Krystian Lupa w „Procesie” mówi nie tylko o Polsce roku 2017. Opowiada o świecie, w którym nagle zaczęło dojmująco brakować powietrza. Obrazuje proces dewastacji ludzkich wnętrz, jakiego doświadczamy.

Coś dziwnego. Od premiery „Procesu” mijają kolejne dni, a przedstawienie nie pozwala o sobie zapomnieć. Puchnie, pęcznieje, ogromnieje od prawdziwych, a także może jedynie sugerowanych znaczeń. Czekaliśmy na ten spektakl jak na żaden inny w ostatnich miesiącach. Chcieliśmy znowu przejrzeć się w teatrze Krystiana Lupy, bo kto inny jak nie on ma mówić do nas w czasach, gdy rzeczywistość wypada z ram, gdy myśli się o zagrożonej wolności w sztuce, gdy ten i ów rozważa wyjazd – nawet na jakiś czas. Inscenizacje Lupy wyznaczają myślowe horyzonty, ich skali bowiem nie da się porównać z niczym innym, przynajmniej tutaj, w Polsce.

Ten teatr nie tyle żywi się światem, ile go bezceremonialnie anektuje, na czas przedstawienia znosząc granicę między sceną a widownią. Tak bywa w Lupy dziełach najważniejszych, bo zdarza się i tak, iż w laboratorium reżysera szczególnie trudno się odnaleźć.

Tyle że każdy ma swojego Lupę. Ktoś – ja na przykład – zanurza się w jego Bernhardzie, Brochu, Dostojewskim, a odrzuca pracę w procesie, teatr jako terytorium zbliżania się do życia, odwzorowywania kulturowych gestów i postaw, jak w „Factory 2”, „Mieście snu” czy „Poczekalni.0”. Ktoś inny widzi sens wtedy, gdy Lupa przekracza granice teatru, nagina zasady spektaklu, a kwestionuje na przykład „Wycinkę”, dostrzegając w niej powrót reżysera w rewir teatru mieszczańskiego, pozornie tradycyjną formą schlebiającego gustom publiczności.

Czekaliśmy na „Proces” także w odruchu buntu przeciw władzy. Miał powstać rok temu w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Nie powstał, bo w proteście przeciw powołaniu na jego dyrektora Cezarego Morawskiego reżyser zawiesił próby. Po ludzku Lupę rozumiem, bo – jak mówił po kuriozalnym konkursie na dyrektora Polskiego – „nie można łykać wszystkiego”. Jednak mam w sobie żal, że spotkanie z Kafką wówczas się nie wydarzyło. Może się mylę, ale wydaje mi się, że Morawski nie zablokowałby premiery tego spektaklu – niezależnie od kształtu przedstawienia. Nie sądzę też, by celowo wchodził artyście w drogę. Mógł być „Proces” roku 2016 zdarzeniem jeszcze innej rangi, a po nim pewnie i tak mielibyśmy we Wrocławiu potop.

Dziś „Proces” udało się poddać specyficznej reinkarnacji dzięki sprzymierzeniu czterech stołecznych instytucji: Nowego Teatru, TR Warszawa, Teatru Powszechnego oraz Studio teatrgalerii. Projekt wsparło miasto, swoje dołożyli francuscy partnerzy. „Proces” jest grany na scenie Nowego Teatru, prowadzonego przez Krzysztofa Warlikowskiego. I dobrze, że jest. Mówiąc patetycznie i pretensjonalnie – dowodzi bowiem zwycięstwa sztuki nad materią niższej kategorii.

Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to „Proces” na wygnaniu. Obsadzony został w całości artystami dawnego Teatru Polskiego, choć w nowej adaptacji reżyser zrezygnował z czterech ról. Aktorzy, których oglądamy na scenie Nowego, w pojedynczych przypadkach pozostają we wrocławskim zespole, choć od miesięcy niczego tam nie grają. W lwiej części współtworzą inicjatywę Teatr Polski w Podziemiu, by mówić własnym głosem. Wielu oglądać można już w innych niż Wrocław miejscach. Grywają gościnnie, weszli do nowych teatrów. W ich spotkaniu w warszawskim „Procesie” jest jednak coś przejmującego – pamięć wspólnej traumy, doświadczenie artystycznej bezdomności, poczucie szczęścia z doprowadzenia do finału fundamentalnie ważnego przedsięwzięcia, a z drugiej strony chyba jednak poczucie, że ta premiera jest trochę zamiast tamtej wrocławskiej, a oni nie są u siebie. W dodatku „Proces”, który istnieje, wchodzi w miejsce spektaklu zamordowanego, dla nich wszystkich założycielskiego mitu, co właśnie traci znaczenie. Opowiadają o tym w drugiej części przedstawienia opartej na odbywających się podczas prób improwizacjach. Opowiadają, niemal rozsadzając całe widowisko.

