Pragnął oddzielić katolicyzm od ideologii politycznych, zwłaszcza nacjonalizmu. Pisał, że dekomunizacja to przede wszystkim odbudowa demokracji i państwa prawa.

Z Jerzym Turowiczem tylko raz miałem okazję dłużej porozmawiać. Obserwowałem go z oddalenia. Jego zgon zasmucił mnie tak jak wielu, którzy szli za nim. Zabrakło jednego z tych, którzy nam wyznaczali drogę godnego postępowania w czasach trudnych doświadczeń, wyborów, próby charakterów – w czasach PRL. Jednego z tych, którzy uczyli porządkowania wartości, odróżniania dobra od zła, budowali syntezę między tradycją a nowoczesnością oraz prowadzili nas do wolnej, demokratycznej i niepodległej Polski.

Fundament

Wychowanie katolickie w domu rodzinnym, a zapewne też – bardziej tolerancyjna niż w innych miastach – atmosfera rodzinnego Krakowa, chroniły go przed poddaniem się skrajnym ideologiom silnie oddziałującym na wyobraźnię młodej inteligencji w latach trzydziestych. Osobowość skłaniała do szukania grup, które mogły być partnerami w namyśle nad otaczającym światem i sensem życia człowieka. Tak trafił do „Odrodzenia”, katolickiej organizacji akademickiej, skoncentrowanej raczej na pracy intelektualnej niż na walce politycznej.

W roku akademickim 1931/32 był już sekretarzem zarządu „Odrodzenia” we Lwowie, a w 1934 jego prezesem na Politechnice, gdzie studiował zafascynowany chwilowo lotnictwem. W tymże roku 1934 na trwających trzy tygodnie rekolekcjach w podwarszawskich Laskach spotkał ks. Władysława Korniłowicza, który był jak najdalszy od częstych wtedy prób łączenia katolicyzmu z nacjonalizmem.

Wśród myślicieli, którzy wywarli nań szczególny wpływ wymieniał później ks. Konstantego Michalskiego, na którego seminarium chodził już jako student filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, oraz o. Jacka Woronieckiego, z którym spotykał się m.in. na Tygodniach Społecznych Odrodzenia. Z filozofów i teologów obcych wyróżniał szczególnie Jacquesa Maritaina, który dawał myśli katolickiej szeroki horyzont uniwersalistyczny i personalistyczny, oraz Emmanuella Mouniera, który uczył wrażliwości na kwestie społeczne i wskazywał potrzebę otwarcia się katolików na wartości głoszone przez lewicę.

W działalności „Odrodzenia” Turowicz szybko wybił się jako jedna ze znaczących postaci. Wygłaszał wiele referatów na zebraniach w Krakowie i Lwowie, ale też na Tygodniach Społecznych Odrodzenia, pośród prelegentów takich jak o. Woroniecki czy młody ks. Stefan Wyszyński. Brał udział w kilku międzynarodowych kongresach „Pax Romana”, a w 1936 r. przewodniczył nawet polskiej delegacji. Zapoczątkował też swą drogę redaktora i publicysty – w roku 1933/34 redagował biuletyn lwowskiego „Odrodzenia” pod zabawnym tytułem „Dyszel w głowie”, a w 1937 wszedł do komitetu redakcyjnego ogólnopolskiego miesięcznika „Odrodzenie”. Tuż przed wybuchem wojny objął redakcję znanego w Krakowie od lat, ale przechodzącego głęboki kryzys i spadek nakładu, dziennika „Głos Narodu”.

W młodzieńczych artykułach zauważał załamanie liberalnego indywidualizmu, kultury nowożytnej, upadek humanizmu antropocentrycznego, a więc zorientowanego na człowieka wolnego i niezależnego od Boga. „Reakcją na ten upadek, który przyszedł przede wszystkim jako konsekwencja straszliwej rzezi I wojny światowej– pisał Turowicz – stały się ruchy i państwa totalne, głoszące, że jedynie zbiorowość lub państwo jest posiadaczem prawd bezwzględnych. Ostatnim obrońcą człowieka i jego godności stał się Kościół: jedyny istotny ratunek dla cywilizacji zachodniej, to wydobycie elementów chrześcijańskich, które w niej tkwią, odrzucenie wszystkich naleciałości, wypaczeń, deformacji i budowa nowej, chrześcijańskiej kultury, opartej na katolickiej, personalistycznej koncepcji człowieka, na humanizmie teocentrycznym. Nie naśladowanie średniowiecza (…), ale tworzenie nowej jedności, nowej kultury, odpowiadającej obecnym, zmienionym warunkom historycznym. Przemiany ustroju społecznego, instytucji życia społecznego są z pewnością ważne, ale najważniejsza jest przebudowa człowieka, bo tylko z człowieka wyrasta prawdziwy humanizm”[1].

W słowach tych była obecna polemika z popularnymi na prawicy koncepcjami opanowania państwa, by – wzorem ustroju średniowiecza – odgórnie zrealizować katolicki ład społeczny i polityczny, eliminując przy tym ośrodki i ugrupowania głoszące inne idee. W zamierzeniach tych Turowicz dostrzegał jeden z projektów totalitarnych. Pragnął oddzielić katolicyzm od ideologii politycznych, zwłaszcza nacjonalizmu. Religia powinna być fundamentem kultury. Z kultury bowiem i wychowania jednostki wyrastać dopiero może lepszy ład społeczny i ustrojowy. Ważniejsza więc od polityki jest kultura.

Wojnę spędził w majątku rodzinnym żony pod Krakowem. Dom ten stał się schronieniem dla wielu krewnych i osób zupełnie obcych, zagrożonych aresztowaniem lub bezdomnych. Byli wśród nich partyzanci, między innymi Jan Józef Szczepański, ukrywający się Żydzi, angielski pilot zestrzelony nad Polską, a po Powstaniu wygnańcy ze stolicy, w tym Czesław Miłosz.

Przyszły redaktor „Tygodnika” rzadko i oszczędnie mówił o swych zaangażowaniach konspiracyjnych, choć przyznawał, że przystąpił do kierowanej przez Jerzego Brauna katolickiej organizacji „Unia” oraz pisywał do związanego z nią pisma „Kultura Jutra”. Dyskutowano w tym kręgu m.in. projekt powołania po wojnie społeczno-kulturalnego tygodnika katolickiego. Kontakty Turowicza sięgały też jednak świeckiego, czy nawet laickiego środowiska skupionego wokół „Miesięcznika Literackiego”.

Jeśli pierwsza wojna światowa prowadziła Turowicza do wniosku o kryzysie współczesnej cywilizacji, druga wojna musiała to przeświadczenie jeszcze umocnić. „Sięgnięcie do korzeni współczesnego kryzysu europejskiego odkrywa nam jako najgłębszą i najistotniejszą jego przyczynę tylko to jedno: odejście od chrześcijaństwa” – pisał w jednym z pierwszych powojennych artykułów[2].

„Tygodnik Powszechny”

Zajęcie Polski przez Armię Czerwoną i objęcie władzy przez komunistów otwierało okres zupełnie nowych doświadczeń i dramatycznych wyborów. Pytanie najważniejsze brzmiało: czy trwać w niezłomnym oporze i odmówić uznania nie chcianej rzeczywistości, czy też szukać możliwości legalnego działania w istniejących warunkach? Odpowiedzi na to pytanie udzielił arcybiskup Adam Sapieha, decydując się na przystąpienie do wydawania pisma pod firmą Kurii Metropolitalnej. Pierwszy numer „Tygodnika Powszechnego” wyszedł już 24 marca 1945 r., czyli w dwa miesiące po wkroczeniu Rosjan do Krakowa oraz na trzy miesiące przed powrotem Mikołajczyka do kraju.

Mandatariuszem Sapiehy i pierwszym naczelnym redaktorem pisma został ks. Jan Piwowarczyk, a wśród publicystów dominowała krakowska profesura. Wejście od pierwszego numeru do ścisłej redakcji zawdzięczał Turowicz zapewne temu, że był ostatnim przed wojną redaktorem „Głosu Narodu”, którego „Tygodnik” miał być jakąś powojenną kontynuacją.

