W epoce mediów tożsamościowych i propagandowych opublikowanie tak ostrego tekstu Justyny Melonowskiej jest naocznym świadectwem dobra płynącego z otwartości „Więzi”.

„Grzech nas oszpecił i w nędznej postaci / stoim przed Tobą jakby trędowaci” – takie słowa usłyszałem w niedzielę z ust organisty i ludu. Nie we wspólnocie tradycjonalistów (choć bywam czasem na Mszy trydenckiej przy ulicy Karolkowej na warszawskiej Woli), lecz w kościele ojców dominikanów – tych samych, którzy mają opinię koryfeuszy „Kościoła otwartego”. Tych samych, do których należał choćby Bernardo Gui, czternastowieczny inkwizytor. Kapłanów, których najwyższy ziemski Szef z jednej strony napomina, byśmy udzielali pomocy uchodźcom i w miarę możliwości (!) przyjęli ich – a z drugiej strony mówi wprost, że kto nie modli się do Boga, modli się do diabła. Wskazuje z jednej strony na otwartość, z drugiej – na tożsamość.

Ale dlaczego przeciwstawiać?

Dlatego bardzo poruszył mnie list pożegnalny Justyny Melonowskiej, którą niezwykle cenię jako osobę – nie waham się tak stwierdzić – o wybitnym umyśle. Część komentatorów na Facebooku, zwłaszcza tych niezbyt przychylnie nastawionych do „Więzi”, twierdziła, że list ten nie powinien być komentowany – że wyrazem naszej otwartości powinno być pożegnanie się, życzenie autorce wszystkiego dobrego i przemilczenie reszty. Myślę, że straciłyby na tym jednak obie strony sporu (o ile spór istnieje, o czym dalej).

List ten mówi o kwestii bardzo ważnej, która pojawia się w internetowych dyskusjach, ale która dawno już nie była przedmiotem systematycznej debaty. Mówi o relacji między wytyczaniem granic a otwartością Kościoła. Między czystością a gotowością – jak to ujął ks. prof. Andrzej Draguła – do przyjęcia wszystkich na swoje łono.

Należę do prawego skrzydła „Więzi”, ale nigdy nie miałem wrażenia, że jestem wykluczany

Jest to bardzo ważna kwestia. Jednak przed jej podjęciem należy oczyścić przedpole i wprowadzić sobie kilka podstawowych rozróżnień. Po pierwsze, Justyna Melonowska wytacza poważny argument, że „projekty definiujące się przez otwartość z logicznej konieczności (…) muszą wykluczać wykluczanie”. Takie ujęcie byłoby prawdziwe tylko w przypadku zerojedynkowym – kiedy albo mamy pełną otwartość na wszystko, albo całkowity jej brak. W przypadku „Więzi” z pewnością nie mamy do czynienia z otwartością na wszystko – jest to środowisko wyznające otwartą, ale jednak ortodoksję, o czym zresztą mówił Jerzy Sosnowski w swoim komentarzu.

Śledząc publicystykę „Więzi” najpierw jako czytelnik, a później jako współpracownik pisma i członek Zespołu Laboratorium „Więzi”, jestem przekonany, że troska o ortodoksję nie jest tu czczą deklaracją. Tytułem przykładu przypomnijmy choćby, jak Zbigniew Nosowski bronił Episkopatu po zarzutach dotyczących aktu intronizacji Chrystusa, lub zdecydowanie sprzeciwiał się aborcji.

Problem nie polega więc na braku granic otwartości, lecz na tym, że są one zakreślone w innym miejscu, niż powinny być zakreślone według Melonowskiej. A to, gdzie należy te granice wytyczyć – może i powinno być przedmiotem sporu. Czy na przykład – odwołując się do kategorii z tekstu „Za wszystkim znaczy przeciw niczemu” – mizantropia i brak wielkoduszności są faktycznie lepsze od naiwności? W jakich sytuacjach?

Granice nie są celem

Pożegnalny list Melonowskiej wyraża tezę o wytyczeniu przez „Więź” zbyt szerokich granic, nie zawiera jednak szczegółowych argumentów. Owszem, wskazane są pewne obszary niezgody z linią redakcji (stosunek do pontyfikatu Franciszka, do kwestii imigracyjnej etc.), autorka nie dowodzi jednak, w jaki sposób konkretne działania czy teksty publikowane w „Więzi” miałyby np. przykładać się do „pługa, który orze grunt pod narodziny […] totalitaryzmu islamskiego”. Rozumiem jednak, że jest to list pożegnalny, a nie głos w debacie; mam jednocześnie nadzieję, że debata ta będzie kontynuowana mimo pożegnania, a być może nawet – jak widać w serwisie internetowym „Więzi” – pożegnanie to jest szansą na to, by ją ożywić.

