Szybko odkrył, że ekranowa rzeczywistość jest lepsza i ciekawsza niż proza życia. Snucie opowieści ocaliło Woody’ego Allena przed rozpaczą.

Choć zaczynał jako komik, stał się jednym z najważniejszych osobowości współczesnego kina. Woody Allen – właściwie Allan Stewart Konigsberg – jest filmowym samoukiem. Zaczął studia na Uniwersytecie Nowojorskim, ale został wyrzucony po roku z powodu niezaliczenia zajęć z produkcji filmowej. Dziś uchodzi przede wszystkim za twórcę inteligentnych komedii, jednak wachlarz podejmowanych przez niego gatunków prezentuje się imponująco. W swojej filmografii nowojorczyk mieści parodię science fiction („Śpioch”), mockument („Zelig”), musical („Wszyscy mówią: kocham cię”) i thriller („Sen Kasandry”). Świadomie nawiązuje do dorobku innych twórców. Jego „Miłość i śmierć” to parodia klasyki literatury rosyjskiej, „Wspomnienia z gwiezdnego pyłu” wyraźnie odnoszą się do „Ośmiu i pół” Felliniego, „Wnętrza” i „Wrzesień” próbują być filmami w stylu Bergmana, zaś „Cienie i mgła” czerpią z niemieckiego ekspresjonizmu.

Reżyser „Celebrity” od lat ma w pogardzie środowiskowe uznanie, nagrody i festiwale. Choć do nagrody Amerykańskiej Akademii nominowany był 20-krotnie (w tym 13 razy za scenariusz, co jest rekordem), statuetkę zdobył trzykrotnie, na oscarowej gali w Los Angeles pojawił się tylko raz, w 2002 roku. Kilka miesięcy po 11 września Allen stanął przed hollywoodzką śmietanką i w formie stan upu opowiadał jej o swojej miłości do Nowego Jorku. W tym samym roku podczas festiwalu w Cannes otrzymał „Palmę palm” za specjalne osiągnięcia.

Nauczony pierwszymi niepowodzeniami, Woody Allen stopniowo i konsekwentnie zdobywał wpływ na produkcję własnych filmów. Dziś to bodaj jedyny tak niezależny filmowiec w branży; człowiek, który nie musi martwić się pozyskiwaniem środków finansowych na swoje pomysły.

Źródło jego sukcesu paradoksalnie wydaje się tkwić w umiejętności podejmowania ryzyka. Twórca „Alicji” nie boi się eksperymentować z filmową materią. Nie patrzy na słupki oglądalności (część z jego filmowego dorobku święciła sukcesy kasowe, kilka okazało się pod tym względem katastrofą) i nie chce sprzyjać masowym oczekiwaniom (jednocześnie wykpiwa intelektualne pozy). Przede wszystkim nie obawia się traktować procesu tworzenia jako autoterapii, w której wciąż w oparach jazzu powracają te same tematy, takie jak śmierć, Holokaust, związki damsko-męskie i egzystencjalne rozterki.

Przeszłość zidealizowana

Pokusa utożsamienia twórcy z dziełem w przypadku autorskich dokonań Allena jest niezwykle silna. On sam przyznaje, że wątki z własnej biografii służą mu często za kanwę opowieści. Postawienie prostego znaku równości między rzeczywistością a ekranową fikcją nie wydaje się możliwe ze względu na skrajnie subiektywny filtr, przez który reżyser przepuszcza swoje przeżycia.

Klasyczny Allenowski bohater to neurotyk, gaduła i nieudacznik, świadomie nawiązujący do żydowskiego pochodzenia i nie mający szczęścia w miłości. Kreując taką postać, artysta znalazł klucz do serca widowni – drobny i rozgadany protagonista jego filmów stał się novum w czasach kryzysu kultury lat 70’, chaotyczny sposób bycia, nerwowe ruchy i fobie autentycznie bawiły odbiorców, wyrażając jednocześnie obawy i lęki widzów.

To jednak tylko maska, wspaniale wymyślony kostium, w którym od początku kariery skrył się chorobliwie nieśmiały Allen – ten prawdziwy różni się od ekranowego wizerunku przede wszystkim zdecydowaniem i konsekwentnym dążeniem do obranego celu. Bez tych cech filmowiec nie utrzymałby się w branży tak długo, nie kręciłby też filmów z taką częstotliwością.

„Te dni minęły, została tylko pamięć. Wybaczcie jeśli nieco idealizuje przeszłość. (…) nie zapomniałem tych ludzi ani głosów, których słuchaliśmy przez radio. Choć muszę przyznać, że z każdym rokiem te głosy coraz bardziej cichną” – mówi głosem Allena narrator „Złotych czasów radia”. Owa idealizacja przeszłości stała się jedną z głównych cech dokonań nowojorczyka.

