Od pierwszych dni września 1980 roku dla większości dorosłych pracujących Polaków zaczęło się pierwsze w ich życiu doświadczenie wolności. Tego poczucia zbiorowego autorstwa nie pozwolono sobie odebrać przez całe 16 mie­sięcy legalnego istnienia związku.

Skupię się na fragmencie, może szczególnie istotnym w historii „Solidarności”, który wolno traktować zawodowemu historykowi już jako historię. To znaczy na tym fragmencie, o którym można powiedzieć, że jest zjawiskiem zamkniętym. Mam na myśli oczy­wiście masowy ruch społeczny lat 1980 i 1981.

Nie wydaje mi się, aby warto było omawiać zdarzenia, okoliczności poszczególnych faz konfrontacji między legalną „Solidarnością” lat 1980/81 a władzami PRL aż po stan wojenny. Wydaje mi się natomiast, że warto pokusić się o chwile takiej refleksji nad tym, co tamtą „Solidar­ność” odróżnia od wszystkich masowych ruchów w najnowszej historii Europy, a może i świata, mianowicie nad fenomenem masowej aktywnoś­ci.

„Solidarność” uważana była, i słusznie, za ruch ogromnie demokratycz­ny. Wielokrotnie podkreślano, że przywódcy „Solidarności”, poczynając od Lecha Wałęsy poprzez wszystkich przywódców regionów, członków Prezydium Komisji Krajowej, jej znanych i cieszących się dużym autorytetem doradców, wszyscy oni działali pod bardzo silną kontrolą rzesz członkowskich tego związku. Ale ta kontrola nie miała charakteru takiego, który by przywodził na myśl klasyczne funkcjonowanie instytucji dorad­czych. Nie na tym polegało uzależnienie przywódców od sposobu my­ślenia, postępowania i od poczucia słuszności lub niesłuszności poszczególnych posunięć, jakie istniało w rzeszach członkowskich zwią­zku, że którykolwiek z przywódców powinien był się obawiać, że go nie wybiorą albo że go odwołają.

Rzecz polegała na czymś zupełnie innym. Od sierpnia 1980 roku… a właściwie od pierwszych dni września 1980 roku – bo sierpień był nie dla wszystkich, nie wszyscy przecież wtedy strajkowali – więc od pierwszych dni września dla większości dorosłych pracujących Polaków zaczęło się pierwsze w ich życiu doświadczenie wolności. Po pierwsze sami, zupełnie niezależnie od systemu, w którym żyli do tej pory, mogli i zechcieli doko­nać wyboru, a więc decydując się na wystąpienie z oficjalnych związków zawodowych i na przystąpienie do nowych, decydując się na tworzenie tych związków, kilkaset tysięcy Polaków dokonywało aktu kreacyjnego. Stawali się oni nie tylko suwerennymi panami swoich decyzji, przez to, że przechodzili z jednego związku do drugiego, ale stawali się twórcami na swoim terenie, w swoim biurze, w swojej fabryce, w swoim oddziale pro­dukcyjnym, twórcami-organizatorami tej nowej rzeczywistości, która była drugą Polską.

„Solidarność” uważana była, i słusznie, za ruch ogromnie demokratycz­ny

To była ta druga Polska, którą zgodnie z zapowiedziami Edwarda Gierka i na jego chwałę, do pewnego stopnia, istotnie udało się zbudować. Mnóstwo szarych, dotychczas zniewolonych ludzi pracy poczu­ło, że tę Polskę alternatywną tworzą własnymi rękami. I takie poczucie dziewczyn z jakiegoś biura, młodych ludzi z jakiegoś warsztatu, że spełnia­ją historyczną misję  – jest poczuciem, które człowieka kształtuje i po którym nie można już być takim samym człowiekiem, jakim się było przedtem. Było to w gruncie rzeczy poczucie pewnego zbiorowego autor­stwa, zbiorowych praw autorskich do nowej alternatywnej rzeczywistości polskiej. Tego poczucia zbiorowego autorstwa, przynajmniej kilkaset tysięcy, może milion osób, za którymi stało przecież dalsze dziewięć milionów ich kolegów, nie pozwoliło sobie odebrać – przez całe 16 mie­sięcy – legalnego istnienia związku.