Wspominając po latach ks. Piwowarczyka napisze, że był „Tygodnika Powszechnego” organizatorem, współtwórcą jego profilu i koncepcji. W ciągu tego pierwszego roku istnienia pisma przekazuje funkcję redagowania piszącemu te słowa, ale pozostaje w nim nie tylko jako – mianowany przez ks. Arcybiskupa Sapiehę – asystent kościelny, lecz przede wszystkim jako główny autorytet w sprawach politycznych, społecznych i gospodarczych, w dziedzinie problematyki religijno-teologicznej, oraz jako czołowy, bardzo płodny publicysta[3].

W wywiadzie udzielonym Jackowi Żakowskiemu Turowicz wspominał, że kontakty redakcyjne, zamawianie tekstów, budowanie kształtu numeru ks. Piwowarczyk powierzył jemu; zdecydował też, gdy przyszła potrzeba podania w druku nazwiska redaktora naczelnego, że pismo powinien podpisywać Turowicz[4].

W opublikowanym w czerwcu 1945 r. artykule, będącym deklaracją zasad i celów, Turowicz potępił przedwojenne próby godzenia katolicyzmu z nacjonalizmem, totalizmem, antysemityzmem i zauważał, że te skrajne ideologie skompromitował doszczętnie faszyzm i wojna.

Sprzeciw wobec prób szukania syntezy katolicyzmu i nacjonalizmu stanie się jedną z najistotniejszych cech wyróżniających „Tygodnik” i jego redaktora. „Prawdziwy katolicyzm – pisał – nie może być tylko wiarą z metryki, obyczajem, odświętną tradycją. Chrześcijaństwo, którego budowaniu chciał służyć, powinno być jak najgłębszym powrotem do Ewangelii. Świadomego katolika powinny cechować: bogate życie wewnętrzne oraz przemyślany światopogląd dający konsekwencje wobec otaczającej rzeczywistości i w stosunku do innych ludzi. Praca organiczna, pogłębienie religijności, upowszechnienie głębokiego, personalistycznego światopoglądu, stworzenie prawdziwego humanizmu katolickiego, opartego o naszą tradycję kulturalną, wreszcie zrozumienie olbrzymiej roli, którą prawda o Kościele jako organizmie mistycznym może odegrać w koniecznym dziś uspołecznieniu życia zbiorowego, oto najważniejsze zadania katolicyzmu w Polsce”[5].

Sprzeciw wobec syntezy katolicyzmu i nacjonalizmu stanie się jedną z  cech „Tygodnika” i jego redaktora

Pierwsze powojenne lata były okresem formowania zespołu, w którym prócz Turowicza znajdą się Stanisław Stomma, Hanna Malewska, Antoni Gołubiew, Jacek Woźniakowski, ks. Andrzej Bardecki, Stefan Kisielewski, Zofia Starowieyska-Morstinowa, Józefa Golmont-Hennelowa, a także Jan Józef Szczepański i – na kilka lat – Paweł Jasienica. Większość z nich łączyła wspólnota pokoleniowa, część przeszła przez „Odrodzenie” i toczone wtedy dyskusje. Prócz „Tygodnika” od 1946 r. dysponowali miesięcznikiem „Znak”, gdzie zamieszczano dłuższe rozważania programowe.

Nasuwało się pytanie, jaka ma być „strategia” pisma katolickiego? Czy winno upowszechniać zasady katolickiej nauki społecznej i podejmować polemikę programową z marksistami w sprawie zasad organizacji państwa i życia społecznego? Pozytywnej odpowiedzi na to pytanie udzielało zalegalizowane na kilka miesięcy Stronnictwo Pracy, jego tygodnik „Odnowa” oraz zespół „Tygodnika Warszawskiego”, na którego łamach występowali dawni przywódcy „Unii”. Podobne stanowisko wyrażał ks. Piwowarczyk, podejmując w „Tygodniku Powszechnym” fundamentalny spór z marksizmem. Zbliżone było z początku również stanowisko Turowicza, który w kwietniu 1946 r. pisał, że reformy przeprowadzane bez udziału katolików nie muszą być przez nich z góry uznane za nie do przyjęcia. Natomiast katolicy nie mogą zrezygnować z zasadniczego wpływu na owe reformy i z żądania, aby postulaty katolickiej doktryny społeczno-gospodarczej były w należytej mierze uwzględnione, skoro ogromna większość społeczeństwa tę doktrynę uważa za swoją[6]. W „Znaku” Turowicz próbował drążyć i analizować problem.

Powodem licznych ataków (aż do dnia dzisiejszego) na środowisko „Tygodnika Powszechnego” były tezy artykułu Stanisława Stommy na temat minimalizmu katolickiego, opublikowane w numerze „Znaku” z jesieni 1946 r.

Potępiający Stommę z reguły nie chcą zauważyć, że oddawał on swój artykuł do druku po słynnym sfałszowanym referendum czerwcowym oraz zawieszeniu w lipcu 1946 r. działalności Stronnictwa Pracy (ściślej, jego przejęciu przez ekipę związaną z PPR). Dla wnikliwych obserwatorów życia politycznego stawało się jasne, że nie ma nadziei na wolne wybory w Polsce, komuniści władzy nie oddadzą i są zdecydowani przemocą realizować własne koncepcje. Wybór polegał więc na tym, czy manifestować jawną opozycyjność, głosząc program społeczny wyraźnie sprzeczny z komunistycznym, czy też skupić uwagę na pracy zmierzającej do umocnienia wiary, pogłębienia refleksji religijnej, myśli teologicznej i zbudowanej na nich kultury. Stomma postulował tę drugą drogę.

Mimo wahań i nawet początkowo wyrażanych sprzeciwów, dalsza aktywność „Tygodnika” poszła właśnie tym szlakiem. Przyjęcie owego „minimalizmu” było poniekąd tym łatwiejsze, że grupa kierująca „Tygodnikiem”, w tym Turowicz, od wielu lat bardziej była zainteresowana problemami religii, filozofii, teologii i kultury, niż ekonomii i polityki.

Aktywność publicystyczna „Tygodnika” w pierwszych powojennych latach była z natury rzeczy ułomna, ograniczona bowiem nie tylko przez cenzurę, ale też taką ostrożność w komentarzach, by unikać wpisywania się w linie propagandy reżimowej. Przyjmowano założenie, które stanie się dla „Tygodnika” racją fundamentalną, że można nie pisać wszystkiego, ale nie wolno kłamać. Jeśli zabranie głosu byłoby połączone z koniecznością złożenia hańbiących deklaracji, lepiej milczeć.

W zasadniczym artykule „Katolicy w Polsce Ludowej” w 1950 r. Turowicz i Stomma pisali, że obóz katolicki w Polsce staje wobec alternatywy: albo włączyć się czynnie w jednolity ruch polityczny kierowany do celu wybudowania nowego ustroju socjalistycznego, albo też – uznając zwycięstwo obozu marksistowskiego – skierować swój aktywizm do takiej dziedziny pracy twórczej, gdzie praca ta nie wymaga przyjmowania odpowiedzialności za decyzje polityczne podejmowane przez obóz rządzący. „Wybór jest dla nas wyraźny. (…) Marksistami ani socjalistami nie jesteśmy. (…) Dlatego też nie możemy i nie powinniśmy przyjmować na siebie odpowiedzialności za realizację tego ideału w Polsce i w świecie. (…) O przyszłej roli Kościoła decydować będą nie te czy inne udane posunięcia polityczne, ale zakładanie fundamentów kultury katolickiej w świecie i w Polsce”[7].

Pismo starało się formować ogólne postawy, budować horyzont światopoglądowy, gusty kulturalne, wnosić do polskiego życia umysłowego zachodnią myśl katolicką. Polemiki z markistami dotyczyły raczej tych tematów niż bieżącej polityki. Wraz z postępem nie tylko politycznej, ale i kulturalnej stalinizacji, nawet ogólne debaty były niezwykle trudne. Turowicz wspominał, że w ostatnim okresie przed zamknięciem pisma cenzura nie pozwalała pisać o niczym, co redaktorów interesowało, zdejmowano niemal każdy tekst publicystyczny.

