Zanim dwunastoletni François-René Chateaubriand i jego koledzy z kolegium w Dol otrzymali rozgrzeszenie w Wielkim Tygodniu 1780 r., musieli przez długi czas wcześniej dowodzić spowiednikowi, że byli tego godni. Młody Chateaubriand starał się, jak mógł, dowieść swojej pobożności.

Wiosną tego roku mój dziewięcioletni syn przystępował do pierwszej Komunii Świętej. Kilka dni przed uroczystością dzieci zostały zaproszone do kościoła parafialnego na pierwszą spowiedź. Po wielu widać było, że to dla nich ważne przeżycie. Niektóre wyglądały na autentycznie przejęte i przestraszone, choć wokół roiło się od troskliwych rodziców.

Niczego nie zapomniałeś?

Przypomniał mi się wtedy opis pierwszej spowiedzi, jaki pomieścił w swych „Pamiętnikach zza grobu” François-René de Chateaubriand. Pamiętałem, że – przynajmniej do niedawna – w laickiej Francji dzieci czytały owo wspomnienie wybitnego pisarza w szkołach. W przypadku Chateaubrianda określenie „pierwsza spowiedź” mogłoby zresztą być mylące dla współczesnych katolików. Nie chodziło bowiem do końca o jednorazowe wydarzenie. Zanim bowiem dwunastoletni François-René i jego koledzy z kolegium w Dol otrzymali rozgrzeszenie w Wielkim Tygodniu 1780 r., musieli przez długi czas wcześniej dowodzić spowiednikowi, że byli tego godni. Młody Chateaubriand starał się, jak mógł, dowieść swojej pobożności. Pewien niepokój nauczycieli wzbudziły nawet w pewnym momencie nieustannie ponawiane przez chłopca posty. Ksiądz prefekt nie w pełni wierzył w religijną żarliwość swego ucznia. Chateaubriand wspominał:

„Spowiednikiem moim był superior seminarium eudystów, człowiek pięćdziesięcioletni o surowym wyglądzie. Ilekroć zjawiałem się w konfesjonale, wypytywał mnie z niepokojem. Zdumiony błahością przewinień, nie wiedział, jak połączyć moje wzburzenie z sekretami bez znaczenia, które mu zwierzałem. Im bardziej zbliżała się Wielkanoc, tym bardziej mnie naciskał.«Czy nic przede mną nie ukrywasz?» – pytał. Odpowiadałem: «Nic, ojcze». – „Czy nie popełniłeś tego i tego grzechu?” – «Nie, ojcze». I tak zawsze: «Nie, ojcze». Odprawiał mnie, wątpiąc, wzdychając, przenikając spojrzeniem w głąb mej duszy, a ja opuszczałem go blady i nieswój jak zbrodniarz”.

Owe swoiste lekcje rachunku sumienia trwały tygodniami. Chateaubriand nie powiadomił nas, o jakie grzechy dokładnie wypytywał go superior eudystów (z innych relacji z epoki wiemy, że indagacje spowiedników dotyczyły tzw. grzechów cielesnych). François-René przyznał jednak, że czytał (najpewniej polecone przez prefekta) publikacje, w których straszono go niekompletnym wyznaniem grzechów i niewystarczającym żalem za przewiny. Nieuchronnie pojawiało się widmo świętokradczej spowiedzi. Dalsza część opisu w „Pamiętnikach zza grobu” jest świadectwem takiego lęku. Pisze Chateaubriand:

„Rozgrzeszenie miałem otrzymać w Wielką Środę. Noc z wtorku na środę spędziłem na modlitwie i pełnej przerażenia lekturze «Niedobrych spowiedzi». W środę, o trzeciej po południu, udaliśmy się do seminarium; towarzyszyli nam rodzice. […] Wszedłszy do kościoła, padłem na twarz przed sanktuarium i tak trwałem niemal martwy. Kiedy wstałem, by udać się do zakrystii, gdzie czekał na mnie ksiądz superior, kolana uginały się pode mną. Rzuciłem się do jego stóp. Głos uwiązł mi w gardle i ledwo zdołałem powiedzieć Confiteor. «Niczego nie zapomniałeś?», zapytał kapłan Jezusa Chrystusa. Milczałem. Ponowił pytania i fatalne «Nie, ojcze» znów wyszło z moich ust. Skupił się, prosząc o radę Tego, co dał apostołom moc wiązania i rozwiązywania. Potem z wysiłkiem przygotowywał się, by udzielić mi rozgrzeszenia”.

Ostatecznie i dla dwunastoletniego Chateaubrianda, i dla księdza superiora, który nie bardzo chyba wierzył w prawdziwą skruchę swego wychowanka, sprawy przybrały zupełnie nieoczekiwany obrót. Nagle coś w chłopcu się przełamało. Postanowił wreszcie zdobyć się na szczere wyznanie:

„Piorun z nieba godzący we mnie mniej byłby mnie przeraził; zawołałem: «Nie powiedziałem wszystkiego!». Przedstawiciel Najwyższego Pana, groźny sędzia, którego twarz budziła tyle lęku, stał się najczulszym pasterzem; objął mnie i zalał się łzami: «Odwagi, mój synu!», powiedział. W całym życiu nie przeżyłem takiej chwili. Gdyby zdjęto ze mnie ciężar góry, nie ulżono by mi bardziej: szlochałem ze szczęścia. Śmiem powiedzieć, że tego dnia stałem się uczciwym człowiekiem; czułem, że nie zniosę wyrzutu sumienia: czym byłaby więc dla mnie zbrodnia, jeśli tyle mogłem wycierpieć, zataiwszy słabości dziecka! Lecz jakże boska jest religia, która tak potrafi władać naszymi dobrymi skłonnościami! Jakie nauki moralne mogą kiedykolwiek zastąpić ustanowienia chrześcijańskie?”.

To jest fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!