Powiedziane jest, że kiedy uderzą nas w jeden policzek, mamy nadstawić drugi. Cała reszta wskazań Nauczyciela z Nazaretu to drobiazg w porównaniu z tym jednym.

Pragnienie odwetu. Odpłacenie pięknym za nadobne. Znam może kilka osób, które podejrzewam o poradzenie sobie z tym atawizmem (to znaczy: podejrzewam je o świętość). Bodaj w żadnej kwestii nie jest dla mnie tak oczywiste, że wymogi chrześcijaństwa są w gruncie rzeczy przeciw naturze. Nawet moja kanapowo-przytulankowa kotka, kiedy weterynarz sprawił jej ból, pogryzła i jego, i mnie na dodatek (bo byłem pod ręką, a ściślej mówiąc: pod pyszczkiem). To jest wypracowany ewolucyjnie program, którego powstrzymanie stanowi przyrodniczy skandal. Stres w ogóle, a zwłaszcza wywołany bólem (fizycznym lub psychicznym) domaga się reakcji. Bez niej zaczynają się opisane szczegółowo przez psychologię rozmaite, często psychosomatyczne objawy frustracji. Jeśli nie stać nas na rewanż w świecie realnym, rozkwita przynajmniej ponura wyobraźnia, poddająca nam wizje zemsty z reguły straszliwszej niż ta, którą potrafilibyśmy przeprowadzić naprawdę. Imaginacyjny obraz jest słabszym bodźcem niż rzeczywiste działanie, toteż wzmacniamy jego oddziaływanie na nas odpowiednio zwiększoną dawką makabry.

Tymczasem powiedziane jest, że kiedy uderzą nas w jeden policzek, mamy nadstawić drugi. Cała reszta wskazań Nauczyciela z Nazaretu to drobiazg w porównaniu z tym jednym. Toteż od wieków my, chrześcijanie (pomijając naprawdę przeanielonych za życia świętych), robimy wiele, by ten nakaz zneutralizować, pogodzić jakoś z wymogami zwierzęcia w nas. Mamy na to kilka metod.
Jedna sugeruje, jak to ujął wybitny zresztą poeta, by nie przebaczać „w imieniu tych, których zdradzono o świcie”. Innymi słowy: skoro krzywdę wyrządzono nie (tylko) mnie osobiście, ale (jeszcze) komuś innemu, nakaz przebaczenia nie działa, a wręcz przebaczenia nie wolno mi udzielić. Jeśli literalnie przeczytać te słowa – trudno się nie zgodzić. Nie ma przecież warunków ani psychicznych, ani moralnych, żebym przebaczał, powiedzmy, winnemu gwałtu w Indiach. Podaję ten akurat przykład, żeby uderzający był brak związków między mną a ofiarą.

Tyle że taka geograficzna, etniczna i społeczna izolacja ofiary i przebaczającego nie jest regułą. Tymczasem ze słów Herberta robi się często alibi dla sytuacji, w której coś mnie jednak z ofiarą łączy. Czy jeśli przebaczam komuś, kto zabił mojego dziadka, albo komuś, czyj dziadek zabił mojego dziadka, to naprawdę przebaczam w imieniu ofiary, a nie własnym? Mam oczywiście na myśli trudne pojednanie polsko-niemieckie. Nie jest tak, że zachowywanie etnicznych nienawiści – nawet tak usprawiedliwionych jak wobec narodu najeźdźców sprzed blisko osiemdziesięciu lat – da się pogodzić z naukami Jezusa.

Druga metoda to ograniczanie trudnych słów Ewangelii przez zdrowy rozsądek.

To jest fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!