W nowym dziele wielkiego reżysera w istocie mieści się kilka jego teatrów

Na premierze „Proces” trwał niemal siedem godzin. Zaczął się trochę po siódmej wieczorem, zakończył, gdy wybiła druga w nocy. To samo w sobie stanowi trudne doświadczenie, ale czy w przypadku inscenizacji Krystiana Lupy może dziwić? Przecież nikt inny tylko on ustanowił w polskim teatrze czas na swój sposób alternatywny, właściwy jego przedstawieniom. „Bracia Karamazow” trwali osiem godzin, „Factory 2” mniej więcej tyle samo, „Malte” rozłożony został na trzy wieczory, ciągnął się w sumie godzin dwanaście.

„Proces” zaskoczył rozmiarem chyba dlatego, że przywykliśmy jakoś do Lupy z „Wycinki” – spektaklu czterogodzinnego, z którego nie dałoby się wyrzucić nawet jednej niekoniecznej sekwencji. Zaczęliśmy myśleć, że tak już pozostanie, a przecież akurat ten artysta robi teatr wyłącznie na własnych zasadach i każe jej przyjąć albo odrzucić. Co nie oznacza, że siedem godzin „Procesu” mija w tym samym skupieniu, że nie budzi ambiwalentnych odczuć, że czasem nie wywołuje chęci bezwarunkowej ucieczki z tego świata.

W nowym dziele wielkiego reżysera w istocie mieści się kilka jego teatrów – i ten fascynujący, tnący jak brzytwa, i ten irytujący, dziwnie minoderyjny.

Zaczyna się od serii scen zgodnych z powieścią Kafki. W salonie pani Grubach (Bożena Baranowska) gra telewizor, w nim program TVP Info, właśnie peroruje europoseł Prawa i Sprawiedliwości Ryszard Czarnecki. Jesteśmy tu i teraz, otoczeni polityczną nowomową, w której powtarza się jedno słowo – prawo. Powtarza i osacza, stając się synonimem aparatu kontroli i represji. Fantastycznie wypada sekwencja K. (Andrzej Kłak) z panią Bürstner (Anna Ilczuk), na poły wręcz liryczna. W scenografii przestrzenie się przenikają, dając wrażenie nieoczekiwanej głębi. I tak prowadzi to do przesłuchania w sądzie, na które bohater przychodzi spóźniony o godzinę i sześć minut. Tak przynajmniej mówi sąd, a sąd się nie myli. Tak zadekretowano.

Brawurowy ten fragment z Michałem Opalińskim w roli Sędziego Śledczego, który wprost żywi się hasłami zasłyszanymi dziś, wczoraj, miesiąc wcześniej. Przesłuchujący Opaliński z furią wali młotkiem w stół, krzyczy jak wiadomy poseł, co wszedł na sejmową trybunę „w trybie żadnym”.

Łatwo powiedzieć, że „Proces” jest najbardziej politycznym przedstawieniem Lupy. Można dodać też, że to krzyk niezgody reżysera wymierzony w dziś Polską rządzących. Mówi się wprost ze sceny, że żyjemy w świecie, który przekroczył granice absurdu, gdzie ludzie sami się podpalają. Wedle Maxa, wypowiadającego tekst napisany przez inscenizatora „Wszyscy przekroczyliśmy granicę absurdu. Pozostaje pustka i wstyd… Nie ma po co mówić dalej cokolwiek… Mówić… Spalić wszystko, dać się zabić…” .

Wspomina się też o tym, że kieruje nami człowiek prywatnym bólem infekujący całe społeczeństwo. Konkretne adresy nie są potrzebne, dobrze wiemy, o kogo chodzi. Istota tkwi w tym jednak, że Lupa mówiąc o Polsce roku 2017 opowiada nie tylko o Polsce roku 2017. Mówi o świecie, w którym nagle nie tylko jemu zaczęło dojmująco brakować powietrza. Obrazuje proces dewastacji ludzkich wnętrz, jakiego sami doświadczamy. Interesuje go nie tylko rzeczywistość obiektywna, choć może w większym niż zazwyczaj stopniu.

Lupa jest artystą, który żywiąc się naszym światem, używając teatru jako instrumentu do tego wyrażenia, znajduje w nim punkty wspólne z Kafką. Z „Procesem” i z biografią pisarza, bowiem bohater inscenizacji łączy w sobie antagonistę niedokończonej powieści z jej autorem. Jest Franzem K., a nie Józefem K. W drugim akcie reżyser wprowadza tę właśnie perspektywę. Na scenie jest Franz, jego przyjaciel Max Brod (Adam Szczyszczaj), związane z nim kobiety, Felicja Bauer (Marta Zięba) i Gerta Bloch (Małgorzata Gorol). Fragmenty te zbudowane są na korespondencji Felicji i Franza, tworząc drugie dno historii z „Procesu”, niejako proces samego Kafki.

