacji pozostało, by ją zwalczać). Religijnie zaś – w dalszym ciągu byli to owi schizmatycy: dyzunici, kalwini i lutry (a także, dodajmy, sfrancuziali bezbożnicy z otoczenia króla). Czyli wszyscy z wyjątkiem Polaka-katolika.

Wiele utworów „literatury barskiej” jest zapisem kształtowania się swoistego propagandowego przekazu dnia, uproszczonego komunikatu o tym, o co w istocie w całym tym chaosie społeczno-politycznym i duchowym chodzi. A więc co jest naszym celem? Obrona wolności i wiary (choć na razie jeszcze nikt nie chciał odbierać ani wolności, ani wiary, chciano tylko trochę uszczuplić królewskimi reformami złotą wolność, odbierając niektóre przywileje, a także udostępnić w przestrzeni publicznej nieco miejsca wierzącym inaczej). A kto jej zagraża? Dysydent – nieprzyjaciel ojczyzny, wolności i wiary.

W „Dyskursie katolika podróżnego z nieznajomym sobie dysydentem” pyta dysydent: „Cóż – że za nimi rzekę – dysydenci winni? To, że się napierają, czego nie powinni.” – odpowiada katolik. I dodaje: „Z dysydentów przyczyny pogwałcone prawa, / Święta wiara wydarta Polakom i sława. […] / Chciało się im szkół, drukarń, kościołów, szpitalów, / Użyli na to posła wielkiego Moskalów”.

Dysydent stara się łagodzić: „Nie są tak dysydenci winni Polszcze wiele, / By traktowani byli jak nieprzyjaciele”. Na co katolik gniewnie: „Co mówisz? Nie są winni? Niech tylko się godzi / Wspomnieć, co Sejm Parczewski ustawą dowodzi”. Mowa tu o sejmie z 1564 roku, który przyjął ustawy soboru trydenckiego i był wstępem do wystąpień przeciwko heretykom. Teraz ten motyw staje się znów użyteczny: „póki w ludziach było rozumienie / Jednostajne o wierze, póty dobre mienie / Było… a dziś: różność wiar przypuścili, aż wnetże i prawa / Stępiały…”.

W konstruowania własnej tożsamości fundamentem była wrogość do innego. Panuje utrwalone przez romantyków przekonanie, że konfederacja barska stała się kluczowym momentem rodzenia się wśród Polaków poczucia odrębności i świadomości narodowej

Studiując teksty barskie, trudno pozbyć się wrażenia, że trwa tu gorączkowe poszukiwanie wroga. I nie jest to Moskal, nie jest to król, nie są to zdradzieccy magnaci, przydatny natomiast okazuje się wywołany przez Repnina dysydent. Bo też nie o ojczyznę rzeczywistą chodzi (jeszcze nie, choć paradoksalnie konfederacja barska przyczyni się do utraty niepodległości, skoro jej skutkiem był pierwszy rozbiór), lecz o (bliżej niesprecyzowane) królestwo Boże na ziemi, przeciwko któremu występują złe lutry, kalwiny i schizmatyki.

Z tego powodu autorzy religijnych tekstów konfederackich poszukują sojuszu ze swym Władcą Niebieskim. W celu obrony prawdziwej wiary zawierają (jednostronne) przymierze z Panem Bogiem. W literaturze barskiej wiele jest dowodów na „zażyłość” sług Bożych ze swym Stwórcą. Zwracają się oni do Niego z pokorą, deklarują wierność i ofiarność, ale też oczekują sojuszu przeciwko wspólnemu wrogowi – heretykowi. „Ratuj nas, lud Twój, zgrom nieprzyjacioły, / Którzy powstają na wiarę, kościoły”. Najłagodniejsza forma spodziewanej interwencji to nawrócenie: „Daj im uznanie i z błędów wyniście,/ Niech świętą wiarę widzą oczywiście. / […] Niech zaślepieni światło przyjmą w oczy, / Niech ich piekielna złość więcej nie mroczy”.

Ale mowy nie ma, by wybaczyć można było nieposłuszeństwo: „Zawstydź kalwina, lutra, schizmatyka, / Niech dobrze wierzy, albo śmierć potyka”. Więc, gdy trzeba: „Daj mieczem przeciąć kacerzów roboty, / Rujnują wiarę, kościół z Twej istoty”. A w ostateczności jest apel, by i On coś zrobił ze swej strony: „Wyniszcz kacerzów w tym królestwie wszędzie,/ Niech jedna trzoda, jeden pasterz będzie!/ Amen”. Autorzy tych tekstów rozsiedli się w swej jedynie słusznej wierze, by zbroić się tam przeciwko niewiernym. A do swego Stwórcy apelowali: albo chroń mnie, ofiarnika, albo wspieraj w nienawiści do wroga.

