Społeczeństwom potrzebni są bohaterowie. Polakom potrzebny jest ktoś, kogo mogliby uznać za wcielenie jedności narodowej. W dniach żałoby po katastrofie smoleńskiej społeczeństwo za taki symbol uznało Lecha Kaczyńskiego.

Czy Lech Kaczyński był wielkim prezydentem? Socjologia nie zadaje sobie takich pytań. Nie ma ogólnie przyjętych miar tej wielkości, zwłaszcza takich, których można byłoby użyć już za życia lub tuż po śmierci prezydentów.

Czy więc Lech Kaczyński był za życia uznany za wielkiego prezydenta? Owszem, miał chwile wielkiego uznania, jak choćby przy okazji rocznic Powstania Warszawskiego i na Westerplatte, ale też dzień, w którym został wybrany głową państwa wszystkich Polaków, zakończył meldunkiem złożonym prezesowi swej partii. Projekt „IV Rzeczypospolitej”, której chciał być prezydentem, został odrzucony w przyspieszonych wyborach 2007 roku. Także sondaże opinii zgodnie mówią, że Lech Kaczyński jako prezydent nie był wysoko ceniony przez większość społeczeństwa.

To prawda, że opinia publiczna jest „echem elit”, a część elit medialnych i medialnych polityków lubowała się w krytyce i ośmieszaniu prezydenta Kaczyńskiego. Nie można jednak wszystkiego tłumaczyć sugestią telewizji, bo to by doprowadziło do „wyjaśniania” także ogólnego żalu po śmierci prezydenta „histerią medialną”, „efektem księżnej Diany” i podobnymi konstrukcjami.

Znając racje zarówno tych, którzy tak źle mówili o Lechu Kaczyńskim za życia, jak i tych, którzy tak dobrze mówili o nim po śmierci, powiedzmy, że był on kimś niezwykłym – bo prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej – ale takim samym, jakimi byli jego poprzednicy, a zapewne i takim, jakim będą jego następcy.

Był on też pełnokrwistym partyjnym politykiem i jak każdy taki polityk, budził sprzeczne oceny. Pochowany został jednak, po tygodniu powszechnej żałoby, na „świętym” wawelskim wzgórzu, obok królów, bohaterów narodowych i królów ducha.

Pełna odpowiedź na pytanie o źródła przemiany obrazu prezydenta Kaczyńskiego w figurę bohatera najnowszej historii Polski jest bardzo trudna. To prawda, że sama śmierć człowieka sprawia, iż myślimy o nim lepiej, tym bardziej, że inni wokół nas mówią tak samo. I to prawda, że skoro tylko zamilkły nieżyczliwe prezydentowi media, zwykli ludzie dostrzegli w nim te cnoty, których przedtem dostrzec nie mogli. Wielu ludzi zobaczyło też, jak łatwo dało się uwieść mediom: idealizacją postaci zmarłego prezydenta pokrywali swoje zawstydzenie i próbowali mu pośmiertnie „wynagrodzić” swoje krzywdzące opinie.

Głębszej odpowiedzi na postawione pytanie trzeba szukać tam, gdzie każą wielcy socjologowie – nie w ludziach, lecz w społeczeństwie. Może nie ma potrzeby dodawać, że w pismach dawnych mistrzów pełnej odpowiedzi na dzisiejsze pytania nie znajdziemy i że oni sami zapewne odpowiedzieliby na te pytania inaczej, a na pewno odpowiedzieliby ciekawiej. Tym niemniej klasyczne dzieła socjologii pozwalają zobaczyć dzisiejsze wydarzenia w nowym świetle.

Święte ­– to, co spaja

Między śmiercią a pochówkiem jest okres żałoby, która w przypadku prezydenta Kaczyńskiego była długa i intensywna.

Społeczne funkcje żałoby opisał sto lat temu Emil Durkheim (1858-1917), jeden z ojców-założycieli socjologii w „Elementarnych formach życia religijnego” (wyd. 1912), studium pierwotnych plemion australijskich. Dla Durkheima żałoba to nie „spontaniczny wyraz indywidualnych emocji” i nie „naturalna reakcja indywidualnej wrażliwości dotkniętej okrutną stratą, to obowiązek narzucony przez grupę. Lament to nie efekt smutku, lecz obowiązek”. Skąd pochodzą te obowiązki? – pyta Durkheim i tak odpowiada:

„Śmierć jednostki budzi w jej grupie […] poczucie osłabienia, więc grupa się zbiera, aby się temu przeciwstawić. Wspólne nieszczęście […] podsyca świadomość zbiorową, co skłania ludzi do poszukiwania wzajemnej bliskości.[…] Moralna presja społeczeństwa sprawia, że jego członkowie dostosowują uczucia do sytuacji”.

