To w polskim kinie pewne novum. Piotr Domalewski otwiera nas na „miękkie” formy realizmu społecznego. Dowartościowuje Polskę średnią i małą.

Leci to mniej więcej tak: „Myślałem, że za granicą wreszcie będę mógł być człowiekiem. Ale to tam najbardziej byłem Polakiem. Człowiekiem jestem tutaj, w Polsce”. Słowa wypowiada mężczyzna w średnim wieku z klasy robotniczej po samodzielnym „zrobieniu” pół litra czystej, na dodatek w wieczór wigilijny. Zbyszek (Arkadiusz Jakubik) – ojciec kilkorga dzieci, mieszkaniec małej miejscowości na wschodzie Polski – dzieli się życiowym doświadczeniem z synem (Dawid Ogrodnik), który haruje na saksach w Holandii, a teraz chciałby spieniężyć rodzinny majątek i ułożyć sobie życie na Zachodzie.

W „Cichej nocy” są więc wódczane wyznania, melancholia, mieszane, słodko-gorzkie emocje, gwałtowne skoki temperatury. Obrazy w polskim kinie doskonale „opatrzone”, przyswojone i przez to łatwe do zdekodowania – Wojciech Smarzowski przyzwyczaił nas, że w takich sytuacjach ktoś łapie za siekierę, ktoś inny ucieka z krzykiem, płonie jakaś stodoła, policyjna suka grzęźnie w błocie. A tutaj nic, żadnego rozlewu krwi, żadnych płytko pochowanych ciał, żadnego mroku, degradacji i zezwierzęcenia. Raczej akceptacja. Miłość. Ale też nie jakaś cukierkowa, oderwana od zgrzebnej codzienności, a już na pewno nie – pogodzona z losem.

O filmie Piotra Domalewskiego napisano wiele dobrego, bo to ten rzadki przypadek, kiedy fabularny debiut od razu zgarnia główną nagrodę na najważniejszym festiwalu polskiego kina. Pochwały krytyków skupiają się głównie na aspektach rzemieślniczych. Na naturalnym wyczuciu dramaturgii, które pozwoliło młodemu reżyserowi wycisnąć z rutynowych, banalnych sytuacji (przygotowania do wigilii , wieczerza w gronie najbliższej rodziny, syn wracający na święta z „wielkiego świata”, konflikt z rodzeństwem) bardzo uniwersalne soki. Pokazać nową, przekonującą wersję doskonale znanej opowieści o niestabilnej polskiej tożsamości, o ciągłym balansowaniu między pragnieniem nowoczesności – tej zachodniej, kapitalistycznej i wyemancypowanej – a lękiem przed zmianą, przed utratą prawa do własnej wyjątkowości. O głębokim rozczarowaniu miejscem, które ta upragniona nowoczesność nam wyznacza: na peryferiach, w świecie podrzędności, konkurowania tanią siłą roboczą, bez prawidłowo działających pasów bezpieczeństwa na wypadek życiowych zawirowań.

„Cicha noc” jest również filmem o polskiej pracy. Nie tej celebrowanej przez rodzime kino – pracy „klas kreatywnych” z dużych miast i szklanych biurowców – lecz o pracowniczej średniej, o pracy sprekaryzowanej i odartej z godności, ostatnio na nowo wydobytej z cienia w książce Rafała Wosia „To nie jest kraj dla pracowników”.

U Domalewskiego to właśnie praca jest głównym rozsadnikiem konfliktów przy wigilijnym stole. Powinna zapewniać przynajmniej minimum stabilizacji, bezpieczeństwa, a tymczasem rozlewa się na całość ludzkiego życia – na czas wolny, czas świąteczny, czas spokoju i nieproduktywnych emocji – i zmusza do podejmowania radykalnych kroków, nieustannego lawirowania, prymitywnej walki o przetrwanie.

Dla Zbyszka, który z emigracji zrezygnował, i jego syna Adama, który dopiero planuje wyemigrować na stałe, dwa aspekty godnego życia – w dużym stopniu definiowane właśnie przez społeczną pozycję pracy – są w dzisiejszym układzie sił nie do pogodzenia. Jeśli praca na starcie przegrywa z kapitałem – a tak dzieje się w Polsce, gdzie płace od lat nie rosną wraz z produktywnością – to godność ekonomiczna trafia na mur nie do przeskoczenia, szczególnie w miejscach, które dla kapitału są mało atrakcyjne, bo oddalone od wielkich centrów decyzyjnych. W takiej sytuacji pozostaje szukanie pocieszenia w godności tożsamościowej – owym człowieczeństwie z monologu Zbyszka: oparciu w lokalności, we wspólnocie – choćby nawet była wyjątkowo rachityczna i podzielona – w znajomym powietrzu i krajobrazie, pewnie też – w symbolach narodowych. Ale z drugiej strony mamy przecież otwarte granice i rynki, a mobilność to jedna z podstawowych kapitalistycznych cnót. Zawsze można więc zebrać się w sobie i wyjechać tam, gdzie polską produktywność się dowartościowuje i gdzie praca trzyma się (jeszcze) mocno. Tyko że wtedy godność tożsamościowa – poczucie, że jesteśmy u siebie, że, jakby co, zawsze mamy „swoich ludzi” – prawdopodobnie położy się odłogiem. Na jej miejsce wejdzie strach, zmęczenie, poczucie wyalienowania. 

