Przynajmniej od czasów „Imienia róży” napisanie kryminału nie było czymś, co okrywałoby autora hańbą. Przeciwnie – w dobrym tonie było pokazać, że i to się potrafi. Dziś ujmy na honorze nie przynosi nawet bycie pisarzem wyspecjalizowanym wyłącznie w tworzeniu dzieł tego gatunku.

Mariusz Czubaj, autor poczytnych kryminałów, a przy tym mój znakomity kolega po fachu, stwierdził niedawno, że o ile jakiś czas temu wstyd było się do czytania kryminałów przyznać, o tyle dziś wstyd przyznać się do ich nieczytania. Dawniej – przynajmniej w niektórych kręgach – ludzie przyłapani na czytaniu o mordercach i tropiących ich detektywach oblewali się rumieńcem, bo byli przekonani, że oczekuje się od nich raczej lektury Joyce’a albo przynajmniej literatury iberoamerykańskiej. Dziś wypada być na bieżąco z kryminałem. Nawet ci, którzy nie czytują, udają, że znają, podziwiają, szanują.

Co więcej, także pisanie powieści o zbrodni przestało być czynnością wstydliwą. Przynajmniej od czasów „Imienia róży” napisanie kryminału nie było czymś, co okrywałoby autora hańbą. Przeciwnie – w dobrym tonie było pokazać, że i to się potrafi. Dziś ujmy na honorze nie przynosi nawet bycie pisarzem wyspecjalizowanym wyłącznie w tworzeniu dzieł tego gatunku.

Warto jednak zastanowić się przez chwilę, czemu w ogóle kryminał był przez lata w pewnych środowiskach gatunkiem traktowanym z najwyższą nieufnością. Otóż żeby zrozumieć mechanizm pogardy dla kryminału, musimy odwołać się do jednego z poprzednich wykładów – tego poświęconego „szlagierom”. Starałem się wtedy pokazać, w jaki sposób dwudziestowieczna awangarda muzyczna (ale też literacka) wyrosła z lęku wobec standaryzacji ogarniającej coraz to nowe obszary życia. Drugim przedmiotem lęku dla filozofów takich jak Theodor W. Adorno był towarzyszący nowoczesnemu przemysłowi kulturalnemu dyktat przyjemności. Według teoretyków awangardy sztuka wcale nie powinna się podobać. Powinna rzucać wyzwania, sprawiać interpretacyjne trudności, łamać zastane schematy.

Pod wieloma względami współczesny kryminał jest najdoskonalszym ucieleśnieniem tego wszystkiego, czego obawiali się awangardziści. Na usprawiedliwienie tej postawy, która dziś wydawać się może jakimś okropnym snobizmem, warto pamiętać, że Adorno i jego towarzysze mieli poważne powody do nieufności. Badania pokazywały bowiem wiele podobieństw między strukturą nowoczesnego przemysłu kulturalnego a tendencjami autorytarnymi w społeczeństwie.

Gatunkowe opowieści nie skupiają uwagi na formie, lecz przenoszą nas bezpośrednio w świat przedstawiony. Styl literacki jest tu, jeżeli nie w ogóle nieistotny, to przynajmniej służebny wobec wartkiego nurtu fabuły. Tymczasem powieść awangardowa, zwracając uwagę na formę, obnaża mechanizmy działania języka. Pokazuje, że za każdą opowieścią kryje się jakiś Opowiadacz, który poprzez historie o jaguarach i myśliwych albo zbrodniarzach i detektywach przemyca także szereg ukrytych w opowieści założeń dotyczących porządku świata. Adorno twierdził, że poddana dyktatowi gatunków kultura masowa czyni odbiorców bardziej podatnymi na propagandę i manipulację. „Prawdziwa sztuka” z kolei ma rzekomo zdolność wyzwalania umysłów.

Dziś, po dekadach badań nad różnymi formami aktywności odbiorców kultury masowej, wiemy już, że sytuacja wcale nie jest taka prosta. Gatunki takie jak kryminał oraz wielkie franczyzy kulturowe także wywołują u odbiorców różnorodne reakcje, nie zawsze w pełni zaplanowane i kontrolowane przez stojący za nimi przemysł.

To jest fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!