W Taizé brat Alois opowiadał mi, że lęk przed uchodźcami dotyka ludzi z wielu krajów. Trzeba tak tłumaczyć i pokazywać te zjawiska, które wzbudzają obawy, by z ludzi ten lęk zdejmować.

Bartosz Bartosik: W dyskusjach na temat uchodźców pojawia się argument odwołujący się do lęku przed utratą poczucia bezpieczeństwa. Wielu z nas zwyczajnie się boi. Czy dla chrześcijanina lęk jest wystarczającym powodem, żeby nie pomagać bliźniemu?

Abp Wojciech Polak: Nie bez powodu mówi się, że lęk jest złym doradcą. W tej sprawie jest dla chrześcijan doradcą najgorszym. Skala jego rozpowszechnienia powoduje jednak, że kluczową sprawą stało się, jak na ów lęk (także pojawiający się u innych) reagujemy.

Kilka miesięcy temu miałem okazję spędzić parę dni w Taizé, gdzie rozmawiałem między innymi z bratem Aloisem. On ma za sobą dziesiątki spotkań z młodzieżą z całego świata i opowiadał mi, że lęk, o którym mówimy, dotyka ludzi z wielu krajów europejskich i nie możemy go lekceważyć. Nie wolno nam przyjmować postawy, która uznaje, że czyjś lęk nie ma znaczenia, nie istnieje, że jest wydumanym problemem itp. Nie, on jest. Jest realny, nawet jeśli jest irracjonalny. I nie zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki tylko dlatego, że uznajemy go za irracjonalny. Te obawy i lęki musimy przezwyciężać. Trzeba tak tłumaczyć i pokazywać te zjawiska, które wzbudzają obawy, by z ludzi ten lęk zdejmować.

W Taizé są dwa domy, w których zostali przyjęci uchodźcy spod Calais. Ostatnia grupa, wakacyjna, to sześć czy siedem osób. Zanim dotarła na miejsce, bracia z Taizé chodzili dosłownie od domu do domu i rozmawiali z mieszkańcami wioski, starając się tłumaczyć, co się wydarzy, i rozpraszać ich obawy. A gdy już owi uchodźcy przyjechali, to bracia razem z nimi odwiedzali okoliczne domy. W efekcie tej pracy obecnie zaproszeń od mieszkańców w czasie weekendów jest tak wiele, że ani bracia, ani ich goście nie są w stanie po prostu wszędzie pójść!

Myślę, że kluczem do sukcesu był fakt, że bracia na lęk w lokalnej społeczności nie zareagowali wzruszeniem ramion: „Nie ma się czego bać, a kto się boi, jest nieracjonalny. To nie powinno mieć miejsca”. Nie, lęk jest i trzeba zacząć z nim dialogować, żeby pomóc człowiekowi przepracować w sobie ten lęk.

Ewa Buczek: Ten przykład świetnie pokazuje, że obcy staje się nam bliski przez doświadczenie spotkania. Tylko kim właściwie jest dla nas „obcy”? Czy w optyce chrześcijańskiej ta figura jest nam do czegoś potrzebna?

– Egzystencjalnie „obcy” to postać, która budzi lęk. I nie odrzucałbym tej kategorii na starcie, chociażby z tego powodu, że podstawowym źródłem lęku jest niewiedza. Obcy jest postrzegany przez pryzmat pewnych uprzedzeń, klisz, stereotypów. I tego nie uda się rozbroić przez sztuczne stworzenie konstrukcji nakazującej widzieć go inaczej. On jest postrzegany tak, jak jest postrzegany. Ważne jest, aby spokojnie pokazywać, dlaczego obcy nam nie zagraża, w czym nas może otworzyć, w czym nas może wzbogacić, jak możemy w relacji do niego sami stać się dojrzalsi i lepsi. To proces, który wymaga wysiłku. Tego nie da się zrobić prostym stwierdzeniem, że tak być nie powinno.

Buczek: Czy ten wysiłek powinien być jakoś mocniej podejmowany przez Kościół instytucjonalny?

– Powinien. W dzisiejszej Polsce zwłaszcza w odniesieniu do tych „obcych”, których już mamy pośród nas – a najwięcej z nich to Ukraińcy. Oczywiście od razu ktoś zapyta: „Jaki to obcy? Mówi prawie jak my, wygląda prawie jak my, przybywa ze świata, który jest bardzo podobny do naszego…”. To prawda, ale w skali jednej miejscowości, w danym środowisku taki Ukrainiec jest jednak kimś nieznanym, chociażby przez to, że nie jest stąd, a to jest podstawowy wyznacznik obcości. Jestem przekonany, że Kościół powinien podejmować większy wysiłek w pracy wychowawczej i edukacyjnej, aby otworzyć nasze społeczności na tych ludzi.
Przytoczę przykład. Niedawno byłem w pewnej parafii, która świętowała swój jubileusz. Kiedy przed Mszą Świętą szliśmy do kościoła w uroczystej procesji, zauważyłem ludzi idących nieopodal drogą. Zapytałem proboszcza, kim oni są, a on mówi: „To są Ukraińcy, którzy pracują w okolicy”. Zapytałem, gdzie mieszkają. „A tak tu, wokół naszej miejscowości”. I to była cała wiedza na ich temat. Dlatego pod koniec Mszy Świętej nawiązałem do tej sytuacji i podkreśliłem, że parafia to nie tylko piękne centrum, ale też peryferie, o których mówi papież Franciszek. I właśnie ci Ukraińcy wracający z pracy drogą koło świątyni to są te peryferie, do których członkowie tej parafii są posłani. Zachęciłem ich, żeby spróbowali się tymi ludźmi zainteresować, zobaczyć, kim są. Może czegoś potrzebują? A nawet jeśli nie brakuje im nic w sensie materialnym, to zawsze możemy im zaproponować chociażby wspólne przeżywanie ważnych dla parafii momentów, np. zaprosić ich na parafialne dożynki. To jest konkret przyjęcia obcego tu i teraz. […]

Rozmawiali: Bartosz Bartosik i Ewa Buczek

Abp Wojciech Polak – od maja 2014 r. metropolita gnieźnieński, prymas Polski, przewodniczący Zjazdów Gnieźnieńskich. Święcenia kapłańskie przyjął w 1989 roku w Gnieźnie. W latach 1989–1991 był wikariuszem w parafii farnej w Bydgoszczy i jednocześnie sekretarzem biskupa pomocniczego Jana Nowaka. Następnie odbył w Rzymie studia doktoranckie z teologii moralnej uwieńczone doktoratem „Chiesa, peccato, riconciliazione”. Od 2003 r. biskup pomocniczy archidiecezji gnieźnieńskiej. Był delegatem Konferencji Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Emigracji. W latach 2011–2014 pełnił funkcję sekretarza generalnego KEP.

To jest fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!