Nie czarujmy się, nie każdy urodził się w Warszawie i wygrzał w ciepełku klasy średniej

Nie czarujmy się – nie każdy urodził się w Warszawie i wygrzał w ciepełku klasy średniej, i nie dla każdego kosmopolityzm to tylko jedna z wielu atrakcyjnych opcji na wolnym rynku stylów życia i idei. Zmiana i dostosowanie kosztują – dla jednych jest to wstrząs większy, czasami równoznaczny z traumą, dla innych ledwo wyczuwalne ukłucie w podbrzuszu. W końcu kapitał kulturowy, ten, który ułatwia wyobrażenie sobie siebie w nowej roli i w nowym miejscu, jest w naszym społeczeństwie wyjątkowo nierówno rozdzielony. I w efekcie mamy pat: dwie formy godności – w różnych warunkach i po dokonaniu odmiennych wyborów życiowych – jakoś nie dają się łatwo sparować.

Oczywiście, można to wszystko skwitować wzruszeniem ramion i powiedzieć, że przecież stare i niepotrzebne – że problemy migracji zarobkowej mamy świetnie przerobione i urefleksyjnione i że Domalewski spóźnił się ze swoim filmem o dobrych kilka lat. A jednak „Cicha noc” jest w polskim kinie pewnym novum, jakąś – wyrażoną nie wprost – propozycją większego otwarcia na „miękkie” formy realizmu społecznego. Przede wszystkim dowartościowuje Polskę średnią i małą, „unormalnia” ją, rezygnuje z pozycji wyższości, z pogardy, z używania prowincji jako czarnej metafory „skrwawionych ziem”. Wiemy przecież doskonale, że mroczną symbolikę, błoto i zbrodnię – „klimat” polskiego kina – zbyt często budowało się na ordynarnych stereotypach klasowych. Lud bywał w tych „pejzażach społecznych” poddawany praktyce „urasowienia” – przedstawiany jako „z natury” niższy moralnie, bardziej skłonny do czynienia zła i do ulegania zwierzęcej popędowości. Tak było i w „Domu złym” Smarzowskiego, i w „Pokłosiu” Pasikowskiego, filmach pod innymi względami spełnionych i ważnych. Z kolei spora część reżyserów młodego pokolenia w ogóle nie wyściubia nosów poza własne bańki środowiskowe i towarzyskie, przede wszystkim te warszawskie („Wszystkie nieprzespane noce”, „Kamper”), szukając odpowiedzi na uniwersalne pytania egzystencjalne w stylach życia „klasy kreatywnej”.

U Domalewskiego, jeśli pojawia się szarość, błoto i brzydota polskiego krajobrazu, to są one realnością, nie makijażem – nikt tutaj na siłę nie korzysta z czarnej kredki, nie wyolbrzymia, nie traktuje jesienno-zimowego krajobrazu w kategoriach dosadnej (i użytecznej) symboliki. Nie mamy wrażenia, że cała ta wschodnia smuta to tylko pieczołowicie dobrana scenografia dla wielkiego dramatu, w którym jeszcze raz potwierdzą się tezy o beznadziei życia między duchami tragicznie zmarłych i po przeoraniu totalitaryzmami.

Nawet w początkowych partiach filmu, kiedy Adam w strugach deszczu zmierza do rodzinnej wsi, mijając wąskie drogi, szarżujących kierowców i drobnych pijaczków, Domalewski tylko testuje naszą czujność. Zapewnia rodzaj wizualnego suspensu – kiedy już jesteśmy pewni, że za sekundę czarne chmury zasnują niebo i gigantyczna depresja wchłonie całą Polskę i wszystkich Polaków, akcenty powoli zaczynają się odwracać. Mrok okazuje się filtrem, jedną z wielu możliwych perspektyw – spojrzeniem tego, który jednocześnie chciałby i pozostać u siebie, i zakorzenić się w nowej rzeczywistości, więc jedno deprecjonuje, a drugie idealizuje. Ale jeśli zdecydujemy się to czarne szkiełko zdjąć – choćby na krótką chwilę – zaraz robi się zupełnie zwyczajnie. Ani wyjątkowo dobrze, ani szczególnie źle. „Skrwawione ziemie” pokazują swoją prawdziwą twarz – miejsca, gdzie ludzie pracują, kochają się i wypatrują szans na godną egzystencję. Wcale nie myślą zbyt wiele o duchach, nie ostrzą siekier i nie zapraszają na próg swoich domostw brunatnej rewolucji.

Polska – ta prawicowa i lewicowa, wielka i tradycyjna, tolerancyjna i wyemancypowana, zachodnia i wschodnia – istnieje więc przede wszystkim w naszych spojrzeniach, jest – przynajmniej na razie – funkcją naszej dynamicznej narodowej wyobraźni. I z takim podskórnym przekazem zostawia nas w „Cichej nocy” Piotr Domalewski. Na Święta, a może nawet na cały nadchodzący, tradycyjnie już – politycznie trudny rok.