Postawy wysłuchania i zrozumienia brakuje czasem nam, starszym, w konfrontacji z pokoleniem trzydziesto- i czterdziestolatków, odchodzących od praktyk religijnych.

Mam kilkoro dzieci chrzestnych, synów i córek, dzisiaj już z pokolenia czterdziestolatków. Lubię rozmawiać z nimi i ich przyjaciółmi, ciekawi mnie ich życie i widzenie świata. Podziwiam ich wiedzę, inwencję, odwagę – jak to się obecnie mówi: kreatywność. Dają sobie radę, są niezależni, myślą krytycznie, podróżują po całym świecie, biegają, pływają, jeżdżą na nartach, mają kręgi przyjacielskie, a co najbardziej mnie cieszy – są wspaniałymi, mądrymi ojcami i matkami. To, co w pokoleniu moich rodziców było raczej rzadkością, dzisiaj wydaje się normą: ojcowie są podobnie jak matki zaangażowani w opiekę nad małymi dziećmi, a potem pięknie towarzyszą nastolatkom. To niewątpliwie dobre skutki zmian obyczajowych i mentalnych, które ogólnie nazywamy gender. Jedno tylko od dawna zastanawia mnie i niepokoi – stosunek wielu z nich do praktyk religijnych. Najkrócej mówiąc – obojętny, zdystansowany.

Własne dzieci, owszem, chrzczą, posyłają na lekcje religii i do pierwszej komunii, ale sami rzadko chodzą z nimi do kościoła, nie dają im przykładu żywej wiary. Coś jest z nimi nie tak? Czy to wpływ współczesnej cywilizacji, oferującej niewyobrażalne jeszcze dwadzieścia lat temu możliwości korzystania z nowych technologii komunikacji, z przyjemności i atrakcji życia, oraz kultury preferującej samorealizację i konsumpcję?

Zagadnąłem o to ostatnio mego chrzestnego syna Marka, czterdziestolatka. „Jestem chrześcijaninem – złożył deklarację na wstępie. – Wierzę w istnienie Boga, który jest Stwórcą i który wszystkim kieruje, także moim życiem, w myślach nazywam go Szefem. Ale instytucję Kościoła, takiego jaki znam – nachalnie wtrącającego się w moje prywatne intymne sprawy – odrzucam. Nie potrzebuję go jako pośrednika. Nie będę udawał, że jest inaczej”.

W pierwszej chwili wszystko się we mnie zagotowało i miałem już otworzyć usta, by zacząć wyjaśniać Markowi sens Wcielenia, Odkupienia i sakramentów, ale coś mnie przed tym powstrzymało. Zapadło milczenie. Po dłuższej chwili Marek, siedzący obok mnie w samochodzie, niespodziewanie zdjął prawą dłoń z przekładni biegów, chwycił moją lewą dłoń i mocno ją uścisnął. Był to jakby gest pocieszenia. A może wdzięczności za to, że nie wszedłem od razu w mentorską rolę „wszystko lepiej wiedzącego”… Na razie temat pozostał w zawieszeniu.

A mnie przekornie przyszło na myśl, że może takiej właśnie postawy – wysłuchania i zrozumienia – brakuje czasem nam, starszym, w konfrontacji z pokoleniem trzydziesto- i czterdziestolatków, odchodzących od praktyk religijnych.

Pokolenie Marka nauczyło się żyć w wolności i źle reaguje na jakąkolwiek presję czy przymus

Przyczyny odchodzenia od Kościoła i dystansowania się wobec religii są zapewne złożone, ale niewątpliwie jedną z nich jest, jak sądzę, dzisiejsza komplikacja relacji damsko-męskich. Wiadomo, że nagminnie rozpadają się małżeństwa, także te sakramentalne, coraz powszechniejszym zjawiskiem jest w związku z tym lęk przed formalizowaniem związku dwojga kochających się i żyjących ze sobą osób. Mówi się, że to z ich strony niedojrzałość. Pewnie tak. Ale rzeczywistość jest, jaka jest. Czy tacy ludzie, nawet żyjący z punktu widzenia kościelnego prawa moralnego w nieładzie, za który przecież tylko w pewnej mierze sami ponoszą odpowiedzialność (warunki ekonomiczne, wydłużony czas nauki, a przyśpieszony – dojrzewania fizycznego, kultura), a który prędzej czy później bywa dla nich źródłem cierpienia, nie potrzebują tym bardziej religijnej wiary w zbawienie?

Czy nie potrzebują perspektywy transcendencji, głębszego sensu, ufności w Bożą miłość i bliskość, w przebaczenie i miłosierdzie? A co im tymczasem najczęściej proponuje Kościół? Spotykają się z moralizatorstwem na ambonie i formalizmem w kancelarii parafialnej. Kartki od spowiedzi, świadectwo bierzmowania, pieczątki z podpisem księdza jako „zaliczenie” obecności na niedzielnej mszy świętej…

Pamiętam, że właśnie Marek dzielił się ze mną jakiś czas temu doświadczeniem swoim i innych rodziców przygotowujących się do pierwszej komunii dzieci. Uczestniczyli w obowiązkowych spotkaniach z księdzem, który piętnował ich niekonsekwencję i zarzucał im brak dobrej woli (bo nie chodzą z dziećmi do kościoła), jakby smagając batem, a oni milczeli, zgrzytając zębami, żeby tylko ten czas jakoś przetrwać. A później księża skarżą się, że rok przed pierwszą komunią kościół jest pełen, wkrótce po niej – pustoszeje…

Pokolenie Marka nauczyło się żyć w wolności i źle reaguje na jakąkolwiek presję, przymus, paternalizm czy manipulację. Czy to znaczy, że jest to pokolenie stracone dla wiary i Kościoła?

Już niedługo spotkamy się z Markiem i jego rówieśnikami przy świątecznym stole i będzie to jak zwykle okazja do rozmowy o Bożej obecności w naszym życiu – także w życiu tych, którzy na skutek przykrych doświadczeń odsunęli się od praktyk religijnych albo którzy przeżywają wątpliwości w wierze czy z jakichś prawnokanonicznych powodów nie mogą korzystać z sakramentów.

Te nasze świąteczne rozmowy – o dobru i złu w historii, o człowieku i Bogu, o walce z własnymi słabościami i uzależnieniami – są zwykle fascynujące. Jak mówił już św. Bazyli Wielki, „Pan Bóg nie związał sobie rąk sakramentami”.