To tego nie chciały zaakceptować niektóre z herezji pierwszych wieków, rozdzielających boską i ludzką naturę Jezusa: Bóg nie mógł się objawić w ten sposób! Jak ujął to ktoś dosadnie: śmierdziały im pieluszki z Betlejem.

Pan Bóg obiecał Mojżeszowi, że będzie towarzyszył Narodowi Wybranemu w jego wędrówce przez pustynię. Dokonywało się to jednak przez znaki. Była to jakaś zapowiedź tego, co stało się, gdy nadeszła Pełnia Czasów – gdy przyszedł do nas ten, który jest Jezusem, czyli „Bogiem, który zbawia”, oraz Emmanuelem, czyli „Bogiem z nami”.

Przypomina nam też o tym modlitwa Anioł Pański – to właśnie na fragment z J 1,14: „a Słowo stało się ciałem” pochylamy nasze głowy, tak jak czynimy to podczas wyznania wiary na niedzielnej Mszy przy słowach: „i za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy, i stał się człowiekiem”. Tajemnica Wcielenia jest tu wyróżniona bardziej niż tajemnica Śmierci i Zmartwychwstania – ale przecież bez pierwszej z nich nie byłoby innych. Można sobie wyobrazić Wcielenie bez Śmierci i Zmartwychwstania, ale już nie odwrotnie.

Zresztą Boże Narodzenie nie jest świętem jednoznacznie radosnym, co w genialny sposób ujmują nasze polskie kolędy. „A proroctwo jego zgonu już się w świecie szerzy”… Ale nawet bez tego proroctwa: kto się rodzi, ten umrze. Skoro Bóg się rodzi, to i umrze. Skoro Słowo staje się ciałem, to Ciało znajdzie się kiedyś w grobie. To dlatego na wschodnich ikonach Bożego Narodzenia Dzieciątko jest pokazane w żłóbku, który najczęściej ma kształt trumny.

Zresztą tłumaczenie greckiego słowa, które występuje w tym wierszu jako „ciało”, jest niedokładne. Język grecki ma na określenie ciała dwa różne słowa: somasarks, które łatwo oddać po angielsku jako bodyflesh; po polsku właściwie najwierniej byłoby tłumaczyć je jako „ciało” i „mięso”. Nowy Testament raczej unika tego drugiego określenia, jakby zbyt dosłownego, dotykalnego, wręcz wulgarnego. Ale w tym fundamentalnym fragmencie o wcieleniu jest mowa właśnie o sarks.

Nieśmiertelny, niematerialny, doskonały Bóg wcielił się w ludzkie mięso, tę plątaninę tkanek i płynów, skazaną na powolne starzenie się, obumieranie i gnicie. Czy trudno o większe uniżenie? Dlaczego w ogóle do tego doszło?

Odpowiedź Biblii jest jednoznaczna: „Bóg tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał” (J 3,14). Bóg chciał nas przekonać o swojej miłości, a jak wiedzą wszyscy, którzy prawdziwie kogoś kochają, o miłości nie da się przekonać wyłącznie słowami, choćby nie wiadomo jak pięknymi. Potrzeba czynów, ale przede wszystkim potrzeba obecności. Dlatego też w czasie konfliktów najlepszą gwarancją układów jest danie zakładnika i to takiego, na którym naprawdę będzie drugiej stronie zależało. Przypowieść o nieuczciwych dzierżawcach winnicy (Mt 21,33–46) daje nam trochę taki obraz Boga wydającego swojego jedynego Syna w nasze ręce, niczym zakładnika, pozwalając nam zrobić z nim, co chcemy.

Najlepszą pomocą jest obecność u boku tego, kto jej potrzebuje. Prawdziwy sojusznik przychodzi do zagrożonego oblężeniem zamku i rozbija w nim swoje namioty. Tym namiotem, który Pan Bóg rozbija wśród nas, jest Eucharystia. Tabernaculum to po łacinie dosłownie znaczy „namiot”.

Do kształtu namiotów nawiązują czasem (mniej lub bardziej udanie) różne nowoczesne kościoły, zwłaszcza na Podhalu. Jest w tym podwójny sens, bo jednak namiot jest symbolem przejściowości. W namiotach mieszkają koczownicy, ludzie niemający „miejsca stałego zameldowania”. Tak więc także kościół w kształcie namiotu ma nam dawać nie tylko poczucie bezpieczeństwa: tu nam dobrze i tutaj Pan Bóg jest z nami – ale także ma nam przypominać, że jesteśmy tu tylko przejściowo, że nasza prawdziwa ojczyzna jest w niebie. Apokalipsa przypomina, że w Nowej Jerozolimie nie będzie już świątyni, bo „jego świątynią jest Pan Bóg wszechmogący oraz Baranek” (Ap 21,22).