Płacz i „jęki” czynią zadość oczekiwaniu społeczeństwa. Uczucia ludzi demonstrowane zbiorowo wzmagają się, „fala uniesienia porywa wszystkich i rodzi się jakby paniczny smutek”. Źródłem żałoby jest wrażenie słabości, a „właśnie to wrażenie prowadzi do wzajemnego zbliżenia ludzi, do zacieśnienia wzajemnych więzi, do zjednoczenia się w jednym stanie ducha”. I pisze dalej Durkheim:

„Skoro wspólnie płaczą, znaczy to, że nadal jeszcze są razem, a zbiorowość mimo zadanego ciosu, nadal trwa. Jest to niewątpliwie tylko wspólnota smutku, lecz ona także jest przecież wspólnotą, a każda […] wspólnota świadomości wzmaga społeczną witalność. […] Grupa czuje stopniowy powrót sił. Zaczyna na nowo mieć nadzieję życia. Żałoba się kończy i to właśnie kończy się dzięki niej samej”.

Trudna jest odpowiedź na pytanie o źródła przemiany obrazu prezydenta Kaczyńskiego w figurę bohatera

Durkheim zauważa, że „manifestacje, choćby najgwałtowniejsze, zawsze podlegają ścisłemu rytuałowi”. Rytuał uniformizuje działania i odczucia, wzmaga solidarność i spójność społeczną.

Mamy jeszcze w oczach ten rytuał z kwietnia 2010 roku – wyjątkowy, ale przecież nie unikalny. Warty u trumny, żołnierze, konie, armaty, dzwony, kwiaty, ornaty – nic z tego nie było przecież inwencją, wszystko było konwencją, starannie skonstruowaną w całość, wzorowaną na pogrzebach głów państw i wodzów, a zwłaszcza Józefa Piłsudskiego. To właśnie dzięki konwencjom rytuały mają taką moc. Dźwięk dzwonu Zygmunta porusza serca nie dlatego, że jest tak potężny, ale dlatego, że wiemy, iż ten dzwon bije w chwilach wielkich, a tym, którzy nie pamiętają w jakich, przypomni to sprawozdawca telewizyjny.

Jeśli działający na wyobraźnię rytuał poświęcony jest konkretnej osobie, to ludzie myślą, że to ona jest jego obiektem. Ale się mylą. Tym, co rytuał afirmuje, jest dla Durkheima sam „majestat społeczeństwa”. Realny człowiek zajmuje miejsce nieuchwytnej rzeczywistości społecznej. To nie tyle Lecha Kaczyńskiego żegnaliśmy, ile demokratycznie wybranego Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, głowę naszego państwa. Gdy myślimy socjologicznie, to prawo do jego publicznego opłakiwania musimy przyznać także jego politycznym wrogom, a nawet szydercom; mieli je wszyscy ludzie, dla których demokratyczna i niepodległa Polska jest wartością.

Jeśli w wielotysięcznych rzeszach Polaków, którzy żegnali prezydenta Kaczyńskiego nie słychać było okrzyków „Santo subito”, to tylko dlatego, że ludzie intuicyjnie odróżniają religię świecką, czyli taką, która dotyczy społeczeństwa – od religii „prawdziwej”, która dotyczy spraw boskich. Dla Durkheima „o świętości jakiejś rzeczy stanowi zbiorowe ku niej uczucie”. Świętym jest to, co tworzy i spaja społeczeństwo. Świętą pieśnią jest „Jeszcze Polska nie zginęła”, choć nie ma w niej wiary w Pana, który wolność „raczy nam wrócić”, a tylko wiara we własne szable.

W sytuacjach wielkich zgromadzeń i podniosłych uroczystości „jednostka przypisuje rzeczom cechy, których nie mają, a osobom – wyjątkowe cnoty, których nie posiadają”. Straszna katastrofa, pozbawiona przecież jakiegokolwiek ludzkiego sensu, staje się „ofiarą”, ofiary katastrofy stają się „męczennikami”, a sam zmarły prezydent przez włodarza katedry wawelskiej zostaje obwołany „bohaterem”.

Bohaterowie są inni

Proces tworzenia się kultu bohatera – dziś by się powiedziało: jego społecznego konstruowania – opisał w 1911 r. książce o św. Patryku, bohaterze narodowym Irlandii, Stefan Czarnowski (1879-1937), uczony ze szkoły durkheimowskiej, w latach trzydziestych XX wieku założyciel socjologii na Uniwersytecie Warszawskim.