Do stawiania tak wysokich wymagań Boskiemu sojusznikowi upoważniać mogła bezgraniczna ofiarność sług Bożych, gotowych ponieść najwyższe koszty w tej walce, na którą wyruszali, poświęcając wszystko z życiem włącznie: „My, mocą Boga wsparci, ocalając wiarę, / Dajemy Wszechmocnemu życie na ofiarę”. Lub: „Każdy się wybiera, pod miecz szyję ściele, / Piersi swe otwiera, broniąc wiary śmiele, / Tnie nieprzyjaciele”. Swoją gotowość do cierpień, męki i śmierci identyfikują z ofiarą Chrystusa ofiarowaną za nich: „Wspomnij na Twój ból, gdyś był krzyżowany, / I dla nas grzesznych srodze katowany”. Skoro Ty cierpiałeś dla nas, gotowi jesteśmy cierpieć my dla Ciebie. Wszakże ten sam krzyż, który dla prawowiernych jest symbolem męki, dla ich wrogów, czyli wrogów wiary, ma być orężem. W wierszu o tytule „Radość animująca Polaków” obiecują sobie, że: „Pod znakiem krzyża nieprzyjaciel lęże”.

Elementem tego przymierza jest też obietnica nagrody, którą ofiarnicy sobie obiecują, taka swoista umowa coś za coś: „Nie żałujmyż życia swego, wszak Pan niebem płaci: / Kto wojuje za cześć Jego, nieba nie utraci”. Lub inaczej: „Krzyż mi jest tarczą, a zbawienie łupem / W marszu zostaję; choć upadnę trupem”. Wynika to też z takiej kalkulacji: „Umierać trzeba każdemu na świecie: / Umrzeć za wiarę, cóż lepszego przecię? / Bo to już pewność niebieskiej dziedziny, / Gdy krew z nas zgładzi wszystkie nasze winy”.

Wszyscy Święci, „nasze rodaki”

Wobec Matki Boskiej słudzy Boży mają jeszcze większe oczekiwania wynikające z faktu, że w tym czasie jest ona już od ponad stu lat, z nadania Jana Kazimierza, Królową Polski (to zresztą też była konfederacja – „tę oto konfederacyję czynię: Ciebie za Patronkę moją i państwa mego Królową dzisiaj obieram” – brzmi fragment jego ślubów lwowskich Jana Kazimierza). Teraz więc, gdy sprzymierzeni zwracają się do swej Królowej, potrafią Jej zwrócić uwagę na to, że ten tytuł zobowiązuje: „Pamiętaj, Panno, na polską Koronę, / Którąś raz wzięła pod swoją obronę: / Wszakżeś jest polską Maryja Królową, / Której Bóg oddał za tron Częstochową”.

Jej słudzy nie tylko proszą, by miała ich w swej opiece, ale też zachęcają do wsparcia w ich walce. „Parol jest Jezus, hasło Maryja” – proponują bitewne zawołanie w „Pieśni konfederackiej w roku 1769” i oczekują, że po pierwsze będzie im tarczą: „Zastaw nas, Matko, Twoimi piersiami, /A Syn Twój niech nas zasłoni ranami”. Po drugie, niech użyczy patronatu w walce: „Jezu, nasz Panie, Najświętsza Maryja, / Niech łaska Twoja chorągiew rozwija! / Gdy już czas wojny, już czas zacząć bitwę / Z nieprzyjacielem, błogosław gonitwę”. Po trzecie, niech weźmie udział: „Stłum ich zawziętość, znieś upiorne siły, / Niech wspólnie sypiem śmiertelne mogiły”. Ona z nimi?… Na koniec formułują ponaglenie: „Ej, Maryjo, Królowo polskiego narodu, / Dajże nam zwycięstwo bez wszego zawodu”.