Namiot to także wyraz wielkiej równości, wspólnego znoszenia niewygód. Namioty kojarzą się nam z pielgrzymkami, obozami wędrownymi, spływami. Namioty, karimaty, menażki, cały ten osprzęt turystyczny zawsze wywołuje wielkie poczucie wspólnoty, równości, panującej zawsze, gdy śpi się „pokotem”, jeden obok drugiego. Może więc rzeczywiście powinniśmy tak tłumaczyć ten niemalże najważniejszy wiersz Pisma Świętego: „Słowo rozbiło namiot między nami”, albo wręcz: „Słowo rozłożyło swoją karimatę wśród nas”?

Ale nie dajmy się zwieść pozorom. Nie spoufalajmy się za bardzo. Pan Bóg uniża się tak bardzo, że chce być z nami, umieszcza się na tym samym poziomie, ale przecież równocześnie nie przestaje być Bogiem. Można by powiedzieć, że Bóg pozwala nam zwracać się do siebie na „Ty” (od tego słowa zaczyna się po łacinie tekst I modlitwy eucharystycznej), ale nie możemy zapominać, że czynimy tak tylko dlatego, że On nam pozwolił, i że robimy to z drżeniem, a nie z pewnością siebie, jakbyśmy rozmawiali z kimś równym sobie. To, że Jezus jest gotów spać obok nas na swojej karimacie, nie oznacza, że nie mamy rozściełać przed Nim dywanów, gdy mamy je pod ręką, jak w uroczystość Bożego Ciała. Śpiewamy wtedy o „chlebie anielskim”, ale to przecież nieprawda: Bóg dał siebie za pokarm nie aniołom, ale nam, grzesznym ludziom.

Jeden z najstarszych fragmentów Nowego Testamentu, hymn o Chrystusie Słudze z Listu do Filipian (Flp 2,5–11) mówi zarazem o dwóch sprawach: o wielkim uniżeniu Jezusa, który „przyjął postać sługi”, ale równocześnie o tym, że ma się przed Nim „ugiąć wszelkie kolano”. Jakoś ostatnio tego „uginania kolan” w kościołach coraz mniej, w wielu krajach z niezbyt zrozumiałych przyczyn w ogóle ono zniknęło, choć o przyklękaniu podczas Mszy jasno mówią przepisy liturgiczne.

Skoro Słowo staje się ciałem, to Ciało znajdzie się kiedyś w grobie

To dobrze, że po II Soborze Watykańskim próbujemy bardziej skoncentrować się na samej liturgii, staramy się coraz lepiej zrozumieć, co się dzieje podczas Mszy świętej, ale niedobrze, jeśli oznacza to, że odrzucamy cały kult Eucharystii poza Mszą. To prawda, że adoracja Najświętszego Sakramentu wykształciła się dopiero w drugim tysiącleciu chrześcijaństwa, ale od tego czasu stanowiła jeden z najważniejszych elementów życia Kościoła. Jest logiczną konsekwencją wiary w realną obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie (przy okazji, ta wiara była w Kościele zawsze, a jej dokładne sformułowanie w XIII w. nie było czymś nowym, ale jedynie odpowiedzią na kwestionujące ją herezje).

Znane są wizje mistyków, którzy widzieli Pana Jezusa z jakimś okruchem, pyłkiem w ręku. Na pytanie, co to jest, Jezus odpowiadał: to cały wszechświat. Takie są proporcje. Nie zapominajmy o tym.

Bóg stoi przed nami w postaci najbardziej kruchej z możliwych – pokarmu, który łatwo ulega zniszczeniu. To zresztą konsekwencja Wcielenia, logicznie wypływająca z tajemnicy Bożego Narodzenia. Na wszystkich obrazach i kartkach świątecznych Dzieciątko nie jest już noworodkiem, ale kilkumiesięcznym bobasem – uśmiechającym się, reagującym na bodźce, machającym rączkami.

By lepiej zrozumieć dramatyzm Wcielenia, ogołocenia się Boga, przypomnijmy sobie raczej, jak wygląda noworodek, całkowicie bezradny i bezbronny wobec otaczającego nas świata. To tego nie chciały zaakceptować niektóre z herezji pierwszych wieków, rozdzielających boską i ludzką naturę Jezusa: Bóg nie mógł się objawić w ten sposób! Jak ujął to ktoś dosadnie: śmierdziały im pieluszki z Betlejem. Nic dziwnego, że lepiej to potrafili zrozumieć poeci: „ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice nieskończony”.

A jednak Bóg tak bardzo się ogołocił, że przybrał postać bezsilnego oseska i kruszyny chleba. Równocześnie jednak jest to ten sam Bóg, który stworzył wszechświat, mieszczący się w jego dłoni. I o tym nie możemy zapominać. Przed tą tajemnicą uginamy kolana.

Fragmenty rozdziału książki ks. Stanisława Adamiaka „Zawsze jest wyjście”, Wydawnictwo „Więź”, Warszawa 2017.