„Bohaterowie są wcieleniem nadziei czy ideału zbiorowości” – pisze Czarnowski. Sama jednak doskonałość nie wystarcza do tego, by być uznanym za bohatera. Bohater jest przedstawicielem, świadkiem, bojownikiem pewnego zespołu ludzi, którego wartości wciela. Wcielając wartość, bohater równocześnie daje dowód jej istnienia. „Jest on wartością czynną”. To nie czyny, ale ideał społeczny stwarza bohaterów i w nich znajduje swoje odbicie. Losy długo zapomnianej w Polsce Ireny Sendlerowej, która ratowała dzieci żydowskie i niedocenionego w Izraelu Marka Edelmana, który nie wyjechał po wojnie do Palestyny, są tego przykładami, przywołanymi przez Aleksandra Smolara w pięknej mowie, jak z Czarnowskiego, na niedawnym pogrzebie Edelmana.

Jeśli kult bohatera nie został przekazany przez tradycję, bywa wynikiem wyboru w dosłownym znaczeniu: bohater zostaje mianowany „przez miarodajne czynniki publiczne”. Lech Kaczyński został uznany za królom równego przez arcybiskupa krakowskiego – z pewnością będzie jeszcze podnoszona kwestia, czy ci, którzy podjęli tę decyzję, spełniali kryterium Czarnowskiego.

Bohaterowie „odznaczają się nie tylko cnotami swego żywota […] Nawet sama ich śmierć jest inna niż zwykłych ludzi: ma ona doniosłość społeczną”. Na bohaterów desygnowani są ci, którzy zginęli „w walce jako bojownicy o jakąś wspólną sprawę” oraz ci, których „śmierć jest aktem poświęcenia”. Niekiedy „gloryfikuje się także tych, którzy zmarli w jakimś świętym miejscu”. I wreszcie

„wszelki rodzaj śmierci, który można interpretować mitycznie, wszelka śmierć, która burzy ład ustalony, może uczynić bohaterem pierwszego lepszego człowieka. Taką jest wszelka śmierć gwałtowna a tajemnicza, samobójstwo, śmierć od pioruna lub wskutek niezwykłej a niewytłumaczonej katastrofy. Śmierć […] bohaterów jest więc zazwyczaj śmiercią tragiczną. [..] nie daje się ona sprowadzić wyłącznie do śmierci fizycznej: wprost przeciwnie, śmierć ta czyni nam bliższym pojęcie bohatera takiego, jakim się wsławił za życia”.

Tak Czarnowski opisuje śmierć bohaterów greckich i świętych chrześcijańskich. Łatwo odnaleźć elementy tego opisu w żałobnej retoryce po śmierci prezydenta Kaczyńskiego. Zginął, jak mówiono, „w służbie Rzeczypospolitej”, w „walce o pamięć”, niemal na „świętej ziemi katyńskiej”, w katastrofie „jakiej świat nie widział”. Protestowano przeciw nazywaniu tej śmierci przypadkową, bezsensowną i spowodowaną przez wyjątkowy ciąg ludzkich decyzji.

To nie tyle Lecha Kaczyńskiego żegnaliśmy w 2010 roku, ile głowę naszego państwa

Bohaterowie stanowią „odrębną kategorię zmarłych”. Pomnik nagrobny bohatera różni się „od grobów, których pełne są cmentarze, nie tylko swoim wyglądem, lecz również położeniem”. Bohaterów nie chowa się w grobowcach rodzinnych, lecz tam „gdzie normalnie nie grzebie się zmarłych, gdzie stawia się przybytki boskie”, w miejscach dla wspólnoty „świętych”.

Lech Kaczyński nie został pochowany w grobie rodzinnym. Nie został też jednak pochowany w mieście Powstania Warszawskiego, które uświęcił i którego muzeum zbudował; w stolicy państwa, którego był prezydentem; w katedrze, w której spoczywają wszyscy prezydenci tak cenionej przez niego II Rzeczypospolitej. Został pochowany w dalekim od Warszawy Krakowie – tyle że obok marszałka Piłsudskiego, którego postać i idee były mu bliskie. Jego grób jest odwiedzany dziś przez wielu ludzi, przybyła do niego już nawet dwutysięczna ogólnokrajowa (trudno to nazwać inaczej) pielgrzymka „Solidarności”.

Dzięki temu wszystkiemu – powiedziałby Czarnowski – społeczeństwo „utwierdza się jako zbiorowość, a jednocześnie bohater wyobraża prawa grupy do tego, w czym upatruje ona rękojmię swej trwałości”.

Bohaterowie są potrzebni

Święto jest chwilą, w której społeczeństwo uświadamia sobie, że istnieje jako grupa, a przeżywa to tym silniej, im mniejszy jest kontakt między jego członkami w okresach oddzielających jedno święto od drugiego – pisze Durkheim. Jego obserwacja dotyczy także takiego smutnego święta, jakim jest żałoba.