Można pytać, czy miało sens utrzymywanie pisma „na siłę” w takich warunkach. W decyzji trwania na przekór okolicznościom można widzieć wytrwałość i upór, które nie pozwalały oddać ostatniego utrzymanego na wysokim poziomie niezależnego pisma katolickiego. Można też jednak widzieć w tej wytrwałości myśl głębszą. Stalinizacja wszystkich dziedzin życia, towarzyszący jej terror, wszechstronny system kontroli nad społeczeństwem oraz ideologiczne „pranie mózgów”, miały doprowadzić do zniszczenia „starej” świadomości. Perspektywa odwrócenia tego kierunku przemian była niezwykle mało prawdopodobna, gdyż zostały zdławione siły polityczne, które mogły ją poprowadzić, a nadto rozbijano także wszelkie „stare” więzi społeczne. Stalinowska noc mogła trwać nawet 20 lat i prowadzić do zupełnego zniszczenia ciągłości tradycji i kultury. Toteż utrzymanie reduty, przypominającej atakowane teraz wartości kultury, religii czy „starej” etyki, oznaczało opóźnianie marszu ku stalinizacji i sowietyzacji. „Nie wierzyłem – wspominał jednak Turowicz – żeby szło ku siedemnastej republice, jednocześnie spodziewałem się coraz silniejszego nacisku totalizmu i odruchów oporu ze strony społeczeństwa”[8].

Wydawanie pisma katolickiego w takich warunkach oznaczało konieczność zawierania różnych, nie zawsze bezdyskusyjnych, kompromisów. Istniała jednak granica, poza którą redakcja nie chciała się posunąć. Przede wszystkim nie dawała się użyć za narzędzie dywersji wobec Kościoła i prymasa Wyszyńskiego, co dla kierownictwa PZPR stawało się stopniowo najważniejszą racją istnienia środowisk katolików świeckich. Próbę charakterów przyniósł rok 1953, kiedy po śmierci Stalina „Tygodnik Powszechny” odmówił zamieszczenia hołdowniczego artykułu. Sprzeciw redakcji zamykał możliwość dalszego manewrowania. W rozmowach z władzami padła wprawdzie sugestia usunięcia z redakcji Turowicza i Stommy, jako najbardziej „winnych” dotychczasowych „błędów”. Sugestia ta została odrzucona przez kolegium pisma, co dowodzi, jak bardzo zespół czuł się związany wzajemną lojalnością.

W okresie przejęcia pisma przez PAX (1953–1955) redaktorzy „starego” „Tygodnika” zachowali więź, lojalność wobec siebie i niezłomność – nie dali się „kupić” ani podzielić.

Pozytywizm

Sytuacja Polski w 1945 roku i w latach następnych była skomplikowana. Oczywista była niesuwerenność kraju, narzucenie mu przez Stalina rządu i całego systemu politycznego, terror bezpieki. Radykalną zmianę tego stanu rzeczy mogła jednak przynieść tylko nowa wojna światowa, a tego w zniszczonym wojną kraju mało kto pragnął. Nową polską granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej w pełni uznawał jedynie Związek Sowiecki, widząc w niej linię graniczną swego imperium. Zmiana układu sił w Europie prowadzić musiała do jej rewizji, zapewne daleko idącej. Powstawała zatem fundamentalna płaszczyzna wspólnych interesów między znacznymi odłamami Polaków, których poza tym dzieliło prawie wszystko. Należało zagospodarować Ziemie Zachodnie tak, by uczynić jak najmniej prawdopodobne oderwanie ich od Polski w wypadku zmiany światowej koniunktury. Kolejną płaszczyzną była sprawa odbudowy kraju, który poniósł w czasie wojny ogromne straty materialne i biologiczne. Uznanie odbudowy za priorytet i sprzeciw wobec kontynuowania walki zbrojnej, jako nie dającej żadnych szans na sukces, łączyły Mikołajczyka i PSL, rząd polski w Londynie, biskupów i większość inteligencji, w tym skupionej wokół „Tygodnika Powszechnego”. Program pozytywistyczny nasuwał się jako najbardziej odpowiadający potrzebom chwili.

W owym szerokim nurcie powojennego pozytywizmu istniały rozmaite jego odmiany, wynikające z różnych powołań, specjalności zawodowych, zainteresowań, postaw ideowych, a także gotowości do płytszego lub głębszego kompromisu z rządzącymi komunistami. Jedną z takich dróg postulował „Tygodnik Powszechny”.

Kompromis z rządzącą partią określony został na poziomie podstawowej lojalności wobec państwa, poparcia obrony polskości Ziem Zachodnich, odbudowy kraju i sprzeciwu wobec kontynuowania walki podziemnej. Był to kompromis płytki, zakładający istnienie granic, poza które – niezależnie od okoliczności – nie wolno się posunąć. Nie szukano możliwości udziału w strukturach władzy, rezygnowano z próby budowania szerszego ruchu i udziału w grach politycznych, co za swoje zadanie uznało środowisko Bolesława Piaseckiego tworzące grupę „Dziś i Jutro”, a następnie PAX. Kiedy w 1953 r. wybiła godzina próby, grupa „Tygodnika” odrzuciła możliwość hańbiącego kompromisu, wybrała zamknięcie swego warsztatu pracy i wycofanie z życia publicznego.

Gdy przyszedł Październik 1956 roku, środowisko „Tygodnika Powszechnego” posiadało wysoki prestiż jako grupa o wysokim poziomie intelektualnym i etycznym, jednocześnie znana z politycznego umiaru i poczucia realizmu. Otwierało to przed Turowiczem i jego współpracownikami nowe perspektywy. W następstwie spotkania Turowicza, Stommy, Gołubiewa, Zawieyskiego i Woźniakowskiego z Gomułką 30 października 1956 r. przyszła decyzja Biura Politycznego PZPR o wznowieniu wydawania „Tygodnika Powszechnego”.

„Tygodnika” racją fundamentalną było to, że można nie pisać wszystkiego, ale nie wolno kłamać

Krąg byłych działaczy Stronnictwa Pracy zarzucał Turowiczowi i jego kolegom, że nie postawili partii dość daleko idących żądań. Kazimierz Studentowicz twierdził wręcz, że miał obietnicę ze strony Zenona Kliszki umieszczenia na listach wyborczych kilkudziesięciu kandydatów na posłów, a minimalizm Turowicza i Stommy pozwolił władzom poprzestać na drobnych koncesjach, jak „Tygodnik” i kilkuosobowe Koło Znak w Sejmie. Twierdzenia Studentowicza, przypominane niekiedy przez współczesnych publicystów, nie znajdują żadnego potwierdzenia w dokumentacji. Co więcej, wiedza o mechanizmach wydarzeń i przyjmowanych przez władze PRL granicach reform, pozwalają ocenić te rewelacje jako zwykłą fikcję, myślenie życzeniowe, a także bezpodstawną próbę kompromitowania grupy krakowskiej.

Pod koniec 1956 r. wyszedł pierwszy po przerwie numer „Tygodnika” pod redakcją Turowicza. Ten i następne numery zawierały ważne artykuły programowe, składające się na program tzw. neopozytywizmu. Był on kontynuacją postawy zajętej w latach czterdziestych, choć gotowość do kompromisu została posunięta o krok dalej. Ponieważ władze zaniechały terroru, zwolniły więźniów politycznych, w tym biskupów, podpisały z prymasem porozumienie dające Kościołowi gwarancje niezależności i prowadzenia misji, ograniczyły cenzurę i zapowiedziały reformy w wielu dziedzinach życia, środowisko skupione wokół „Tygodnika” zdecydowało się zrewidować postawę politycznego niezaangażowania.

