Mamy do czynienia ze zmianą jedynie personalną o charakterze wizerunkowym czy też chodzi o drugi polityczny oddech rządów PiS?

Dymisję gabinetu premier Beaty Szydło trudno było uznać za zaskakującą. Ciągnące się przez kilka tygodni spekulacje na jej temat coraz mniej służyły reputacji polskiego państwa. Coraz bardziej za to przypominały polityczny korowód, który w swym osobliwym pląsie wyrwał się nagle spod kontroli prowadzących, wprawiając w zdumienie zarówno ich samych, jak i nas, polityczną publiczność. W tym sensie przejdą one być może do podręczników historii politycznej i ich działów „osobliwości”. W tym także sensie przecięcie spekulacji przyjąć należy z satysfakcją.

Formułowane dziś oceny politycznego i społecznego dorobku ustępującego rządu wynikają nieraz z politycznych poglądów, a zwłaszcza tego, w jakim stopniu akceptuje się bądź odrzuca polityczną filozofię obozu „dobrej zmiany”. Bilans bardziej obiektywny możliwy będzie dopiero z pewnej perspektywy, na tle dalszych losów polskiej polityki, kolejnych wyników gospodarczych, procesów społecznych oraz ocen wyborców.

Morawiecki musi przekonać do swej misji i inwestorów zagranicznych, i własne zaplecze

Tu i teraz jednak kluczowa jest oczywiście kwestia najbliższej przyszłości. Desygnowanie na stanowisko premiera Mateusza Morawieckiego rodzi bowiem oczywiste pytanie: czy mamy do czynienia jedynie ze zmianą personalną, czy też na politycznym horyzoncie rysują się widoki na zmianę szerszą, obejmującą także prawa politycznej grawitacji, jakimi rządzi się polska polityka po roku 2015?

Zastanawiamy się dziś zwłaszcza: czy – jak uważa część krytyków obozu władzy – nowy premier i jego nowy/stary? gabinet oznaczać będą wyłącznie zmianę wizerunkową rządów Prawa i Sprawiedliwości? Czy też – jak przekonują nas z kolei sami rządzący – chodzi o nowe priorytety gospodarcze i międzynarodowe, właśnie o swoisty drugi polityczny oddech „dobrej zmiany”? Czy też wreszcie – czego nie mogą zapewne wykluczyć ani jedni, ani drudzy – swą dość ryzykowaną polityczną decyzją prezes Jarosław Kaczyński uruchomił szerszy polityczny proces, który prędzej czy później zmienić może specyficzne reguły politycznej gry, określone przez niego samego w roku 2015?

Budapeszt w Warszawie?

Nie znając ani dokładnych politycznych kulis zmiany na stanowisku premiera, ani, tym bardziej, najbliższej nawet przyszłości, skazani jesteśmy, rzecz jasna, jedynie na przypuszczenia i domysły w poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania.

Unikając jednak nadmiernej futurologii, można już dziś założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że chodzi o zmiany głębsze i poważniejsze niż sam tylko politycznej wizerunek. Pozytywny wizerunek rządu Beaty Szydło u sporej części wyborców był bowiem akurat jego mocną stroną, a znając sprawność polityków PiS w tym zakresie, doskonale wyobrazić sobie można, że wraz ze sprzyjającymi sobie mediami skutecznie przesterowaliby go w kierunku „nowego politycznego otwarcia”, bez potrzeby przeprowadzania ryzykownych i niezrozumiałych społecznie politycznych roszad. Co więcej, także wizerunek międzynarodowy „dobrej zmiany” można by ocieplać bez zasadniczych i ryzykownych zmian personalnych, stosując starą polityczną metodę gry różnych melodii na różnych fortepianach: grając inny koncert dla partnerów i instytucji europejskich, inny zaś dla słuchaczy w kraju.

Mówiąc krótko, cena, jaką jest spore polityczne zamieszanie związane z powołaniem nowego rządu, wydaje się zbyt wygórowana, by PiS zechciał ją płacić dla samego tylko wizerunku,.

O wiele bardziej prawdopodobne wydaje się zatem, że „dobra zmiana” – stawiając dziś na czele swego rządu stosunkowo młodego i znanego w Europie sprawnego menedżera – szuka nie tylko nowego wizerunku, ale także, a może przede wszystkim, drugiego politycznego oddechu. Szuka nowego politycznego otwarcia, które zwiększy zaufanie międzynarodowych inwestorów, poprawi relacje z Unią Europejską i przyciągnie sympatię – przynajmniej części – klasy średniej, przedsiębiorców i polskich elit gospodarczych.

Powołanie na stanowisko premiera Mateusza Morawieckiego dość powszechnie odczytywane jest dziś zatem jako sięganie po wariant węgierski, w którym Viktor Orbán potrafił połączyć – do pewnego przynajmniej stopnia skutecznie – twarde rządy silnej ręki z szerokim i trwałym poparciem w swoim kraju, ale także z dobrymi relacjami na brukselskich salonach.