Jest też wśród utworów barskich „Nabożeństwo do św. patronów polskich i Pieśń do tychże św. patronów”, teksty skonstruowane na wzór „Litanii do Wszystkich Świętych”: Michale Archaniele… Arcybiskupie święty Wojciechu… Stanisławie Męczenniku… Święty Kostko Stanisławie… Święty Kazimierzu… Floryjanie… Józefacie Męczenniku… Bogumile, Wincenty, Wacławie, Janie Kanty, Radysławie, Jacyncie…

W „Nabożeństwie do św. patronów polskich” zawarto m.in. takie wezwania: „Wysokich niebios Wielmożni Panowie, / Kraju polskiego święci Patronowie, / Ratujcie ziomków przed Bogiem – prosiemy, / Bo bez ratunku Waszego zginiemy”. Tyle że w miejsce formuły: „módlcie się za nami”, znajdują się takie apele o sojusz w walce: Bogumile: „Niech Twej dowodnej pomocy doznamy, / By nieprzyjaciel legł trupem przed nami”; „Kostko z naszych kości […] Bądź kością w gardle nieprzyjacielowi”; Floryjanie:Teraz, kiedy nas potężnie / atakują, staw się mężnie”; Wacławie: „Z rąk ci anioła oddana kopija / Niech nieprzyjaciół w utarczce ubija”.

Świadomość narodowa wkrótce stanie się jedynym bastionem polskości. Konfederacja barska to preludium do dziejów Polski istniejącej jako stan ducha

Szczególnie wiele jest apeli do św. Stanisława (to już „Pieśń do św. Stanisława biskupa krakowskiego”):

„Stanisławie, polski nasz Patronie, / Twoich ziomków miej w pilnej obronie /, Bądź przy naszej stronie. […] Uproś na nich z nieba strzały, / By tych łotrów zabijały / I przyczyńców złego. […] by polska szabla się zemściła, / Bratobójców wytraciła, / Jak sprośnych poganów. […] Niech trupem polegają, / Którzy się z nas urągają / Mieczem i koncerzem. […] Amen”.

Niemało jest też wezwań do św. Stanisława Kostki („Pieśń o świętym Stanisławie Kostce”), zwanego tu „orłem sarmackim, który wzbija się pod niebiosy” i „najukochańszym Chrystusa piastunem”, który „na swoich rękach gdy Jezusa nosi i wszystko dla nas u niego uprosi”. O co ma więc prosić po znajomości? „Proś z nami Najświętszej Maryji, / Niech wyjedna karę herezyji […] / Wszak ma władzę od Boga w tej mierze, / By gubiła wszelkie kacerze,/ Niech tej władzy tu zażyje, / By oddali pod miecz szyje.[…] / Amen”.

Umówiwszy się tak ze Wszystkimi Świętymi, po bratersku (żeby nie powiedzieć po kumotersku, jakby poklepując ich po ramieniu) ziomki pozdrowiły ich zawołaniem: „Wy święci Pańscy, a nasze rodaki! / Wspierajcie braci, brońcie nieboraki”. By na koniec w marszowym rytmie („Marsz imć Sawy Calińskiego”) zakrzyknąć: „W marszu naszym Aniołowie / Święci, Pańscy Patronowie, / I w potyczkach przytomnemi / Bądźcie, wojujcie ze swemi”. I refren: „Marsz, marsz, marsz, do boju marsz!”. By sparafrazować nieco styl tej literatury, można by powiedzieć, że to jest do Pana Boga i Wszystkich Świętych prośba o ratunek przez mordunek.

Jak niewiele czasu trzeba było, aby określenie „dysydent” – początkowo oznaczające mieszkającego w Polsce wyznawcę innej wiary chrześcijańskiej, dopominającego się dla siebie zbioru przywilejów (szkoły, szpitale, świątynie, drukarnie, przedstawicielstwo polityczne) – tak całkowicie zmieniło znaczenie. Dysydent stał się: przeciwnikiem, wrogiem, nieprzyjacielem, heretykiem, kacerzem, „przyczyńcą złego”, bratobójcą wreszcie.

W dziele konstruowania własnej tożsamości fundamentem była wrogość do innego. Panuje utrwalone przez romantyków przekonanie, że konfederacja barska stała się kluczowym momentem rodzenia się wśród Polaków poczucia odrębności i świadomości narodowej. Sądząc po słowach pieśni, które towarzyszyły owym narodzinom, konstruowaniu fundamentów tej świadomości towarzyszyło wiele nienawistnych słów, jakby bez nich nie można było wydobyć naszej „naszości” z odmętów obcości.

Wątpliwą pociechą jest fakt, że to nie tylko polska specjalność. Że przywołam tu bardziej uniwersalny, a mówiący o tym samym, cytat z Kurta Vonneguta:

„Nie ma żadnego powodu, żeby ślepo nienawidzić i wyobrażać sobie, że Stwórca Wszechświata nienawidzi razem z tobą. Gdzie jest zło? To ta niemała część każdego człowieka, która chce nienawidzić bez ograniczeń i mieć Boga po swojej stronie. To ta część każdego człowieka, dla której wszelka forma brzydoty jest tak pociągająca. To ta skretyniała część każdego z nas, która feruje wyroki, wymierza kary i dąży do wojny”.