Do Sejmu weszło kilka osób związanych z „Tygodnikiem”, a Zawieyski dał się nawet wybrać do Rady Państwa. Dzieje Koła Posłów Znak, ich sukcesów i porażek, to osobna historia. Jerzy Turowicz bezpośrednio w niej nie uczestniczył, nie zasiadał bowiem w Sejmie. Brał jednak udział w naradach, podczas których wykuwano linię postępowania, uczestniczył w przygotowywaniu wielu decyzji. Redagował z numeru na numer „Tygodnik”.

Stworzony po 1956 r. ruch Znak składał się z pięciu Klubów Inteligencji Katolickiej, redakcji „Znaku”, „Więzi” i „Tygodnika Powszechnego”, który był najważniejszym spoiwem całego ruchu i decydująco określał jego linię ideową.

Tę ideową tożsamość można charakteryzować następująco: katolicyzm jest wiarą religijną, którą wyrażać należy nie tylko przez udział w praktykach, ale też staranie o pogłębianie refleksji teologicznej, filozoficznej, udział w tworzeniu kultury oraz szukanie form dla podejmowania współodpowiedzialności za los świata, kraju, społeczeństwa. Religijna postawa powinna prowadzić do dialogu ze światem współczesnym i jego kulturą, szczepienia w nim wartości chrześcijańskich. Kościół katolicki jest Kościołem powszechnym, zatem dla katolików polskich może być inspirująca myśl teologiczna, filozoficzna, a także formy aktywności społecznej chrześcijan w innych krajach, zwłaszcza w Europie Zachodniej. Celem dialogu między ludźmi, także innych wyznań i niewierzącymi, jest szukanie wspólnych wartości, które mogą uczynić świat lepszym, bardziej sprawiedliwym, oddalić groźbę kataklizmu wojennego, budować jedność humanistycznej kultury, która będzie respektować podstawowe wartości chrześcijańskie i prawa człowieka. Postęp takiego dialogu przełamuje izolację Polski od świata demokratycznego i wzmacnia w niej pierwiastki antytotalitarne.

Istniejąca Polska jest jedynym realnie istniejącym państwem polskim, wprawdzie niesuwerennym, ale jej niesuwerenność może się zmniejszać w miarę postępu odprężenia między państwami i budowania mostów porozumienia między narodami. Stąd jednym z ważnych zadań jest dialog Polaków i Niemców, zmierzający do przezwyciężania wrogości. Dialog ten, który cierpliwie trzeba rozwijać, musi być szczery i uwzględniać podstawową polską rację stanu, czyli niezmienność granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Totalistyczny ustrój PRL jest skutkiem powojennego podziału Europy, ale też sytuacji wewnętrznej. Przykład Października uczy, że mimo przynależności Polski do bloku wschodniego, istnieje możliwość ewolucji systemu, poszerzania ram wolności obywatelskich, postępu praworządności, respektowania przez rządzących autonomii Kościoła. Proces ewolucji jest długotrwały, ma fazy zastoju i regresu, ale roztropna aktywność polityczna, jak również nacisk społeczny mogą popychać zmiany naprzód. Zadaniem ruchu Znak, w tym „Tygodnika Powszechnego”, jest działanie na rzecz takiego postępu.

Partnerem najważniejszym jest Kościół katolicki i jego hierarchia, wobec której należy zachowywać lojalność, co nie wyklucza dyskusji i sporów, utrzymanych jednak właśnie w granicach zasadniczej lojalności. Oddziaływanie na rzecz uznania przez państwo suwerenności Kościoła, prawa katolików do wyznawania swej wiary oraz równości obywateli bez względu na ich stosunek do religii, jest jednym z głównych czynników ewolucji ku demokratyzacji państwa.

Takie w ogólnym zarysie były główne idee ruchu Znak, których Turowicz był jednym z twórców. „Tygodnik Powszechny” z numeru na numer, w wielu rozmaitych tekstach, budował w czytelnikach taką właśnie wizję przyszłości. Chociaż pismo było dziełem zespołu, rola naczelnego była szczególna. „Tygodnikowi” poświęcał Turowicz niemal cały swój czas – w redakcji na Wiślnej, potem w domu, gdzie do późnej nocy czytał prasę krajową i zagraniczną, książki, oraz pisał. „Artykuły Jerzego Turowicza powstawały w postaci mówionej – wspomina ks. Adam Boniecki. – Tym, o czym pisał w artykułach, żył. Skoro tym żył, mówił o tym. (…) Napisany artykuł dawał nam do czytania. Chciał słyszeć opinie kolegów. Chętnie przyjmował uwagi, często je uwzględniał. Artykuły pisał w nocy. Zawsze dotrzymywał terminu. Pisał ręcznie, długopisem, na kartkach a4. Równym czytelnym pismem. Potem było to przepisywane w redakcji. Czasem coś napisał na starej maszynie (chyba niektóre odczyty), ale bez przyjemności”[9].

Dość szybko po Październiku ujawniła się opozycja między obrazem kraju ukazywanym przez „Tygodnik” i jego wizją przyszłości a zamierzeniami PZPR, dążącej do umacniania ustroju komunistycznego i zahamowania wpływów ideologii „burżuazyjnych” oraz „klerykalizmu”.

Redagując „Tygodnik” Turowicz musiał poruszać się po polu najeżonym zagrożeniami

W fundamentalnej ocenie pisma, sporządzonej w 1963 r. przez Wydział Administracyjny KC PZPR, pisano: „«Tygodnik Powszechny» jest pismem doskonale redagowanym. Potrafił nawiązać szczególnego rodzaju więź z czytelnikami. Redakcja rozumie mentalność i potrzeby swoich czytelników, a czytelnicy rozumieją intencje redakcji. Pismo wypracowało sobie cały system przemyślanej krytyki ideologicznej, społecznej i ustrojowej. (…) Na łamach «Tygodnika Powszechnego» nie ujawniają się poważniejsze różnice zdań pomiędzy grupą «Znaku» a hierarchią. Natomiast sporadyczne rozbieżności mają charakter drugorzędny i wynikają po prostu z odmienności poglądów na taktykę działania. Inteligenckie środowiska redagujące «Tygodnik Powszechny» nie bez racji stoją na stanowisku, że forsowane przez nich formy działania są bardziej efektywne, aniżeli proponowane przez hierarchię. (…) Nie przestając być pismem wyznaniowym, «Tygodnik» pełni równocześnie funkcję jedynego, niezależnego pisma pewnych elementów bezpartyjnej inteligencji. Stąd też ku «Tygodnikowi» ciążą wyraźnie wszystkie środowiska obce i wrogie socjalizmowi, ludzie dla których wyznaniowy charakter pisma stanowi tylko pretekst”[10].

Ocena ta tłumaczy, dlaczego redagowany przez Turowicza „Tygodnik” był uważany za pismo opozycyjne i podlegał rozmaitym szykanom. Autorzy tej recenzji postulowali m.in. ograniczenie do minimum polemik lub omówień artykułów „Tygodnika” na łamach pozostałej prasy, uniemożliwienie zabierania głosu w krakowskim piśmie przez osoby powiązane z instytucjami państwowymi, ograniczenie jego kolportażu w instytucjach państwowych, organizacjach i placówkach społecznych, a także wzmożony nadzór w zakresie spraw personalnych, finansowych, przydziału papieru i kontroli prasy[11].

Ta próba zepchnięcia „Tygodnika” na margines, realizowana przez wiele lat, powodowała, że był on dobrem bardzo poszukiwanym, ale też dla większości chętnych niedostępnym. Jednocześnie jednak wzmacniała wiarygodność pisma, które mimo restrykcji nie zmieniało swego charakteru. Przyczyniał się to tego wydatnie sam Turowicz, podpisując w 1964 roku słynny List 34 (za co obcięto „Tygodnikowi” nakład o 10 tys. egzemplarzy, czyli o 1/4) lub podejmując w 1966 r. na posiedzeniu Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu fundamentalny spór z Gomułką w obronie polskich biskupów atakowanych za list do biskupów niemieckich.