A potem przechodzą w osobiste historie piątki aktorów (dochodzi do nich jeszcze Marcin Pempuś jako alter ego Franza, jego wewnętrzny głos i obserwator). Zaczyna się trwająca nie wiem ile, ale zapewne dobrze ponad godzinę sekwencja, z którą nie tylko ja mam niemały problem. Rozliczenie ze spełnionym, ale i zniszczonym przez to spełnienie marzeniem, sąsiaduje z próbą nazwania miejsca, w którym jesteśmy. Rozumiem formę tych wyznań, wiem, że nagość aktorów oznacza w tym przypadku ich ofiarowanie, oddanie się widzom w całej brzydocie i pięknie. To gest, nie nam go kwestionować.

Gorzej zdecydowanie, że wyznania przechodzą w magmę słów wtórnych i powtarzających się, kolejne frazy na swój sposób się pożerają, a już niewątpliwie osłabiają swe znaczenie. Przypuszczam, że Lupa nie ingerował w to, pozwolił słowom płynąć, potem jedynie je zapisał. Zabrakło jednak dążenia do esencji, które wzmocniłoby siłę wyznań niedawnych aktorów Teatru Polskiego we Wrocławiu. Unaoczniłoby też mocniej związek świata Kafki z naszym, za oknami. Oddaliłoby też wrażenie, że pierwszy raz od dawna Lupa zawiódł słuch teatralny, że pogrążając się w dziwny stupor wraz z wykonawcami, skazał na coś podobnego także widzów. Ileż więcej mówi scena bez słów, gdy okazani K. inni oczekujący na własne procesy mają na ustach czarne taśmy, podobne do tych, które symbolizowały protest aktorów Polskiego. Potem ich rząd widzimy na filmie, za chwilę zginą od huku kul.

Trzeci akt opiera się na wizytach K. u mecenasa Masali (Piotr Skiba), rozmowach z Blockbaumem (Dariusz Maj), gotowym całą wieczność czekać na swój proces, dość kuriozalnych scenek z Malarzem (Mikołaj Jodliński). Całość wieńczy rozmowa w kościele z Kapelanem (Andrzej Szeremeta), słynna opowieść o wrotach do Prawa. W tym „Procesie” przebiega jednak zaskakująco deklamacyjnie i afektowanie, jakby całe przedstawienie skręciło w stronę pustej dość kontemplacji. Finału nie ma. Od stojących rzędem aktorów dowiadujemy się, że wiemy, co było dalej. Pewnie tak miało być, pewnie Lupa celowo pominął epilog, nie chcąc dopowiadać losu Franza K.. Czy chciał go ocalić? Nawet jeśli tak zamierzył, idea ta nie wybrzmiewa w spektaklu, przypomina unik. Jakby zabrakło czasu albo pomysłu i skończyło się na ucieczce. Tak to przynajmniej wygląda.

Nie da się tego przedstawienia porównać do największych dzieł Lupy

Nie ma w „Procesie” zapadających w pamięć ról, zdarzają się aktorskie pomyłki, nie da się tego przedstawienia porównać do największych dzieł Krystiana Lupy – „Braci Karamazow”, „Kalkwerku”, „Lunatyków”, „Wymazywania”, „Wycinki”.

Po premierze nie tylko w foyer Nowego Teatru zapanował nastrój minorowy, wielu zrezygnowało z bankietu, nie chcąc rozmawiać o pospiesznie zadekretowanej klęsce wielkiego reżysera. Potem na Lupę wylał się hejt, przeczytaliśmy nawet, że „Proces” to swego rodzaju nadużycie, bo za takie pieniądze można było zrobić co najmniej kilka zupełnie przyzwoitych spektakli. Nie mam w sobie potrzeby takiego podsumowania nowej pracy artysty. Przeciwnie, czuję, że ten przedstawienie mówi o nas coś ważnego. Tyle że być może nie jesteśmy gotowi, by to usłyszeć, albo nie chcemy, bo nam z tym niewygodnie.

Na „Proces” czekało całe teatralne środowisko, licząc, że Lupa wskaże drogę, zapali światło, że on sam i my wszyscy ogrzejemy się w świetle tego spektakularnego sukcesu. Nie ogrzaliśmy się, w zamian dostając raport ze stanu beznadziei. Mimo to mam poczucie rozszczepienia. Bo „Proces” łatwo zmiażdżyć, a z drugiej strony to wciąż jest Lupa, a samo dzieło operuje niespotykaną u innych skalą. Stąd wrażenie, że jeszcze do tego przedstawienia powrócimy. Choćby po to, by sprawdzić, czy światełko na dobre zgasło.