W filmach często opowiada o kwestiach, które były ważne w jego życiu. Urokliwy „Danny Rose z Brooklynu” stał się osobistym podziękowaniem w stronę Jacka Rollinsa, producenta, któremu Allen zawdzięczał karierę, „Mężowie i żony” dokumentują proces rozpadu jego związku z Mią Farrow (choć w rzeczywistości przebiegało ono znacznie bardziej dramatycznie), wyśmienita „Purpurowa róża z Kairu” powstała jako hołd względem magii kina, zaś „Manhattan” to piękny list miłosny do ukochanego miasta.

Nowy Jork, tak uroczo pokazany w arcydziele Allena i otulony muzyką George’a Gershwina, w rzeczywistości zapewne nigdy nie istniał, zaś pod koniec lat siedemdziesiątych – jak przyznawał później sam twórca – nocne spacery po metropolii były już zwyczajnie niebezpieczne.

Puste niebo i rozproszenia

„Jestem smutnym człowiekiem, który zawodowo kręci komedie” – lubi mówić o sobie Allen. Jego najważniejsze filmy, oprócz dawki subtelnego humoru, przesiąknięte są egzystencjalnymi wątpliwościami.

Motyw odpowiedzialności człowieka za zło stale pojawia się w tej twórczości. Filmowy świat Allena to przestrzeń tragiczna, bo pozbawiona metafizyki. Bóg nie reagował na Shoah, tym bardziej nie objawi się teraz. „Istnieją pewne zbrodnie, których po prostu nie sposób wybaczyć” – mówił o Holokauście nowojorski filmowiec. „Uważam, że jesteśmy gatunkiem, który sam wymrze, a sprawcą tego będziemy wyłącznie my sami” – dodawał.

Reżyser, choć wyraźnie nawiązuje do Dostojewskiego, w myśleniu o zbrodni idzie dalej niż twórca „Braci Karamazow” i burzy zadowolenie społeczeństwa. Ludzi nie spotyka kara za występki, żyją oni bowiem pod pustym niebem – nie ma w nim Stwórcy, który mógłby wymierzyć sprawiedliwość. W takiej sytuacji naszym życiem finalnie rządzi ślepy przypadek („Wszystko gra”), zaś osoba może tak ukształtować własne sumienie, że nie czuje żadnych wyrzutów. „Niech Bóg nam wybaczy” – mówi bohater „Zbrodni i wykroczeń” przed tym, jak zleca zabójstwo kochanki. Po chwilowym szoku oswaja się jednak ze swoim czynem i swobodnie powraca do szczęśliwego życia rodzinnego.

W przywołanych już „Złotych czasach radia” grupka filmowych gwiazd dyskutuje podczas nocy sylwestrowej. „Wkrótce będziemy starzy, wciąż nie wiedząc, o co w tym wszystkim chodziło” – mówi jedna z nich. „Czy przyszłe pokolenia w ogóle o nas usłyszą? Wątpię w to… Z czasem wszystko przemija. Nie będzie ważne, że teraz jesteśmy popularni” – odpowiada druga. Podobnie rozumuje kilkuletni Alvy w „Annie Hall”, który w rozmowie z lekarzem wyznaje, iż stracił chęć do życia z powodu tego, że świat i tak pewnego dnia ulegnie zagładzie.

W sprzeciwie wobec śmierci Allen pozostaje na zmianę piewcą codzienności i kpiącym ironistą

Takie podejście wydaje się wyznawać sam Allen, który w wywiadach konsekwentnie przyznaje się do odczuwania rozpaczy i prób jej oswajania. „Naprawdę nie przejmuję się tym, co stanie się po mojej śmierci. Mogą wziąć i spalić wszystkie moje filmy, to nieważne. Bóg nie istnieje. Nie istnieje magia. Nic nie dzieje się z jakiejś konkretnej przyczyny” – mówił „Timesowi” w 2014 roku. „Sztuka niczego nie ocala, nie zapewnia nieśmiertelności. Są w kinie arcydzieła Bergmana czy Truffauta, które ogląda się dziś i pewnie oglądać będzie za 50 lat, ale oglądają je nie umarli, tylko żyjący” – precyzował w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”.

Smutek u Allena miesza się z dyskretnym pocieszeniem, które najczęściej ostatecznie nie nadchodzi. „Miłość to jeden z tych cudów, które pięknie nas rozpraszają i nie pozwalają myśleć o tym, jak bezcelowe jest nasze życie” – mówił w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”. Bohaterowie jego filmów ciągle gonią za uczuciami. Muszą wybierać między sercem a rozumem, chwilową rozkoszą a życiową stabilizacją – i najczęściej dokonują złych wyborów. Cechą ich świata jest to, że – jak mówi prostytutka, jedna z bohaterek „Cieni i mgły” – „prawdziwa miłość pozostaje niespełniona” i – dodajmy – nieodwzajemniona: Issac w „Manhattanie” wyznaje szczere uczucie siedemnastce w momencie, kiedy  dziewczyna jest już zdecydowana na studia w Londynie (w domyśle – nie wróci stamtąd taka jak wcześniej), Singer zdaje sobie sprawę, że kocha Annie Hall dopiero gdy ta definitywnie z nim zrywa, Cecilia z „Purpurowej róży…” zostaje pozbawiona wyśnionej miłości, zamiast bowiem wybrać filmowego bohatera, decyduje się na związek z gwiazdorem, który ostatecznie ją oszuka.