Można się zastanawiać, dlaczego byt tak negatywnie ocenianego przez władze pisma nie był bezpośrednio zagrożony? Być może władze PRL nie chciały pójść szlakiem swych stalinowskich poprzedników, pamiętając jak bardzo rok 1953 wzmocnił prestiż zespołu. Być może chciały zachować ten ośrodek opozycji katolickiej i inteligenckiej, jako swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa? Być może doceniały prestiż „Tygodnika” na Zachodzie, dzięki czemu mogły się przedstawiać jako bardziej liberalne (skoro pozwalają na istnienie takiego pisma). Może też liczono na to, że spory o Sobór i wprowadzanie reform w Polsce, przeciwstawią radykalnie „Tygodnik” i Prymasa Wyszyńskiego, taki zaś konflikt byłby dla władz PZPR zasadniczym sukcesem.

Redagując pismo, Turowicz musiał się poruszać z tygodnia na tydzień, przy pracy nad każdym numerem, po polu najeżonym podobnymi zagrożeniami.

Sojusz niepokornych

Przez długi czas „Tygodnik Powszechny” był pismem czysto katolickim, także w tym sensie, że tylko wyjątkowo pojawiały się na jego łamach teksty ludzi mających do Kościoła stosunek obojętny. Inteligencja polska była od dziesięcioleci głęboko podzielona światopoglądowo. Według ateistów i agnostyków kultura katolicka była czymś gorszym: myślą skażoną fideizmem albo wyrazem intektualnej niedojrzałości. Inteligencja katolicka widziała w ofensywie myśli świeckiej, nawet odległej od komunizmu, próbę burzenia tradycyjnych wartości i zniszczenia religii. Nawiązanie dialogu było więc niezwykle trudne. Umożliwiły to wspólne, zawiedzione nadzieje Października, wspólne akcje sprzeciwu (jak List 34), potępienie przez „Tygodnik” antysemityzmu (m.in. znany artykuł Turowicza z 1957 r.), w wymiarze powszechnym zaś wymowa pontyfikatu Jana XXIII i Sobór Watykański II.

Początki dialogu sięgają co najmniej 1960 r. Mieczysław Jastrun wspomina o spotkaniu grona polskich pisarzy – Hertza, Ważyka, Rudnickiego, Andrzejewskiego, Zagórskiego, Mycielskiego i jego samego z Turowiczem i Kisielewskim. Nie pisze, o czym rozmawiano, tylko komentuje: „Dziwne spotkanie, możliwe dzięki temu, że zawalił się ów «nowy świat», który chcieliśmy budować. Zdanie Ważyka o marksizmie jako o intelektualnym samobójstwie”[12].

Turowicz daleki był od uznania pisarzy dawniej zafascynowanych marksizmem jako intelektualnych samobójców. Grupa krakowska wyciągała ku nim rękę, a wspólne podpisy pod Listem 34 były tego świadectwem. Nadal były to jednak odrębne środowiska i odległe od siebie światy, zarówno towarzysko, jak myślowo. O sile uprzedzeń wiele mówi zapis z 1970 r. w dzienniku Andrzeja Kijowskiego, który jako jeden z pierwszych pisarzy nie podkreślających swej identyfikacji religijnej, podjął współpracę z „Tygodnikiem”: „Ryś Przybylski zarzucił mi, że podlizuję się polskiemu, obskuranckiemu katolicyzmowi, pisząc w «Tygodniku Powszechnym». Broniłem się, twierdząc, że teksty moje tam drukowane staram się utrzymać w granicach laickich, a nawet próbuję relatywizować przeżycia religijne, dobywając ich walor estetyczny lub poznawczy. Odpowiedział mi, wspomagany przez Jarka, że sam fakt drukowania w «TP» jest już podlizywaniem się polskiemu, obskuranckiemu katolicyzmowi, ponieważ takie to pismo jest. Odpowiedziałem, że piszę tam, gdzie mnie zaproszono, i że to miejsce uważam za najczystsze, najprzyzwoitsze w Polsce”[13].

Lata siedemdziesiąte były w najnowszej historii polskiej inteligencji przełomowe

Wygłoszenie tak ujemnych opinii o polskim katolicyzmie i krakowskim tygodniku w kilka lat później nie byłoby już chyba możliwe. Nie dlatego, że jakoś znacząco zmienił się „Tygodnik”, ale dlatego, że w postawach inteligencji świeckiej nastąpiły głębokie przewartościowania. Negatywne doświadczenia Marca 1968, katastrofy Praskiej Wiosny, polskiego Grudnia, dziesiątki rozmów prowadzonych przez Turowicza z przedstawicielami świeckiej inteligencji, przyciągnięcie do współpracy – w ślad za Kijowskim – m.in. Artura Międzyrzeckiego i Julii Hartwig, umożliwiały przełamywanie uprzedzeń. Momentem przełomowym było nawiązanie z „Tygodnikiem” systematycznej współpracy przez Antoniego Słonimskiego w 1971 r.

Podkreślając tę przemianę, nie należy jednak tracić poczucia proporcji. Pismo koncentrowało uwagę na sprawach Kościoła polskiego i powszechnego, dokonujących się w nim przemianach, wydarzeniem najważniejszym w całej dekadzie był dlań Sobór. Problemy i wątki zapowiadające Sobór i związane z Soborem dominowały też w publicystyce Turowicza, której wybór pod znaczącym tytułem „Chrześcijanin w dzisiejszym świecie”, ukazał się w 1963 r. z przedmową biskupa Karola Wojtyły.

Lata siedemdziesiąte były w najnowszej historii polskiej inteligencji przełomowe. Partia traciła resztki zdolności przyciągania do siebie humanistycznej inteligencji. Ideowy i intelektualny prestiż zyskiwał natomiast Kościół i związane z nim ośrodki ideotwórcze, wśród których „Tygodnik Powszechny” zajmował pierwsze miejsce.

Od wyznania wiary-niewiary ważniejsza stawała się wspólnota wartości humanistycznych, kulturalnych, troska o obronę praw człowieka, przeciwstawianie się wszelkiemu totalizmowi. Kampania wokół poprawek do konstytucji, zaraz potem działalność KOR i stosunek do tych przejawów obywatelskiej niepokorności, budowały nowe podziały środowiskowe, ideowe, polityczne. W archipelagu środowisk i grup opozycyjnej inteligencji „Tygodnik Powszechny” był pismem ważnym, powszechnie i z sympatią czytanym, a Jerzy Turowicz miał pozycję jednego z moralnych autorytetów. Podczas sesji w warszawskim KIK w listopadzie 1977 roku podkreślił nadrzędne wobec panującego ustroju i podziałów światopoglądowych znaczenie praw człowieka, takich jak wolność myśli, przekonań, opinii, w tym i wolność religijna oraz wolność demokratyczna, to znaczy możliwość kształtowania własnego losu, wpływania na własny los drogą zarówno osobistego wyboru, jak i drogą mechanizmów społecznych czy politycznych[14].

Wybór kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Apostolską jeszcze bardziej umocnił prestiż grupy krakowskiej. Powszechnie wiedziano o związkach krakowskiego metropolity z redakcją na Wiślnej oraz bliskich, nawiązanych jeszcze w 1949 r., stosunkach z Turowiczem. Licznie zjeżdżający do Polski dziennikarze z całego świata w redakcji „Tygodnika” widzieli środowisko najbliższe Papieżowi, pragnęli też od redaktorów pisma otrzymać wyjaśnienia wielu trudnych do zrozumienia polskich spraw. Turowicz o swoich spotkaniach i rozmowach z kardynałem Wojtyłą mówił z właściwą mu dyskrecją, unikając przypominania sytuacji i momentów, świadczących o zażyłości.

W wyborze Papieża i w jego pielgrzymce po Polsce w czerwcu 1979 r. widział najważniejszą może przyczynę wielkiej przemiany, która dokonała się rok później: „Polacy po raz pierwszy od wielu lat poczuli się wolni, mogli jawnie manifestować, w co wierzą, co myślą i czują, i nikt im w tym nie mógł przeszkodzić. Po raz pierwszy zobaczyli, że są jednomyślni, a więc jednością silni. Ta wizyta w znacznej mierze przyczyniła się do powstania «Solidarności» i przyspieszenia procesów, które doprowadziły do upadku ustroju komunistycznego w naszym kraju”[15].