Niewątpliwie komuniści o tym myśleli, wystarczy powołać się na słyn­ne przemówienie Andrzeja Żabińskiego, wygłoszone do funkcjonariuszy MO i Służby Bezpieczeństwa, które w sposób ewidentny wykazuje taką, niemal odruchową intencję establishmentu komunistycznego, żeby wziąć na smycz, założyć obrożę temu nowemu ruchowi związkowemu. Otóż to było niemożliwe. Było to przedsięwzięcie nierealne, choć wielu z nas, i ja w tej liczbie – przyznaję ze skruchą – bardzośmy się tego obawiali. Oba­wialiśmy się wewnątrzzwiązkowych sporów oraz wytworzenia takiej sytuacji, która ułatwi komunistom opanowanie, a więc uzależnienie i przekreślenie niezależności tego ruchu. Ale to było niemożliwe.

Tak samo jak ten ruch nie mógł się poddać komunistom, tak nie mógł się poddać również arbitralnemu sterowaniu przez swoich własnych przy­wódców. Nie na tym rzecz polegała, że przywódcom groziło niewybranie w trakcie wyborów. Mechanizm był inny i powiedziałbym prostszy. W „Solidarności” przywódców oczywiście wielbiono – to wszyscy Państwo pamiętają. Ci, którzy w pozycji przywódczej się znajdowali, mogli zaznać słodyczy tej miłości zbiorowej. Niebezpiecznego uczucia, bo miłość jest – jak wiadomo – trudno obliczalna. Niebezpiecznego również z tej przy­czyny, że są w nim zalążki pewnego autorytarnego stosunku do przywód­ców politycznych i te zalążki znajdują pokrycie w pewnych osobliwościach polskiej tradycji i kultury politycznej. Ale niezależnie od tego, ci uwiel­biani przywódcy, jeżeli podjęli działania nie spotykające się ze zrozumie­niem tych kilkuset tysięcy aktywnych związkowców i wśród 9 milionów ich bliskich kolegów i współpracowników, to tracili natychmiast panowanie nad sytuacją. Można to nazwać, że ster odbijał. Ster odbijał, bo jeśli na przykład w dążeniu do uwzględnienia wymogów realizmu politycznego, kierownictwo związku, posługując się czasem metodami tajnej dyplomacji, zawierało z komunistyczną elitą władzy rozmaite kompromisy i ukła­dy, które nie były zrozumiałe dla rzesz członkowskich, to następowało nie tyle bezpośrednie zakwestionowanie tych decyzji, choć to także, ale poja­wiała się zbiorowa reakcja frustracyjna.

W związku zawodowym „Solidarność”, jak wiadomo, strajk zakładowy ogłaszała komisja zakładowa, strajk regionalny ogłaszał zarząd regionu, dopiero strajk ponadregionalny wymagał akceptacji ze strony Komisji Krajowej. Ponadto, w związku „Solidarność” istniało takie, trochę osobli­we, sejmikowe – nie umiem powiedzieć, czy to jest odżycie jakiejś tra­dycji siedemnastowiecznej, ale trochę przypominającej instrukcje sejmikowe – rozumienie demokracji.

Pamiętam, że gdy trwały gorące spory o regionalizację związku i gdy Ziemia Sycowska oznajmiła, że ona nie będzie należeć do województwa kaliskiego, w którym się geograficznie znajduje, a tylko do regionu Dolny Śląsk – i ktoś się powołał na decyzje Komisji Krajowej, to usłyszał w odpowiedzi: „a co tu Komisja Krajowa ma do gadania, ma być demokracja, u nas w Sycowie ludzie uchwalili, że tak ma być, znaczy, że tak ma być”.

Ta instrukcja sejmikowa była pewną wartością, potocznym rozumieniem demokracji przez „dołowych” działa­czy związkowych. Otóż, gdy tylko zachodziła sytuacja, że te kilkaset tysięcy najaktywniejszych członków związku nie rozumiało, dlaczego ich przywódcy podjęli jakąś decyzję, więc nie akceptowało tej decyzji, a w ślad za nimi 9 min ich kolegów – to wówczas komisje zakładowe znajdowały 100 powodów do konfliktu ze swoją dyrekcją, a zarządy regionów kilka­dziesiąt powodów do konfliktu z wojewodami, z władzami lokalnymi. I wybuchały, pączkowały rozmaite konflikty zastępcze, rozmaite groźne bardzo sytuacje konfliktowe, które przywódcy związku musieli opanowy­wać z największym trudem i nieraz z wielkim ryzykiem, z zagrożeniem owych właśnie realiów politycznych i interesów kraju. Inaczej mówiąc: dzięki temu mechanizmowi odbijania steru, każdy przywódca związkowy czuł – jak to powiada Lech Wałęsa – „oddech tłumu na plecach”. I ten oddech tłumu kształtował w bardzo dużej mierze język i politykę związku.