PiS i Fidesz: niekoniecznie dwa bratanki

Nie odrzucając całkowicie tej hipotezy, o której dość zgodnie mówi dziś wielu różnych komentatorów, warto jednak zauważyć także na istotne ograniczenie takiej węgierskiej analogii.

Najważniejsze z nich to rzecz jasna – zupełnie nieznane Orbánowi – fundamentalne ograniczenia władzy polskiego premiera, który po roku 2015 wszystkie swe najważniejsze decyzje polityczne i personalne konsultować musi z faktycznym centrum decyzyjnym przy ulicy Nowogrodzkiej. Są też różnice inne. Viktor Orbán jest związany ze swym Fideszem od zawsze, a cała partia jest jego naturalnym zapleczem. Mateusz Morawiecki natomiast – z punktu widzenia szeregowych działaczy PiS – jest działaczem „ostatniej godziny”, który nie szedł razem z nimi przez długie i trudne lata opozycji. Nie ma też zapewne w związku z tym zbyt silnego zaplecza partyjnego, takiego przynajmniej, jakie mieć będą jego niektórzy ministrowie. Warto też pamiętać, że Fidesz w roku 2010 – inaczej niż PiS w roku 2015 – przejmował władzę po zupełnej kompromitacji rządu Ferenca Gyurcsány’ego i musiał wyprowadzać Węgry z głębokiej zapaści gospodarczej, co, jak widać, na długie lata sparaliżowało węgierską opozycję.

Wydaje się zatem, że premierowi Morawieckiemu będzie bardzo trudno w krótkim czasie powtórzyć polityczny sukces i fenomen Viktora Orbána. Zaś w pierwszych dniach i tygodniach swego urzędowania będzie musiał przekonywać do swej misji – równie intensywnie jak zagranicznych inwestorów i europejskich polityków – swe własne zaplecze i jego wyborców. Zresztą właśnie dlatego, jak się wydaje, pierwszego wywiadu w nowej roli udzielił Telewizji Trwam.

Więcej modernizacji, mniej rewolucji?

W najbliższym czasie nowy premier będzie więc zapewne podkreślał w swym języku i swej ofercie politycznej wszystko to, co kojarzy się z filozofią polityczną „dobrej zmiany”, unikając przy tym gestów i deklaracji zbyt wolnorynkowych czy zbyt europejskich. Trudno też spodziewać się, że zajmie on inne niż jego obóz polityczny stanowisko w sprawie tak ważnych i niepojących dziś zmian w systemie sądowniczym czy wyborczym.

Wydaje się jednak, że powierzenie misji premiera politykowi stosunkowo młodemu i jednak stosunkowo niezależnemu od PiS – który dobrze rozumie wagę i złożoność relacji międzynarodowych, który do służby publicznej szedł z bagażem sporego życiowego sukcesu, i który ma co robić poza polityką – stwarza możliwość uruchomienia się nowego procesu politycznego.

„Dobra zmiana” szuka nie tylko nowego wizerunku, lecz także nowego politycznego otwarcia

Otrzymując bowiem ster rządu, przy wszystkich jego politycznych ograniczeniach, premier Mateusz Morawiecki stać się może – inaczej niż jego poprzedniczka – istotnym politycznym punktem odniesienia dla tych polityków obozu władzy, którzy w „dobrej zmianie” widzą przede wszystkim projekt modernizacyjny, a niekoniecznie wielką polityczną czy ustrojową rewolucję. Zanim więc nowy szef rządu uzyska większe zrozumienie u polityków zagranicznych i sympatię części przynajmniej wyborców z politycznego centrum, sam stać się może wsparciem dla polityków takich jak Jarosław Gowin czy Anna Streżyńska, którzy czasem dystansowali się od najbardziej spektakularnych akcji politycznych PiS.

Powierzenie Morawieckiemu funkcji premiera wzmocnić też może prezydenta Andrzeja Dudę w jego politycznym zmaganiu o polityczną podmiotowość – zwłaszcza w obszarze konstytucyjnej odpowiedzialności za armię – oraz ograniczyć nieco polityczną swobodę ministrów budzących największe kontrowersje, którzy cieszyli się dotąd w rządzie sporą autonomią.

Wszystko to pogłębić więc może w obozie dobrej zmiany naturalny w każdym politycznym środowisku podział na skrzydło umiarkowane oraz bardziej radykalne. Wszystko to przyspieszyć też może w obozie Zjednoczonej Prawicy nieuchronną wymianę pokoleń, a także związaną z nią rywalizację o władzę na polskiej prawicy w przyszłości.

Dla nas zaś wszystkich wszystko to sprawić może – choć, rzecz jasna, nie musi – że „dobra zmiana” jaką znamy, okaże się nieco lepsza. Może ona stać się bardziej przewidywalna, poważnej traktująca instytucje i reguły demokratycznego państwa prawa, szerzej otwarta na dorobek Polski po roku 1989 i bardziej wsłuchana w głosy krytyków oraz tej części społeczeństwa, która się z nią politycznie nie utożsamia.

Czy tak będzie – zaczniemy przekonywać się już niebawem, poznając choćby exposé nowego premiera czy skład rządu, z jakim Morawiecki uda się do Pałacu Prezydenckiego.