Sierpień 1980 roku otwierał w Polsce czas wielkich przemian, ale też niepokoju o przyszłość, perspektywy ewolucji. Poparcie dla tworzącego się ruchu wolnościowego było bezdyskusyjne i głębokie, ale pismo nie zamierzało stać się po prostu „organem” „Solidarności”. Dając miejsce dla wypowiedzi działaczy Związku, informując o jego działalności i wspierając „Solidarność” w zmaganiach o wielką reformę kraju, „TP” wzywał też do miarkowania w żądaniach, a władzę nakłaniał do podjęcia autentycznego dialogu. Jerzy Turowicz kilkakrotnie składał podpis pod apelami o podjęcie autentycznego dialogu i kompromisu.

Czas legalnego istnienia „Solidarności” zapoczątkował też proces organizowania się nowych grup i środowisk katolickich, które odrzucały „stare” autorytety. Opozycja wobec linii „Tygodnika” nie zaznaczyła się wtedy jeszcze silnie. W polskim Kościele pismo zajmowało szczególnie mocną pozycję, wyrażało – jak powszechnie sądzono – dominujący w nim nurt. Świadczył o tym skład powołanej w grudniu 1981 r. Rady Społecznej przy Prymasie Polski, której przewodniczącym został Stanisław Stomma. Turowicz był jednym z jej członków, a chyba połowa spośród nich należała do kręgu współpracowników „Tygodnika Powszechnego”.

Zawieszone po 13 grudnia 1981 r. pismo zostało wznowione w maju 1982 r. Ocenę tego, co się w Polsce działo, wyrażono dobitnie już samą graficzną zmianą winiety: tytuł drukowano odtąd w czarnej obwódce. Począwszy od 1982 r. „Tygodnik”, choć nadal mocno cenzurowany, przeżywał okres swojej może największej świetności. Nawet jeśli cenzura nie pozwalała wypowiedzieć się wprost, znajdowano sposób zaznaczenia własnej postawy, np. drukując w pierwszą rocznicę grudniowego przewrotu zdjęcie gdańskich krzyży. Wobec rugów w pismach „państwowych” krakowskie pismo stało się najważniejszym polskim tygodnikiem kulturalnym, przyciągającym najlepsze pióra.

Kilkakrotnie składał podpis pod apelami o podjęcie autentycznego dialogu i kompromisu

Jednocześnie „TP” stał się jedynym legalnie wydawanym pismem opozycyjnym, uzupełniającym bujnie rozwijający się „drugi obieg” prasy podziemnej. Ukazywały się w „Tygodniku” artykuły i analizy np. sytuacji gospodarczej, pisane przez znanych ekspertów „Solidarności”, gdy zaś nieco zelżała cenzura, tu właśnie zamieszczano artykuły wzywające do podjęcia dialogu i negocjacji.

Jerzy Turowicz pisał dość rzadko, przeważnie o sprawach religii i Kościoła, ale kształt pisma był dziełem jego i jego najbliższych współpracowników, którzy od wielu lat tworzyli stały zespół. Przyznawał, że na bieżąco redagują pismo przede wszystkim Krzysztof Kozłowski, Józefa Hennelowa i Mieczysław Pszon. „Ja właściwie ingeruję w planowanie tylko w sytuacjach «konfliktowych»”.

W 1987 r. zdecydował się podsumować swoje doświadczenia i opinie w długim wywiadzie, jakiego udzielił Jackowi Żakowskiemu. Złożona z zapisu tych rozmów książka jest najpełniejszą opowieścią o życiu i sprawach, w których uczestniczył. Deklarował także własne poglądy ideowo-polityczne: „w myśleniu o sprawach społecznych na pierwszym miejscu stawiam sprawiedliwość, w odróżnieniu od ludzi prawicy, którzy przyznają priorytet ładowi i porządkowi. Uważam, że jeżeli dzieje się niesprawiedliwość, to należy zmienić porządek, który ją powoduje, albo do niej dopuszcza”. Uznając swoje poglądy za socjaldemokratyczne, mówił dalej: „Owa lewicowość to zdecydowana opcja na rzecz sprawiedliwości społecznej i poszanowania praw człowieka, zwłaszcza praw człowieka biednego, pokrzywdzonego, ciemiężonego, bezradnego. Stąd też moja rezerwa, jeśli nie niechęć wobec politycznych formacji prawicowych oraz wobec skrajnego liberalizmu, w którym – jak pokazuje praktyka – bogaci stają się coraz bogatsi, a biedni coraz biedniejsi”[16].

Swoje przekonania społeczne wyprowadzał z Ewangelii i przykładu św. Franciszka. W zbiorach swojej publicystyki pod wspólnym hasłem „Świadkowie Ewangelii” dłuższe eseje poświęcił Pier Giorgio Frassatiemu, Matce Teresie, Dorothy Day, Dom Helder Camarze, Małej Siostrze Magdalenie, ks. Janowi Zieji. Wszystkie te osoby łączyło wyznawanie i praktykowanie Kościoła ubogich w najbardziej dosłownym sensie.

„«Kościół ubogich» – pisał w 1976 r. – to Kościół, w którym ubodzy – ubodzy, powtórzmy, w najszerszym tego słowa znaczeniu, a więc nieszczęśliwi, cierpiący, uciśnieni, prześladowani i bezsilni będą się czuli jak u siebie, jak w domu, w którym będą pokładać nadzieję nie tylko nadprzyrodzoną, ale i doczesną. (…) «Kościół ubogich» to wreszcie także Kościół ubogi, w swoim stylu życia jako instytucji, w przedkładaniu «środków ubogich» ponad «środki bogate», w stylu życia tych, których nazywamy ludźmi Kościoła, tych, którzy służbę Bogu i ludziom uznali za swe powołanie”[17]. Słowa te ukazały się drukiem na początku października 1976 r., gdy kraj poruszony był wiadomościami o prześladowaniach robotników po czerwcowym proteście. Oddawały one jednak także trwałe, niejako ponadczasowe, poglądy redaktora „Tygodnika”.

Trudna wolność

W wydarzeniach lat ostatnich Jerzy Turowicz uczestniczył jako jeden z głównych autorytetów moralnych. W grudniu 1988 r. wszedł w skład Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność”, a 6 lutego następnego roku podczas inauguracyjnego posiedzenia Okrągłego Stołu przemawiał w imieniu Komitetu.

Nie było to równoznaczne z próbą czynnego działania politycznego, raczej było gestem poparcia „Solidarności” i ewolucyjnej drogi zmian. „«Okrągły Stół» – mówił wkrótce potem – stworzył pierwszą od 1945 szansę autentycznego dialogu między władzą a opozycją. (…) Jeśli to, co uzgodniono, zostanie wprowadzone w życie, społeczeństwo odzyska – częściowo – podmiotowość oraz instrumenty pozwalające wpływać na rzeczywistość (…) Finał negocjacji to nie «zafiksowanie zmian», ale otwarcie procesu zmian dalszych”[18].

Najbliższe miesiące dowiodły, że była to trafna ocena. W sierpniu premierem został Tadeusz Mazowiecki, jeden z liderów ruchu Znak, później także „Solidarności”. Wspólnota wartości, przebytej przez lata drogi, podobny sposób myślenia o Polsce, prowadziły do poparcia bez zastrzeżeń Mazowieckiego i jego rządu przez „Tygodnik Powszechny” oraz Turowicza osobiście. Padające potem ze strony przeciwników rządu Mazowieckiego zarzuty, że „Tygodnik” porzucił zasadę ponadpolityczności na rzecz czynnego zaangażowania, i to po jednej ze stron coraz bardziej dzielącego się obozu „Solidarności”, dowodzą słabej znajomości myśli politycznej ruchu Znak i klimatu panującego między jego przywódcami. Dystans wobec rządu podejmującego próbę budowy wolnej Polski, głębokich reform, wyjścia z komunizmu, nadto kierowanego przez długoletniego i wiele razy sprawdzonego w trudnych sytuacjach działacza wspólnego przecież ruchu, byłby czymś niezrozumiałym.