Dodam jeszcze kilka elementów charakteryzujących wedle mnie „So­lidarność”, tę „Solidarność” masowej aktywności lat 1980/81.

W tamtym czasie operowanie kategoriami lewicy i prawicy było dale­ko trudniejsze i bardziej jeszcze niż dzisiaj mylące. Mylące nie tylko z tego powodu, że w Polsce oba te terminy obrosły takimi skojarzeniami, że bardziej służą do tworzenia nieporozumień niż do porozumiewania się, co powinno być normalną funkcją komunikacji międzyludzkiej. Niemniej jednak można powiedzieć w tym dzisiejszym, a właściwie europejskim, rozumieniu, że „Solidarność’ w latach 1980/81 była znacznie bardziej le­wicowa aniżeli obóz wywodzący się z „Solidarności” jest dzisiaj.

I to było nie tylko zjawisko mimikry, nie tylko zjawisko pewnego języka. Pozwolę sobie przypomnieć, że „Jedność” szczecińska, a więc jedno z najbardziej radykalnych pism solidarnościowych, w odpowiedzi na propagandę PZPR zwróconą przeciwko „Solidarności”, obwiniającą ją, że jest siłą antysocjalistyczną, replikowała: „nie, to wy jesteście antysocjalistyczną siłą, bo wy jesteście przeciwko ludowi pracującemu miast i wsi. Wy jesteście paskud­ną, antyludową, antyrobotniczą nową klasą panującą”. Był to język niewątpliwie lewicowy, w którym epitet „antysocjalistyczny” był traktowany jako obelga, którą należy odrzucić przeciwnikowi. To nie tylko mimikra. Reto­ryka polemiczna „Jedności” zdradza pozytywną reakcję na słowo „socja­lizm”, cokolwiek byśmy chcieli na ten temat sobie mówić.

Wydaje mi się, że dopiero stan wojenny doprowadził do pewnej zmia­ny w rzeczywistości języka potocznego. Wtedy najprostszy, najbardziej radykalny, drastyczny slogan antykomunistyczny stał się najlepiej przysta­jącą do odczuć społeczeństwa definicją sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Stan wojenny przyniósł tę transformację języka, po której przestało już być możliwe traktowanie władzy komunistycznej jako „siły antysocjali­stycznej”, bo słowo socjalizm również stało się słowem mniej lub bardziej obelżywym. Dziś sięga to nawet do takich wyrazów, w których socjalizm jest praktycznie nieobecny, ale przynajmniej pewien człon tego słowa się pojawia, jak: socjaldemokracja albo polityka socjalna, albo bezpieczeństwo socjalne.

„Solidar­ność” była ruchem przede wszystkim robotniczym

Myślę, że „Solidarność” była wówczas o wiele bardziej lewi­cowa, niż jest dzisiaj, ze względu na pewne wyznaczniki treściowe swoich postulatów. Przypomnę postulat gdański, żeby wojsko i bezpieka nie mia­ły przywilejów w zakresie dodatku rodzinnego, tylko żeby dodatki rodzin­ne były dla wszystkich równe. Jest to przecież postulat egalitarny, nawiązujący do pewnego ideału sprawiedliwości społecznej, o której zupełnie niedawno usłyszałem w Senacie z ust jednego z senatorów, wy­branego oczywiście z solidarnościowej listy, że należy usuwać wszystkie terminy „sprawiedliwość społeczna” z oficjalnych dokumentów, bo to jest relikt ideologii socjalistycznej.