W sprzeciwie wobec śmierci i absurdowi egzystencji Allen pozostaje na zmianę piewcą codzienności i kpiącym ironistą. Mickey, jeden z bohaterów filmu „Hannah i jej siostry”, dowiaduje się od lekarza, że nie jest śmiertelnie chory. Wybiega z gabinetu na ulicę, podskakuje i biegnie z uniesionymi radośnie rękami. Po chwili jednak jego entuzjazm topnieje – zdaje sobie sprawę z prostego faktu, że pewnego dnia i tak umrze. Mężczyzna po moralnych rozterkach dochodzi wreszcie do wniosku, że „jeśli nawet prawdą jest to, że Boga nie ma i że żyje się tylko raz, czyż nie warto tego przeżyć? Nie wszystko jest takie okropne”.

„Większość istot ludzkich zdaje się mieć tę zdolność szukania i znajdowania radości w prostych rzeczach, takich jak rodzina, praca, a także w nadziei, iż przyszłe pokolenia zdołają zrozumieć więcej” – słyszymy w końcowych partiach „Zbrodni i wykroczeń”. Wydźwięk słów zostaje osłabiony przez kontekst – w filmie dowiadujemy się, że ich autor (w tej roli prof. Martin Bergmann, uznany pisarz i psychoanalityk) popełnił samobójstwo.

Oprawa czekająca na klejnot

„Wyobraźnia to jedyne, co mam” – mówi do kamery bohater filmu „Przejrzeć Harry’ego”. W realnym życiu reżyser dość szybko zdał sobie sprawę z tragizmu otaczającego świata. Samotny, nie mający sukcesów w szkole i nie cieszący się wsparciem rodziców, już jako chłopiec znalazł wytchnienie w świecie fantazji i humoru. „Wszystkie najważniejsze dzieła filozofów sprowadzają się do wniosku, że rzeczywistość jest nie do zniesienia. Dlatego od dziecka próbowałem od niej uciec. (…) Prawdopodobnie zostałem filmowcem po to, żeby z tych ucieczek w fantazję nigdy nie wyrosnąć” – mówił w jednym z wywiadów. Odkrył, że rzeczywistość, którą nałogowo oglądał na ekranie nowojorskich sal kinowych jest lepsza i ciekawsza niż proza życia. Kino stało się jego pasją, sposobem na życie i największą odwzajemnioną miłością. Przed rozpaczą ocaliło go snucie opowieści. Niemoc twórcza została mu oszczędzona.

Allen otwarcie przyznaje, że nie uważa siebie za artystę, tylko za zapracowanego filmowca. To właśnie praca trzyma go w ryzach. „Moją terapią, która się sprawdza, jest kręcenie filmów. Brak zajęcia jest niezdrowy, w moim przypadku bardzo niezdrowy. Gdyby nie praca, siedziałbym i dokonywał makabrycznej introspekcji, przeklinałbym własną śmiertelność i dawał wyraz niepokojom” – wyznawał w rozmowie z „Wall Street Journal”.

Kino stało się jego pasją i największą odwzajemnioną miłością

Choć Allen lubi określać swoją twórczość jako „oprawę, czekającą na klejnot”, w jego wypowiedziach wybrzmiewa nuta goryczy. „Cieszyłem się nieskrępowaną swobodą artystyczną, jakiej inni reżyserzy nie mają przez całe życie. Ale możliwości te przekułem w kiepskie wyniki. Na czterdzieści filmów powinienem nakręcić trzydzieści arcydzieł, osiem szlachetnych porażek i dwa żenujące buble. Wyszło inaczej. Zaprzepaściłem szansę i pretensję o to mogę mieć tylko do siebie” – wyznawał „Timesowi” w 2012 roku. Trudno się z taką autooceną zgodzić.

Woody Allen stał się jednym z najważniejszych reżyserów współczesnego kina i najbardziej produktywnym twórcą drugiej połowy XX wieku. Wbrew własnej opinii, stworzył kilka arcydzieł, kilka dzieł wybitnych i wiele takich, których poziom przewyższa standardowe produkcje amerykańskie (przykładem jest „Na karuzeli życia”, które właśnie wchodzi na ekrany).

Potrafił także z sarkazmem podejść do własnego niezadowolenia. Główny bohater „Wspomnień z gwiezdnego pyłu” w jednej ze scen spotyka kosmitów. Na pytania filmowca o to, skąd na świecie zło i czy Bóg istnieje, przybysze nie udzielają odpowiedzi. „Może powinienem służyć ludzkości?” – rzuca Sandy. „Lubimy twoje filmy, zwłaszcza te zabawne. Nie nadajesz się na misjonarza, nie jesteś supermanem, jesteś komikiem. Chcesz służyć ludziom? Bądź dowcipniejszy” – słyszy w odpowiedzi. Jeśli wierzyć tytułowi jednego z dzieł Mistrza, nasz codzienny trud to przecież tylko „życie i cała reszta”.