Gdy na wiosnę 1990 r. część obozu „Solidarności” rozpoczęła atak na rząd, Turowicz osobiście zaangażował się w organizowanie dla Mazowieckiego poparcia. Najpierw 7 maja, potem 10 czerwca na zaproszenie Turowicza zjechało do Krakowa kilkudziesięciu działaczy „Solidarności”, Komitetu Obywatelskiego, także intelektualistów i dziennikarzy. Utworzono Sojusz na Rzecz Demokracji jako luźną strukturę skupiającą indywidualności i grupy, udzielające poparcia rządowi. Ta między innymi inicjatywa stała się powodem brutalnej wobec Turowicza reakcji Lecha Wałęsy na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego 24 czerwca 1990 roku, a incydent ten otworzył niezwykle gwałtowną wymianę zdań i opinii, która ujawniła, jak głębokie podziały nastąpiły w zwycięskim obozie „Solidarności”.

Finałem tego starcia było ustąpienie z Komitetu Obywatelskiego kilkudziesięciu zwolenników Mazowieckiego. Prócz Bujaka, Frasyniuka, Geremka, Kuronia, Michnika, Wielowieyskiego był wśród nich Turowicz. W kilka tygodni później znalazł się – wraz ze wspomnianymi osobami — wśród założycieli nowego ugrupowania politycznego – Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna.

Burza czerwcowa była pierwszym aktem „wojny na górze”, która na długie lata przesądziła o miejscu zajmowanym przez poszczególne osoby w polskim życiu politycznym. Dotyczyło to również Turowicza, który wchodził kolejno w skład naczelnych władz ROAD, Unii Demokratycznej, Unii Wolności. Sprawował prestiżowe funkcje honorowe – od 1991 przewodniczył Radzie Fundacji Stefana Batorego, od 1992 r. był członkiem kapituły Orderu Orła Białego.

Przypominał, że najważniejsze przykazanie chrześcijaństwa, to nakaz miłości Boga i bliźniego

Nie prowadził wprawdzie czynnej działalności, ale w sposób pogłębiony uzasadniał stanowisko zajmowane wobec kluczowych polskich problemów. Przeciwstawiał się nurtowi narodowo-katolickiemu, który lansował postulat budowania porządku prawnego Trzeciej Rzeczypospolitej na wartościach chrześcijańskich. Przypominał, że najważniejsze przykazanie chrześcijaństwa, to nakaz miłości Boga i bliźniego. Z miłości bliźniego płynie akceptacja zasady tolerancji, nie tolerancji dla zła, ale poszanowania odmienności, poszanowania prawa każdego człowieka do własnych przekonań, gotowość do dialogu dla usuwania nieporozumień, gotowość do kompromisu w razie konfliktu interesów. Zaś w sytuacjach nieuniknionych napięć i konfliktów usilne dążenie do pojednania, gotowość do przebaczania win, wyrzeczenie się przemocy („zło dobrem zwyciężaj”) oraz tak trudny do przyjęcia dla niechrześcijan (a nieraz i dla chrześcijan!) nakaz miłości nieprzyjaciół. I wreszcie jedna z podstawowych wartości chrześcijaństwa: stosunek do ubogich.

„Tymczasem polityczni głosiciele wartości chrześcijańskich starają się tworzyć wrażenie jakby byli ich «właścicielami» i jedynymi dysponentami i obrońcami, zapominając często, że są to wartości wspólne. W ich słowach i czynach zbyt często dochodzi do głosu to, co nazwać można «antywartościami», a mianowicie nietolerancja i agresja, jeśli nie nienawiść, odsądzanie ludzi inaczej myślących od czci i wiary, przypisywanie sobie monopolu na prawdę i słuszność, odmowa uczciwego dialogu i odrzucanie możliwości kompromisu, chęć narzucania swojego stanowiska. Współczesne państwo realizuje katalog wartości chrześcijańskich, jeśli respektuje prawa człowieka, które są wyprowadzone z wartości chrześcijańskich. W nowoczesnej demokracji istnieje rozdział Kościoła i państwa, co akceptuje także Kościół, ogólne zaś prawa dają państwu i Kościołowi możliwość rozwijania owocnego współdziałania. Wpisywanie wartości chrześcijańskich do ustaw bynajmniej nie służy ich promocji. Ludzie zaniepokojeni użytkiem, jaki się robi z wartości chrześcijańskich, mają podstawy obawiać się, że jest to dążenie do państwa ideologicznego, państwa wyznaniowego. (…) Państwo jest wspólnym dobrem wszystkich obywateli, bez względu na ich wyznanie czy światopogląd”[19].

W popularności koncepcji „politycznego katolicyzmu” widział smutny przejaw powrotu do tendencji przedwojennych, zdawało się, że już przezwyciężonych. Oceniał, że prowadzona przez kilka dziesięcioleci praca formacyjna nad stworzeniem Kościoła otwartego, budowaniem chrześcijaństwa w oparciu o idee Soboru, dała mniejsze efekty, niż wcześniej się wydawało.

Zauważał wiele niepokojących objawów w Kościele hierarchicznym. „Zło bierze się z pewnego triumfalizmu ludzi Kościoła, który czasem przybiera kształt arogancji – pisał w 1995 r. – Z chęci narzucenia innym swoich poglądów, z sięgania po bracchium saeculare dla realizacji misji Kościoła, z sięgania po „środki bogate”, nie pamiętając, że – jeśli wolno posłużyć się terminologią militarną Kościół zwycięża zawsze, gdy świadczy o Ewangelii za pomocą «środków ubogich», zaś przegrywa, gdy sięga po «środki bogate»”[20].

Surowo oceniał PRL, która była państwem niesuwerennym i totalitarnym. Toczył w tej sprawie polemiki m.in. z Jerzym Urbanem, a także Andrzejem Micewskim. Sprzeciwiał się jednak szczególnym projektom lustracyjnym. Uznając potrzebę odpowiedzialności za zbrodnie okresu PRL i widząc niesprawność w tej dziedzinie prokuratury i sądownictwa, pisał jednocześnie: „jakiekolwiek sankcje prawne, choćby tylko w postaci ograniczenia praw obywatelskich, wolno stosować tylko do ludzi osobiście odpowiedzialnych za jakieś przez siebie popełnione przestępstwo czy zbrodnię. Wszelkie rozwiązania zakładające winę zbiorową byłyby niesprawiedliwością i arbitralnym ograniczeniem praw obywatelskich (…) Rezultatem całego procesu dekomunizacji winno być przezwyciężanie przeszłości, stabilizacja i normalizacja życia, a w ostatecznej instancji: pojednanie. Dekomunizacja nie może być instrumentem gry politycznej, narzędziem porachunków. Winna być dziełem sprawiedliwości, a nie odwetu i zemsty. Nie może być jej rezultatem wyodrębnienie ze społeczeństwa, zapewne dość licznej grupy «liszeńców», obywateli drugiej klasy, pozbawionych pewnych praw obywatelskich, obłożonych wraz z rodzinami infamią”[21].

W kilka lat potem zauważał jednak, że akt dziejowej sprawiedliwości się nie dokonał. „Ludzie ponoszący moralną odpowiedzialność za PRL, współodpowiedzialni za system i jego zbrodnie, przemienili się w socjaldemokratów czy liberałów, co nie przeszkadza im bronić PRL i PZPR. «Rozliczenie» PRL powinno być związane z potępieniem dziedzictwa PZPR, przyznaniem się jej spadkobierców działających w życiu politycznym wolnej Polski do odpowiedzialności za zło wyrządzone narodowi w okresie PRL i pociągnąć za sobą oczyszczenie szeregów partii postkomunistycznej”[22].