Troska o ortodoksję nie jest w „Więzi” czczą deklaracją

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś innego. Moim zdaniem niezasadne jest stawianie otwartości przeciwko jednoznacznej tożsamości i granicom. Otwartość jest praktyczną formą wyrażania miłości, a miłość należy (powinna przynajmniej należeć) do tożsamości chrześcijanina. Tak właśnie myśli redakcja „Więzi”, deklarując w swym manifeście: „Otwartość to wcale nie tożsamość słaba czy słabsza. Świadomość własnej tożsamości jest pierwszorzędnym warunkiem dialogu”. Tekst „Dlaczego otwarta ortodoksja” zawiera zresztą wprost opisane pułapki i niebezpieczeństwa otwartości.

Jeden z moich mistrzów duchowych, franciszkanin Richard Rohr, mówi, że nie da się opuścić swojego „ego” – czyli otworzyć się, nawet po krzyż – jeśli najpierw się go nie zbudowało. Jeżeli otwartość faktycznie owocowałaby tym, że kochamy to, co dalekie, a wykluczamy lub odrzucamy to, co bliskie – to byłaby to otwartość fałszywa, i wraz z Justyną Melonowską będę nakłaniał do rachunku sumienia. Poczynając, oczywiście, od siebie. Tyle że tego typu samokrytycznych refleksji, i to pisanych od wielu lat, pełna jest choćby książka „Krytyczna wierność” redaktora naczelnego „Więzi”.

Póki jesteśmy tu, na ziemi, potrzebujemy granic, potrzebujemy tożsamości. Jednak należy mieć na uwadze, że ostatecznym celem nie są granice. Że są one bytem przygodnym. Że jednak ostatecznie „nie ma Żyda ani Greka”. Jakie powinny być implikacje tego stwierdzenia? Skąd dokąd granice? To jest jeden z ważnych tematów do debaty, o której pisałem wyżej – i do systematycznego (a nie przyczynkarskiego) prowadzenia zachęcam także inne środowiska: „Christianitas”, „Teologii Politycznej”, „Znaku” itp.

Z prawego skrzydła

Tu pozwolę sobie na wtręt osobisty. Wydaje mi się, że należę do prawego skrzydła „Więzi”: wychowany na starej „Frondzie”, dziś jestem członkiem zespołu republikańskiej „Nowej Konfederacji”. Nigdy jednak nie miałem wrażenia, że jestem wykluczany – nawet mimo ostrych sporów (przede wszystkim politycznych), które też wskazywały na tożsamość. „Więź” jest pod tym względem jak Kościół – jest w niej miejsce dla różnych poglądów, o ile jawnie nie sprzeciwiają się one Ewangelii. W „Więzi” miałem zawsze poczucie, że mniej ważne, kto jest od Pawła, a kto od Apollosa, a najważniejsze, że wszyscyśmy Chrystusowi. Chciałbym też przypomnieć o tym, jak podczas sporu o kampanię „Przekażmy sobie znak pokoju”, „Więź” opublikowała radykalnie krytyczny tekst członka redakcji Tomasza Kyci na ten temat.

Dziękuję więc „Więzi” również za opublikowanie tak ostrego – rzekłbym wręcz: miażdżącego – tekstu Justyny Melonowskiej. W dzisiejszych czasach, w których miejsce mediów analitycznych, prowadzących realną debatę, zajmują media tożsamościowe i propagandowe (z różnych stron sporu), taka decyzja jest szczególnie cenna. Jest ona naocznym świadectwem dobra płynącego z otwartości.

I choć Justyna Melonowska otwartość krytykuje, to jednak… Proszę zauważyć, Pani Justyno: tylko dzięki otwartości „Więzi” Pani zarzuty i argumenty dotrą do tych, do których dotrzeć mają. A przynajmniej wywołają niepokój. W medium tożsamościowym to nie byłoby możliwe – skończyłoby się na przekonywaniu przekonanych. Tylko jeśli nie boimy się zadawania trudnych pytań, możemy dotrzeć do prawdy.