Gdyby młoda wizjonerka z Lourdes miała choć szczyptę literackiego talentu i nieco poprawniej mówiła po francusku, mogłaby swoje przeżycia, spotkania z ciekawskimi i duchowe molestowania zamknąć w poczytny raport z oblężonego miasta.

Miasto Bernadety Soubirous, córki młynarza, której w 1858 roku objawiła się Matka Boska. Spotkania z Piękna Panią – jak ostrożnie na początku wyrażała się o zjawie Soubirous – trwały od 11 lutego do 16 lipca, a było ich dziewiętnaście.

Lourdes to Pireneje, czyli ciężkie warunki bytowe mieszkańców i niekiedy bezwzględna walka o przetrwanie, dopisująca do dzielnego góralskiego charakteru cechy o nieco pośledniejszej wartości dla wszystkich pięknoduchów – ściągających tu w celach rekreacyjnych – takie jak nieufność i podejrzliwość. Na kolejne rendez-vous z Piękną Panią w massabielskiej grocie Bernadeta zabiera ze sobą butelkę wody święconej i bez większych ceregieli skrapia nią tajemniczą postać, żeby przekonać się, czy nie są to przypadkiem diabelskie figle. Przypuszczona do konfidencji bliska koleżanka Soubirous (i córka miejscowego notariusza) próbuje wobec Pięknej Pani zastosować środki jeszcze bardziej radykalne, lecz z gruntu laickie – przynosi do groty pióro, kałamarz i papier wykradziony z kancelarii papy. Zjawa ma ujawnić Bernadecie swoją tożsamość i poręczyć ją złożonym na kartce podpisem.

Kto wie, czy to właśnie nie ten podbity nieufnością góralski realizm uchronił Bernadetę przed zemstą psychiatrów i zamknięciem w azylu dla obłąkanych. Bernadeta jest bystrą, ale zaniedbaną w szkolnej edukacji dziewczynką, nie wygląda jak romantyczna pirenejska pastereczka z kart pocztowych. Domowa bieda (bo młyn ojca splajtował), przebyta cholera, bóle żołądka i astma odcisnęły na niej piętno proletariackiego dziecka z suteren. Jednak jak każda kobieta chce wyglądać pięknie, więc przerabia swoje znoszone sukienczyny, żeby stały się ciut modniejsze. Wciąga tabakę, którą w tamtym okresie przepisuje się astmatykom. Jasno wyraża swoje myśli, a kiedy staje się sławna – również za sprawą rozprowadzanych na terenie Francji fotografii i pobożnych obrazków za kilka sous – umie zachować dystans wobec samej siebie. Czasami ostro broni swojej autonomii i prywatności, jak podczas tej tłumnej majowej procesji w roku 1866, kiedy na jej widok tłum zgromadzony w Lourdes nie może powstrzymać się od egzaltowanych okrzyków: „Och, jaka piękna święta, jaka piękna dziewica!”.

Ci gorliwsi w wierze próbują nożykami wykroić z jej spódnic kawalątek materiału na relikwie, bardziej światowi – polują na jej wstążki. Reakcja Bernadety jest bezbłędna – podnosi wzrok i krótko recenzuje reakcje tłumu: „Jacy wy głupi jesteście”. W nieco łagodniejszym stylu daje odprawę pobożnym siostrom ze zgromadzenia Filles de la Croix, które chcą ją złowić w swoje szeregi i dla zachęty wkładają jej na głowę dość skomplikowany w konstrukcji zakonny kornet. „Zdejmijcie ze mnie ten tunel!” – woła z otchłani nakrochmalonej tuby Bernadeta.

Gdyby młoda wizjonerka z Lourdes miała choć szczyptę literackiego talentu i nieco poprawniej mówiła po francusku, mogłaby swoje przeżycia, spotkania z ciekawskimi i duchowe molestowania zamknąć w poczytny raport z oblężonego miasta. Ale to nie chciwie szukające sensacji tłumy były jego prawdziwym zagrożeniem, nie kupcy świątynni oferujący pobożną tandetę oblegali miasto, nie zdzierające z pielgrzymów dobrze prosperujące hotelarskie rodzinne interesy ani namolne siostry, ale ta Francja, która Lourdes zaczęła nazywać „dziwnym miastem” – Francja subtelna i arogancka zarazem, zniesmaczona sytuacjami żenującymi intelektualnie, a do takich zaliczyła „wypadki” w Lourdes. A także ich prostacką interpretację, wcieloną następnie w niezbyt wyrafinowaną intelektualnie maryjną pobożność.

To jest fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!