Protest przeciwko podziałowi na równych i równiejszych, który był nierównością społeczną socjalizmu, był bardzo silnie obecny w „Solidar­ności” nie tylko w wymiarze negatywnym, ale także w wymiarze pozy­tywnym. Pamiętam, że we wrześniu 1980 roku, gdy były konflikty o „wałęsówkę”, w zajezdniach wrocławskich o mało nie wybuchł strajk dla­tego, że „wałęsówkę” rozdzielono w taki sposób, iż dano mniejszą pod­wyżkę sprzątaczkom, a znacznie większą kierowcom. Otóż z tego powodu strajkować chciały nie sprzątaczki, tylko kierowcy. Ci kierowcy strajkowa­li także, aby uzyskać w strajku solidarnościowym podwyżkę dla pielęgnia­rek. W ogóle najbardziej popularny i oklaskiwany na wiecach solidarnościowych był wówczas postulat, aby „wałęsówkę” rozdzielać rów­no albo na zasadzie degresji – więcej tym, co zarabiają mało, mniej tym, którzy zarabiają dużo.

Wchodzę w szczegółową historię związku zawodowego dlatego, że w niej zawarty jest nie tylko ten stan ducha, który oczywiście nie mógł trwać, bo wydaje mi się, że w ogóle ten typ altruizmu jest na długą metę nie do utrzymania w życiu społecznym, ale również ten system wartości, który był w „Solidarności” bardzo silnie obecny i który w postaci nakazu opieki nad słabszymi do dziś czy do niedawna, w tym nurcie pobrzmiewał. Wtedy był on obecny znacznie silniej. Wydaje mi się, że nie będzie nadużyciem ter­minów lewica-prawica, jeżeli powiemy, że pod tym względem „Solidar­ność” była ruchem lewicowym, tak jak była ruchem przede wszystkim robotniczym. Była – i mówię o tym jako o zjawisku zamkniętym, zakoń­czonym, o pewnym fragmencie naszej przeszłości. Kres „Solidarności” w takim znaczeniu, a więc tym jej cechom szczególnym, konstytutywnym, o których mówiłem, położył stan wojenny. Jest to, moim zdaniem, trwałe dokonanie Wojciecha Jaruzelskiego.

Na ogół źle myślimy o stanie wojennym, ale być może część z nas o skutkach stanu wojennego powinna myśleć jako o skutkach wieloznacz­nych. Albowiem stan wojenny oczywiście nie zniszczył „Solidarności” i nie mógł jej zniszczyć w wymiarze symbolicznym. Przeciwnie. Jak powie­działem, było to dla większości dorosłych Polaków, żyjących wówczas, jedyne w ich życiu doświadczenie osobiste wolności, zgniecione czołgami, a więc nieśmiertelne. Z tego samego choćby powodu stan wojenny unie­śmiertelnił „Solidarność” – przynajmniej do czasu jej powrotu do życia legalnego.

Unieśmiertelnił ją jako mit. Dopóki trwał stan wojenny, dopó­ki trwały jego bezpośrednie następstwa, „Solidarność” mitem musiała pozostać i w momencie ponownych napięć społecznych żądanie jej odro­dzenia i odbudowy musiało się pojawić. I pojawiło się w 1988 roku w cza­sie strajków majowych i sierpniowych. Ludzie, którzy nawet wojowaliby tylko o podwyżkę, po to żeby uzyskać wsparcie innych zakładów, a więc po to żeby się porozumieć z Polską, mieli tylko jeden komunikat czytelny dla każdego, że oni walczą nie o pieniądze dla siebie, ale o sprawę wspól­ną: „przywrócić «Solidarność»”. To zjawisko jest oznaką niewątpliwej żywotności mitu. W stanie wojennym mitu nie udało się nie tylko zabić, ale nawet uszczknąć czegokolwiek z jego blasku.

„Solidarność” przetrwała poza tym jako organizacja kadrowa, jako pew­na kadra. Z tym że zmienił się w tej kadrze układ wewnętrznych stosunków. Działanie w podziemiu ma swoje twarde wymogi. Czynnością co najmniej dwuznaczną jest kwestionowanie zasadności decyzji przywódców, a zwłaszcza takie kwestionowanie, które może grozić uszczerbkiem ich autorytetu. W podziemiu, w konspiracji, z natury rzeczy zawiesza się mechanizmy demokratyczne i wszystko się odbywa na zasadzie kooptacji i nominacji. Zmienia się wobec tego stosunek zależności działaczy. Ci, którzy przedtem czuli oddech tłumu na plecach, teraz ryzykując więzieniem jednocześnie są w ramach organizacji będącej nie demokracją, lecz hierarchią.