Jerzy Turowicz pisał, że dekomunizacja to przede wszystkim odbudowa demokracji i państwa prawa, budowa społeczeństwa obywatelskiego i jego samorządności, która powinna także prowadzić do usuwania zniszczeń, jakie lata komuny dokonały w mentalności społeczeństwa, odfałszowania jego świadomości, usuwania remanentów tego, co słusznie nazywa się mianem „homo sovieticus”[23].

Jak jednak pogodzić postulat wolności dla wszystkich, a więc także radykalnych postkomunistów gotowych dowolnie manipulować przeszłością, z postulatem przekazania prawdy o PRL i jej nieprawościach? Jak godzić równość praw politycznych dla wszystkich z postulatem usuwania ze świadomości społeczeństwa pozostałości homo sovieticus, szczególnie, gdy miliony głosują na formację skupiającą ludzi wywodzących się z PZPR? Zwycięstwo SLD w wyborach 1993 r. uznał więc za wydarzenie bardzo smutne, podobnie jak wybór Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta RP.

Nowa rzeczywistość gospodarki rynkowej tworzyła też inne problemy, które zdają się być nierozwiązywalne. Jak w warunkach komercjalizacji kultury bronić jej wysokiego poziomu? Jak walczyć o upowszechnianie kultury opartej na głębszych wartościach? Jak w warunkach budowy kapitalizmu i ograniczania funkcji socjalnych państwa walczyć o prawa ubogich? Jak w tych warunkach bronić głoszonego przez lata programu nadrzędności postulatu sprawiedliwości społecznej? Na te pytania ani Turowicz, ani nikt inny nie potrafił dać odpowiedzi.

Pozostawało świadczenie własną postawą. „Tygodnik” nie uległ komercjalizacji i nie obniżył poziomu, jak wiele innych pism, choć płacił za to spadkiem nakładu. Pomoc ubogim próbowano promować, udzielając wsparcia i honorując nagrodami takich ludzi, jak Janina Ochojska, siostra Małgorzata Chmielewska lub ks. Arkadiusz Nowak lub takich polityków, akcentujących wartości społeczne i czynnie na ich rzecz działających, jak Jacek Kuroń.

Odzyskana w 1989 roku wolność była więc trudna, niosła wiele pytań i problemów, na które nie znajdywano odpowiedzi.

Przez długie lata PRL Turowicz był przez władze traktowany jako „relikt przeszłości”, „reakcyjny klerykał”, „podstępny przeciwnik”, choć jednocześnie postawą i godnością budził respekt. Posiadał uznanie i szacunek u obcych oraz u przywódców polskiej emigracji. Cieszył się wysokim prestiżem w kręgach kościelnych i mimo różnych dyskusji i sporów przez prawie 30 lat był członkiem Komisji Apostolstwa Świeckich Episkopatu Polski. Nikt chyba nie zarzucał mu niegodnego zachowania w czasach PRL.

Dopiero po odzyskaniu wolności dzieło życia Turowicza zaczęło być kwestionowane, a jego autorytet podważany. Niechęć do stanowiska zajmowanego przezeń w debatach po 1989 roku przenoszono na przeszłość, próbując dowodzić niewłaściwego zachowania w czasach PRL, podważając czystość moralną linii „Tygodnika”, a nawet znaczenie postawy zajętej w 1953 r. Według przedstawicieli tego nurtu wszelka aktywność w latach PRL była naganna, a postawą jedynie właściwą nawet nie sprzeciw, tylko milczenie. Podobne absurdalne poglądy zyskiwały zaskakująco szeroką aprobatę.

Łatwiej zrozumieć wrogość zwolenników aliansu tradycjonalistycznego katolicyzmu z ideami narodowymi, którzy od 1945 roku zwalczali jego i jego dzieło. Nowym dla nich powodem wrogości było stanowisko zajmowane przez Turowicza w dialogu katolicko- i polsko-żydowskim, także w sprawie sporu o Karmel. W 1995 roku radni prawicy uniemożliwili nadanie Turowiczowi tytułu honorowego obywatela Krakowa, choć wcześniej tytułem tym wyróżniono 21 osób. Taka małość, by nie powiedzieć nikczemność, stała się jeszcze jednym doświadczeniem człowieka, nad którego trumną odczytano słowa Papieża: „dziękujemy mu za to świadectwo, jakie dał swoją postawą i życiem, za jego wkład w kulturę polską i tworzenie środowiska kulturalnego miasta Krakowa”.

Jerzy Turowicz odchodził w styczniu 1999 r. żegnany przez wielu przyjaciół – duchownych i świeckich, żegnany artykułami i wypowiedziami, w których przypomniano jego zasługi i czar osobowości. Na uroczystości pogrzebowej w Tyńcu odczytano specjalnie nadesłany list Papieża, żegnali go kardynał Macharski, biskupi, księża i zakonnicy, premier Rzeczypospolitej, ministrowie, wielu twórców kultury.

W jednym z ostatnich wywiadów na pytanie dziennikarza KAI, jaki bilet do Królestwa Niebieskiego pokaże świętemu Piotrowi, Turowicz odpowiedział: „Mój bilet, to jest to, że starałem się służyć bliźnim, służyć ludziom, służyć Kościołowi i Panu Bogu, tak jak umiałem. A czy dobrze służyłem, to nie mnie sądzić. Bezpośrednio mój bilet to jest «Tygodnik Powszechny»”[24].

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/1999.


[1] J. Turowicz: „O chrześcijańską kulturę jutra”, Wilno 1936; tenże: „Humanizm katolicki”, „Odrodzenie” nr 2-3/1937, tenże: „Potygodniowe refleksje”, „Odrodzenie” nr 4/1938.
[2] J. Turowicz: „Chrześcijanin w dzisiejszym świecie”, Kraków 1963, s. 15.
[3] J. Turowicz: „Słowo wstępne” do: Ks. J. Piwowarczyk: „Wobec nowego czasu”, Kraków 1985.
[4] J. Żakowski: „Trzy ćwiartki wieku. Rozmowy z Jerzym Turowiczem”, Kraków 1990, s. 44.
[5] J. Turowicz: „Chrześcijanin w dzisiejszym świecie”, op. cit.
[6] „Tygodnik Powszechny” 7 kwietnia 1946.
[7] Cyt. za A. Micewski: „Współrządzić czy nie kłamać”, Paryż 1978, s. 171.
[8] J. Żakowski: „Anatomia smaku, czyli o losach zespołu «Tygodnika Powszechnego» w latach 1953–1956”, Warszawa 1988, s. 90.
[9] Ks. A. Boniecki – przedmowa do J. Turowicz: „Bilet do raju”, Kraków 1999, s. 7-8.
[10] Archiwum Akt Nowych, PZPR 237/XIX–171, s. 120.
[11] Tamże.
[12] M. Jastrun: „Dziennik. Wybór z lat 1955–1960”, Londyn 1990, s. 174.
[13] A. Kijowski: „Dziennik 1970–1977”, Kraków 1998, s. 70.
[14] „Chrześcijanie wobec praw człowieka”, Paryż 1980, s. 141.
[15] J. Turowicz: „Bilet do raju”, Kraków 1999, s. 129.
[16] J. Żakowski: „Trzy ćwiartki wieku”, op. cit., s. 74-75.
[17] J. Turowicz: „Kościół nie jest łodzią podwodną”, Kraków 1990, s. 125-126.
[18] „Okrągły Stół. Kto jest kim. Solidarność, opozycja”, Warszawa 1989, s. 210.
[19] J. Turowicz: „Bilet…”, op. cit., s. 60–67 (artykuł z 1992 r.).
[20] J. Turowicz: „Bilet…”, op. cit., s. 72.
[21] J. Turowicz: „Bilet…”, op. cit., s. 274–279 (artykuł z 1993 r.).
[22] J. Turowicz: „PRL dla dorosłych”, w: „Spór o PRL”, Kraków 1996, s. 184-187.
[23] Tamże, s. 185.
[24] KAI nr 8 z 29 stycznia 1998.