Świadomość narodowa wkrótce – gdy z chwilą rozbiorów przestanie istnieć państwo (terytorium) – stanie się jedynym bastionem polskości. Konfederacja barska to preludium do dziejów Polski istniejącej jako stan ducha albo stan świadomości, a nie polityczny byt.

Kształtować go będą nie politycy, a poeci. Stworzą oni legendę tego czasu i zadbają o to, by powracały słowa pieśni towarzyszących temu zrywowi. Między innymi wydrukują w Paryżu zbiór „Konfederatów barskich pieśni i modlitwy”, z którego pochodzą cytowane wyżej przeze mnie fragmenty. Nowy tytuł brzmieć będzie „Książeczka do nabożeństwa w czasach konfederacji barskiej ułożona, a na obecne czasy wielce przydatna”.

Modlitwa Woltera

W tym samym momencie – w 1767 roku, gdy powstawać zaczęły wspominane tu utwory, by odtąd krążyć w odpisach podczas przebiegu konfederacji barskiej i później, w czasach zaborów, służyć ludziom za treść ich patriotycznych modlitw – we Francji Voltaire napisał swój „Traktat o tolerancji”. Ten oświeceniowy filozof – uchodzący za ostatniego bezbożnika, dla konserwatywnej szlachty polskiej synonim diabła wcielonego (podobnie jak i potem, gdy w romantyzmie jedno z imion złego ducha rozmawiającego z księdzem Piotrem w „Dziadach” Mickiewicza to Wolter właśnie) – jest autorem modlitwy zamieszczonej właśnie w „Traktacie o tolerancji”:

„Tedy nie zwracam się już do ludzi, lecz do Ciebie, Boże wszech istot, wszech światów i wszech czasów. Jeżeli słabym stworzeniom, zagubionym w bezmiarze i niedostrzegalnym dla reszty wszechświata, wolno jest okazać tę śmiałość, by prosić o coś Ciebie, któryś dał wszystko, Ciebie, którego wyroki są równie niewzruszone jako i wieczne, to racz spojrzeć miłosiernie na błędy przywiązane do naszej natury. Niechaj te błędy nie pogrążają nas w nieszczęściu.

Nie dałeś nam serca po to, abyśmy się nienawidzili, i rąk po to, abyśmy się mordowali. Spraw, abyśmy sobie nawzajem pomagali nieść brzemię tego życia ciężkiego i znikomego. Niechaj drobne różnice w ubiorach, którymi okryte są nasze kruche ciała, we wszelkich naszych niedostatecznych językach, we wszelkich naszych niedoskonałych prawach, we wszelkich naszych niedorzecznych poglądach, we wszelkich dolach tak różnych dla naszych oczu, a tak równych przed Twoim obliczem, niechaj te wszystkie nieznaczne różnice, które znamionują atomy zwane ludźmi, nie stają się sygnałami nienawiści i prześladowania. Niechaj ci, którzy zapalają gromnice w samo południe, aby Cię uczcić, cierpią tych, którzy zadowalają się światłem Twojego słońca. Niechaj ci, co okrywają sutannę białym płótnem, aby głosić, że trzeba Cię miłować, nie żywią nienawiści do tych, którzy głoszą to samo w płaszczu z czarnej wełny”.

Inna rzecz, że wkrótce już w ojczyźnie Woltera zwolennicy tolerancji zgotują sobie piekło Rewolucji Francuskiej. Tyle, że tam już bez boskiej sankcji.

***

W antologii „Literatura barska” znajduje się również utwór „Monitorium”, który jest formą listu do przyjaciela. Nadawca informuje, że spotkał „dziwnej urody pannę – mogę mówić, że śliczniejszą nad wszystkie stworzenia, ale bardzo oszarpaną”. Gdy ją spytał, kim jest, odparła: „Imię moje Fides, to jest wiara katolicka. [… ] mam wprawdzie dwie siostry: jedną Nadzieję imię, ale ta jest w rękach boskich, drugą Miłość, ale ta po Polszcze i Litwie tak się zabłąkała, że żadnej wiadomości powziąć nie mogę”.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 4/2017.


[1] „Literatura barska”, praca zbiorowa, Wrocław 1976.
[2] Inwestygacja – badanie, adhortacja – zalecenie.