Dzieci dorastały i dla każdego z nich przychodziła chwila, kiedy ojciec koniecznie powinien już wrócić. Tymczasem – nie wracał.

(…) kraj nasz zatruty został stopniowo miazmatami Archipelagu. Czy kiedykolwiek się ich pozbędzie – Bóg raczy wiedzieć.

Czy potrafimy i czy ośmielimy się kiedykolwiek opisać całe to paskudztwo, wśród którego musieliśmy wieść życie? Trzeba pokazać je w całej ohydzie – wszelkie niedomówienie byłoby kłamstwem. (…)

W tym cuchnącym piwnicznym świecie, gdzie prosperowali tylko oprawcy i najbardziej zdeklarowani zdrajcy; gdzie porządni ludzie, którzy ostali się na powierzchni – wpadali w pijaństwo, nie mając siły i chęci na nic innego; gdzie ciała młodych ludzi pokrywały się zdrową opalenizną, dusze zaś – śniedziały i gniły; gdzie co noc szaro-zielona łapa penetrowała domy i coraz to kogoś brała za kark, aby wrzucić do mamra – otóż w tym świecie snuły się i krążyły na oślep miliony zagubionych, zdezorientowa­nych kobiet, którym porwano na Archipelag męża, syna czy ojca.

Nikt nie był od nich bardziej ogarnięty strachem: bały się lustrzanych szyldzików, drzwi dyrektorskich gabinetów, telefonicznych dzwonków, trzaskania drzwiami, lękały się listonosza, mleczarki i hydraulika. I każdy, komu stały na drodze, mógł je wyrzucić z mieszkania, z pracy, z rodzinnego miasta.

Niektóre z nich naiwnie wierzyły, że formułkę „bez prawa do kores­pondencji” – należy brać dosłownie i że ON da znać o sobie, gdy minie dziesięć lat. Stały całymi dniami w kolejkach pod bramami więzień. Odbywały stukilometrowe podróże, bo ktoś powiedział, że gdzieś tam przyjmują paczki żywnościowe. Czasem umierały wcześniej niż ci, których im zabrano. Czasami – dzięki napisowi na zwróconej przez pocztę paczce – „adresat zmarł w lazarecie” – mogły dowiedzieć się, kiedy właściwie ich bliski zginął.

Czasami – jak Olga Czawczawadze – docierały w głąb Sybe­rii, chcąc złożyć na grobie męża szczyptę ziemi ojczystej – tylko że nikt im wskazać nie potrafił, pod którym leży kurhankiem i w jakim towarzy­stwie, bo chowają ich trójkami. Czasem, jak Zelma Żugur, pisały obel­żywe listy do różnych Woroszyłowów, zapominając, że sumienie Woroszyłowa zgasło wiele lat przed jego własnym zgonem.

Niektóre z nich naiwnie wierzyły, że formułkę „bez prawa do korespondencji” należy brać dosłownie

I te kobiety miały jeszcze dzieci, dzieci dorastały i dla każdego z nich przychodziła chwila, kiedy ojciec koniecznie powinien już wrócić. Tym­czasem – nie wracał.

Trójkącik z ukośnie kratkowanego szkolnego papieru. Widać, że ktoś używał kolejno czerwonego i niebieskiego grafitu – zapewne dziecinna rączka odkładała dwukolorowy ołówek, pozwalała sobie na chwilę odpo­czynku i znów go brała, ale odwrotnym końcem. Kanciaste, nieporadne literki, spore spacje, czasem pośrodku poszczególnych słów:

„Dzień dobry Papciu zapomniałem jak trzeba pisać do Szkoły pójdę niedługo jak się zima skończy wracaj prędko bo nam bez ciebie źle nie mamy taty w domu mama raz mówi że jesteś na delegacji drugi raz że chory na co czekasz uciekaj ze szpitala Oleś to przyleciał ze szpitala w samej koszuli mama uszyje ci nowe spodenki a ja ci dam mój nowy pasek chłopcy i tak mnie się boją ja tylko Olesia nigdy nie biję on też mówi prawdę i też jest biedny a ja raz byłem chory leżałem w takiej gorączce chciałem już umrzeć razem z mamą ale ona nie chciała no to mnie też się odechciało oj ręka już boli dosyć pisania całuję cię furę razy” – Igorek, 6 i pół roczku. „Ja już umiem pisać na kopertach zanim mama wróci z roboty to już mój list w skrzynce”.

Fragmenty rozdziału z książki „Archipelag GUŁag 1918-1956”, który ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7-8/1989 pod tytułem „Wolny kraj”.