Artysta zmarł w wieku 96 lat. Pozostały dobre wspomnienia po jego rolach teatralnych i filmowych.

Kłosiński to dyrektor Bardowski z „Czterdziestolatka”, Czernousow z „Czterech pancernych i psa”, zbójnik Kuśmider z „Janosika”, „Niespotykanie spokojny człowiek” z filmu Stanisława Barei.

Fantastyczny aktor drugiego planu. Szczególnie pamiętam rolę męża Frasquetty (grała ją Elżbieta Czyżewska) w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha J. Hasa; mordercy Marczuka w „Tylko umarły odpowie” Sylwestra Chęcińskiego. Zagrał świetną rolę strasznego majora Żubryda w filmie „Ogniomistrz Kaleń” Ewy i Czesława Petelskich. I wiele pysznych ról komediowych.

Był znakomitym aktorem teatralnym. Niezliczona ilość ról, także w teatrze telewizji. Po zakończeniu II wojny światowej związał się z Łodzią. Występował w teatrach tego miasta do 1970 roku, wtedy przeniósł się do Teatru Narodowego w Warszawie.

Stan wojenny. Janusz Kłosiński wystąpił w Dzienniku i poparł „juntę Jaruzelskiego”, jak wtedy mówiliśmy. To było przykre, smutne, dramatyczne. Zemsta publiczności przyszła szybko – w czasie „Wesela” w Teatrze Narodowym został wyklaskany, zrezygnował z wszystkich ról. Mieliśmy go wtedy za kolaboranta i zdrajcę.

O tamtym epizodzie z 1982 roku nie chcę pamiętać. Kłosiński wycofał się na długie lata z życia artystycznego, nie kojarzę go z żadnym występem ani z żadną wypowiedzią.

W wolnej Polsce nie udawał nawróconego antykomunisty, tak jak stało się to w przypadku kilku innych artystów, których nazwiska zmilczę.

Zapomniałem o nim, tak jakby przestał istnieć. Mijały lata i pozostawały tylko dobre wspomnienia po rolach teatralnych i filmowych, które sprawiały mi kiedyś radość.

Nagle, po latach, w 2007 roku zobaczyłem go w filmie „Wszystko będzie dobrze” niedawno zmarłego Tomasza Wiszniewskiego. Zagrał starego proboszcza. Niesamowicie ucieszyłem się z tego powrotu. Wzruszyłem się po prostu.

Tak naprawdę to zawsze bardzo lubiłem tego aktora.