Nie z siły społeczeństwa, lecz z jego słabości bierze się ogrom żalu, skala żałobnego poruszenia. Wspólnota smutku, wyobrażeń zbiorowych, uczuć kolektywnych, uruchamianych w chwilach wielkich napięć, to mimo wszystko słaba wspólnota. Wiemy, z obserwacji i z badań, jak wątłe jest w Polsce społeczeństwo obywatelskie – indywidualistyczne, ksobne, nieskore do kooperacji w sprawach codziennych. Tysiące ludzi zgromadzonych na ulicach Warszawy i Krakowa nie były jednak ani „tłumem”, ani „rojem”. Bez wątpienia były społeczeństwem, ale mniej więcej takim, jakim je widział kiedyś Stefan Nowak – „federacją” jednostek i „rodzin zjednoczonych w narodowej wspólnocie”. Ta wspólnota przeżycia – inaczej niż „Solidarność” roku 1980, która była wspólnotą działania – ani nie wymagała od ludzi, ani nie prowadziła ich do kooperacji. Zapewne więc to, co pozostawi ona po sobie, ograniczy się do sfery świadomości – do pamięci bycia razem i wspólnych wzruszeń oraz wzmożonego poczucia bycia Polakami.

Społeczeństwom potrzebni są bohaterowie. Polakom potrzebny jest ktoś, kogo mogliby uznać za wcielenie jedności narodowej. W Polsce wciąż silna jest niechęć do sporu, abominacja do konfliktu politycznego i istnieje tęsknota za przedpolityczną jednością. Stąd potępiająca nazwa „wojna na górze”, poparcie dla projektu „PO-PiS”, siła perswazyjna idei „Polski solidarnej” i brak partii politycznych, które by się otwarcie nazywały partiami.

W dniach żałoby po katastrofie smoleńskiej społeczeństwo za symbol jedności narodowej uznało tragicznie zmarłego prezydenta. Zapomniało – nie chciało ani pamiętać, ani słuchać – że w pierwszej połowie swej prezydentury, gdy partia Prawo i Sprawiedliwość była u władzy, Lech Kaczyński w polityce bardziej dzielił niż łączył. Pamiętało i przyjmowało do wiadomości tylko to, że łączył Polaków w sferze symboli. „Przywrócił narodowi pamięć”, „był strażnikiem pamięci narodowej” – te wielokroć powtarzane uroczyste słowa budowały odświętne wyobrażenie, że naród polski jest jednością, że może mieć tylko jedną pamięć i że jest wspólnotą losu i pamięci.

Najtrwalszy jest taki kult, który znajdzie miejsce w wyobraźni zbiorowej

Bohaterowie mają życie pośmiertne, ich kult ma różne koleje i różne odmiany. Może być kultem państwowym, kościelnym, społecznym, ale najtrwalszy jest taki kult, który znajdzie miejsce w wyobraźni zbiorowej, który będzie promieniował z niej na inne sfery życia społecznego i wraz z nią będzie przekazywany z pokolenia na pokolenie.

W dniach żałoby i pogrzebu mogło się wydawać, że Lech Kaczyński ma w wyobraźni zbiorowej miejsce wybitne i trwałe, in saecula saeculorum. Ale były to myśli odświętne, myśli dni uroczystych. Żałoba była tak długa, a uroczystości pożegnalne tak poruszające, że społeczeństwo się „wypłakało” i poniedziałek, pierwszy dzień po pogrzebie prezydenta, wydał się dniem przejmująco zwyczajnym.

Materialnym wsparciem dla pamięci zbiorowej pozostanie sarkofag pary prezydenckiej na Wawelu. „Kraków”, „ojciec Polaków” ­– kto wie jednak, czy nie lepszym wsparciem byłby grób prezydenta w obecnej, a nie w byłej, w politycznej, a nie historycznej stolicy Polski? Od tego jaką, a raczej którą drogą potoczy się dalej historia polityczna Polski, zależy, czy sarkofag ten stanie się celem oficjalnych wizyt i patriotycznych pielgrzymek czy tylko odwiedzanym z ciekawości grobem prezydenta, „tego, który zginął w samolocie”.

Historii nie można jednak przewidzieć, podobnie jak nie można było przewidzieć ani wielkiej katastrofy, która przemieniła prezydenta w bohatera, ani wielkiej powodzi, która prawie że wypłukała myśli o nim ze społecznej wyobraźni.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 8-9/2010. To zapis wystąpienia w debacie „Polska po 10 kwietnia 2010”, która odbyła się w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego w dniu 26 maja 2010 roku.