Nie przetrwała natomiast „Solidarność” w tym trzecim wymiarze, o którym mówiłem na samym początku, w wymiarze masowej aktywności. Myślę, że tutaj nie trzeba uzasadniać niczego, bo nie chodzi tylko o liczebność związku czterokrotnie mniejszą niż w latach 1980/81. Kto sły­szał albo widział, co się w tym związku teraz dzieje, kto widział, jak trudno

jest w nim zorganizować wybory, znaleźć chętnych do kandydowania na jakiekolwiek funkcje związkowe, ten wie, że spadek aktywności jest o wie­le głębszy od spadku liczebności tego związku. I tu chodzi nie tylko o związek.

Myślę, że ten fenomen masowej aktywności, zresztą jedyny chy­ba, jak mi się wydaje, na skalę europejskiej historii najnowszej, on się nie odrodził nawet w okresie najbardziej temu sprzyjającym, tzn. w czasie wyborów 1989 roku.

Nie odrodził się po pierwsze dlatego, że porozumie­nie „okrągłego stołu” było porozumieniem elit. Po drugie, to nie było porozumienie, które dałoby sympatykom i zwolennikom „Solidarności” poczucie triumfu nad przeciwnikiem, który nas upokorzył, pognębił. Nas – będących ogromną większością – pognębił przy pomocy niewielkiej w sumie liczby stupajek i oddziałów wojskowych ustawionych za plecami tych stupajek.

Stan wojenny unieśmiertelnił „Solidarność” jako mit

Istniała w społeczeństwie głęboka potrzeba odegrania się i odwetu przynajmniej w postaci triumfu, przynajmniej w postaci zwycię­stwa – to wydaje mi się dosyć bezsporne. „Okrągły stół” nie mógł zaspo­koić tej potrzeby psychicznej. Co gorsza, po pierwszej chwili triumfu w czerwcu 1989, euforii, że wygraliśmy wybory, zaraz się okazało, że trzeba oddać 33 własnoręcznie skreślone mandaty, ponieważ nie tak się umawia­liśmy. A wkrótce potem okazało się, że trzeba wybrać Wojciecha Jaruzel­skiego na prezydenta. Myślę nawet, że trzeba go było wybrać na prezydenta, tylko że to się nie mogło podobać nie tylko nam, ale przede wszystkim naszym zwolennikom. Były to dodatkowe upokorzenia dołożo­ne do tych upokorzeń poprzednich.

Potem wreszcie przyszła chwila zadośćuczynienia. Okazało się, że zwycięstwo jest jednak zwycięstwem i tym momentem zwrotnym. Momentem psychologicznym było nie faktycz­ne przejęcie władzy przez obóz „Solidarności” – bo to nastąpiło stopnio­wo i utworzenie rządu Tadeusza Mazowieckiego było dopiero pierwszym krokiem w tym kierunku. Tymczasem w odbiorze społecznym właśnie utworzenie rządu Mazowieckiego było momentem, kiedy owoc zwycię­stwa dostał się wreszcie w nasze ręce. Nie odrodziło to masowej aktyw­ności, ale dało Tadeuszowi Mazowieckiemu i jego rządowi masowe zawierzenie. Nie mówię – poparcie, nie mówię – zaufanie, tylko mówię celowo: masowe zawierzenie, ponieważ był to akt ufności właściwie irra­cjonalnej, dosyć ślepej, na kredyt w każdym razie, na duży kredyt, bo rząd jest nasz i ten nasz rząd mógł robić z nami, co mu się żywnie podobało.

Rząd Mazowieckiego powstał w warunkach, gdy kadra „Solidarności” nie miała absolutnie pojęcia o tym, co należy zrobić z władzą, gdyby się przy­padkiem ją uzyskało, bo w gruncie rzeczy nikt w taką ewentualność, jak uzyskanie władzy, wcześniej nie wierzył. Przypomnę jeszcze, że Tadeusz Mazowiecki na dwa tygodnie przed objęciem funkcji premiera desygno­wanego, znaczy przed przyjęciem misji sformowania rządu, napisał w „Ty­godniku Solidarność”, który wówczas redagował, że nie powinniśmy przyjmować odpowiedzialności za rząd z tej przyczyny, że nie mamy żadnego, ale to żadnego programu gospodarczego.

Fragmenty tekstu, który ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7-8/1991.