Odniosłem „sukces pisarski” – ale czy poniekąd nie kosztem bohatera tekstu?

Tych wszystkich, którzy tak wnikliwie odczytali historię Piotra, opisaną przeze mnie dwa tygodnie temu w tekście „Lektor”, zaciekawi może, co działo się dalej.

Otóż Piotr, z którym od długiego już czasu jestem w bliskiej relacji – stał się przyjacielem domu, odwiedzał nas wielokrotnie w Warszawie, często rozmawialiśmy ze sobą przez komórkę – po ukazaniu się mojego wpisu na blogu zamilkł. Zastanawiałem się, dlaczego. Publikacja nie była przecież dla niego zaskoczeniem, bo wcześniej nie tylko wyraził na nią zgodę, ale nawet wniósł szereg zmian i uściśleń do pierwotnej wersji, którą mu przesłałem.

Spodziewałem się więc, że tekst zamieszczony w internecie, chociaż Piotr występuje w nim anonimowo, będzie dla niego ważnym przeżyciem, raczej dobrym. Tym bardziej że, jak się wkrótce okazało, publikacja wzbudziła żywy odzew – zajęła pierwsze miejsce w rankingu na najpopularniejszy tekst Laboratorium „Więzi” ostatniego tygodnia.

Komentarze były w większości życzliwe i pełne zrozumienia dla bohatera tekstu, wielu wyraziło swoje współczucie dla niego, sugerując, że sami doświadczyli podobnego losu. Ktoś sformułował nawet ciekawą tezę, że Kościół w Polsce jest nadmiernie sklerykalizowany i w parafiach nie ma odpowiedzialności dla ludzi świeckich.

W końcu po trzech dniach zadzwoniłem do Piotra i zapytałem go o wrażenia. „Mieszane” – odparł lakonicznie, a ja wyczułem w nim wyraźnie dystans wobec mnie. Zacząłem więc dociskać, o co chodzi. Wtedy wyznał, że poczuł się źle, bo tamtą sprawę sprzed lat udało mu się już w sobie jakoś „otorbić”, a teraz na skutek publikacji mojego tekstu rana się otworzyła i znów musi to wszystko przeżywać na nowo, w dodatku wystawiony w pewnym sensie na widok publiczny.

Zrozumiałem, że moja inicjatywa chyba nie do końca była przemyślana. Czy nie kierowałem się – przy zachowaniu pozorów lojalności wobec Piotra – egoistycznym w gruncie rzeczy pragnieniem, by po prostu napisać ciekawy tekst? No i odniosłem „sukces pisarski” – ale czy poniekąd nie jego kosztem?

Uświadomiłem sobie jeszcze inny aspekt całej sprawy. Miałem niby „dobrą intencję”, by utorować Piotrowi drogę powrotu do życia sakramentalnego, po tamtym „wykopaniu z kościoła” przestał bowiem w ogóle chodzić na mszę. Ale czy była to moja rola? Czy nie powinienem był raczej zostawić rozwiązania tego problemu samemu Piotrowi i… Panu Bogu? Dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane.

Refleksja na podsumowanie. Jak trudno jest pomóc drugiemu człowiekowi. Jak łatwo ześliznąć się w manipulację…

Postscriptum. Ksiądz, który przed trzema laty tak obcesowo i bezdusznie potraktował Piotra, zrobił tymczasem doktorat – zapewne z teologii duchowości? – i objął odpowiedzialne stanowisko w strukturach kościelnych.